Podwójne życie matki i syna
Tytuł sztuki ma przede wszystkim znaczenie symboliczne, choć „Kruk z Tower” to także nick syna, którym posługuje się w internecie.
W prawdziwym życiu Kostia nigdy nie otwiera drzwi matce wracającej z pracy. Właściwie w ogóle nie mają ze sobą kontaktu, zupełnie inaczej interpretują nawzajem swoje zachowania. Kostię wścieka, że ona stoi czasem pod drzwiami jego pokoju i podsłuchuje. Kiedy go o coś prosi, zawsze zwleka z reakcją, w domu jest nieobecny duchem, jak najdalszy myślami od miejsca, którego nie znosi, w którym czuje się jak więzień. W wirtualnej przestrzeni okazuje się jednak, że mają ze sobą wiele wspólnego.
Scena z przedstawienia „Kruk z Tower”, reż. Aldona Figura; wyk. Katarzyna Herman, fot. Waldemar Kompała TVP
Sztuka wzbudza wiele emocji, o czym świadczyć może chociażby to, że na Łotwie, w związku z dramatycznym zakończeniem, aktorka grająca w spektaklu matkę została pozwana ze względu na to, że wydało się ono zbyt kontrowersyjne i szokujące.
Matka bardzo syna kocha, ale nie potrafi do niego dotrzeć w realnym świecie. Zaabsorbowana i zmęczona pracą zawodową, zamartwia się zagrożeniami współczesności. Pewnie czuje się za to w rzeczywistości wirtualnej, co może być dla widza zaskoczeniem, biorąc pod uwagę przepaść pokoleniową i technologiczną. Nadspodziewanie szybko uczy się wyrażać uczucia młodzieżowym językiem. Między bohaterami rodzi się więź.
Syn w realnym życiu dystansuje się od matki emocjonalnie, wręcz nią gardzi, odpycha wszelkie przejawy ciepłych uczuć z jej strony. Ma dużo żalu. Wykreowany przez Konrada Szymańskiego Kostia jest arogancki, impertynencki i nonszalancki. Za tą pozą skrywa jednak bezradność, rozpacz, miejscami infantylizm. Jest jeszcze rozdarty między dzieciństwem a dorosłością, niepewny, nieporadny. Targa nim burza hormonów. Dopiero odkrywa samego siebie.
Matka w wykonaniu niezrównanej Katarzyny Herman zdaje się czasem bardziej niedojrzała emocjonalnie od swojego dziecka, niepogodzona ze stratą męża (jego śmierć nastąpiła w zagadkowych okolicznościach). Jej zachowania są przeskalowane, teatralne, a mimo to jest bezbronna wobec agresji, niechęci czy obojętności syna.
Rozmowy przez internet są dla obojga ucieczką w świat fantazji. Tutaj oboje mogą – i wydają się być – lepszą wersją siebie, nie wstydzą się, nie krygują, nie udają. Piszą i czytają sobie mroczne wiersze. Są ze sobą całkowicie szczerzy poza jedną, niebagatelną kwestią: że Toffi – stworzona przez matkę na potrzeby eksperymentu, by sprawdzić, jaki jest jej syn i czy w ogóle interesuje się kobietami – tak naprawdę nie istnieje. A przecież, jak mówi Kostia, „za coś takiego nie można przeprosić” . Kiedy chłopak dąży do spotkania z Toffi w „realu”, sytuacja wymyka się spod kontroli, zniknięcie profilu będzie dla niego końcem świata. Matka zatraca się w dziwnej zabawie, w której może być kimś innym, wrócić do czasów młodości, być może zanurzyć się w edypowej niejednoznaczności. Przede wszystkim jednak nie zdaje sobie sprawy z tego, jak okrutna jest ta zabawa wobec zakochującego się prawdopodobnie po raz pierwszy nastolatka.