Bondę i Grzegorzewską łączy zawodowa przyjaźń spod znaku "femi-krimi-sisters" (określenie KB) i płeć, wciąż – choć pierwsza Nagroda Wielkiego Kalibru trafiła do Joanny Jodełki już sześć lat temu – stanowiąca na kryminalnym rynku pewne novum. Ich literacka kuchnia bazuje jednak na bardzo różnych składnikach.
Podczas, gdy Grzegorzewska serwuje czytelnikom i czytelniczkom dania fusion, naszpikowane czarnym humorem, grą z konwencjami i prowokujące, menu Bondy to klasyczna kuchnia w bardzo dobrym wydaniu. Składniki są znane, smak można sobie mniej więcej wyobrazić, ale mimo to przyjemność konsumpcji pozostaje spora.
W "Pochłaniaczu", swojej czwartej powieści kryminalnej (w dorobku ma też reporterską książkę "Polskie morderczynie" i napisaną wspólnie z Bogdanem Lachem książkę przybliżającą pracę profilerów policyjnych), Bonda wróciła w pewnym sensie do swoich zawodowych korzeni. Osnową kryminału uczyniła poczynania polskiej, konkretnie trójmiejskiej, mafii w latach dziewięćdziesiątych, czyli to, co jako początkująca dziennikarka mogła z bliska obserwować na salach sądowych i co teraz – z wielką dbałością o wiarygodne detale i obyczajowe tło – zajmująco opisała. "Pochłaniacz" nie jest jednak książką rozpracowującą mechanizmy działania bandy Słonia (postaci wzorowanej zresztą na prawdziwym mafiosie). A przynajmniej nie tylko, bo na mafijne tło i rozgrywki nakłada się historia ludzi związanych z mafią raczej przypadkowo.
Równolegle do opowieści o mafii i splatając się z nią gordyjskim węzłem, biegnie bowiem inna opowieść, nadmorskim klimatem, młodością, miłością i muzyką na pierwszym planie przypominająca "Wszystko, co kocham" Jacka Borcucha.
"Ludzkich historii" i socjologiczno – obyczajowych przypraw jest tu tyle, że mafijne porachunki okażą się prawdopodobnie ciekawe nawet dla tych, którym na pierwszy rzut oka niekoniecznie jest po drodze z tematyką przestępczości zorganizowanej.
Ciekawym zabiegiem jest też to, że za rozwikływanie tajemnic – mafijnych i personalnych – bierze się kilkanaście lat później postać w tym kontekście nietuzinkowa, bo młoda kobieta. Na dodatek, profilerka – choć koledzy z policji uparcie nazywają ją "panią psycholog" – i to wykształcona w Wielkiej Brytanii. Tak, Sasza Załuska w świecie polskiej służby mundurowej jest trochę kosmitką, choć przed statusem totalnej Marsjanki ratuje ją kilka lat doświadczenia w policji, które zaliczyła przed wyjazdem do UK. Byli koledzy patrzą jednak na nią z góry, a ona – oprócz problemów w pracy - musi się też uporać z paroma kwestiami z prywatnego życia, na czele z samotnym macierzyństwem i alkoholową przeszłością.
To wiarygodna, dobrze skrojona postać. Dobre w "Pochłaniaczu" są zresztą nie tylko postacie kobiece, których całkiem tu sporo, także w roli prokuratorek i sędzi – ot, miły szczegół w powieści kryminalnej napisanej przez kobietę – ale i męscy bohaterowie. Zwłaszcza ci z pokomplikowanymi życiorysami: ksiądz Marcin Staroń, pasterz – były grzesznik czy porzucony przez żonę komisarz Duchnowski, na którego w domu czeka tylko zezowaty rudy kot.
Wyjątkowa w powieściach Katarzyny Bondy jest też dawka faktów z zakresu kryminalistyki. "Chcę, by czytelnicy mieli frajdę poznawczą" – mówi. I ta frajda rzeczywiście jest, bo Bonda wchodzi technicznie w tematy i procedury dość głęboko, tłumaczy (czasem w zabawnie dydaktycznym tonie), jak "naprawdę" można by rozpracować taka zagadkę, gdyby nie była tylko fikcją. Cały pomysł na "Pochłaniacz" jest w zasadzie "techniczny", bo opiera się na zapachu jako głównym tropie na miejscu zbrodni. Co na taką sytuację współczesna kryminalistyka – tego dowiedzieć się można z "Pochłaniacza", który jest w tej kwestii wiarygodnym źródłem informacji, bo – jak podaje autorka – czytało go przed publikacją kilkunastu specjalistów.
Największa frajda w czytaniu "Pochłaniacza" płynie jednak z samej intrygi. Bonda zbudowała ją misternie. Jest rozrzut czasowy, jest wiele powiązanych ze sobą na różne sposoby postaci, jest piętrowa zagadka, kilka trupów, pozory, które mylą. Im dłużej się to czyta, tym bardziej zżera ciekawość nie tylko co do tego, kto zabił, ale też, czy ta skomplikowana konstrukcja wytrzyma ciężar prawie 700 stron, czy się czasem nie rozleci. Nie trzeba się jednak martwić, bo, jest to gmach o bardzo solidnych murach i fundamentach. Bonda stworzyła kawał bardzo przemyślanej i imponującej konstrukcją prozy. A nie dość, że zbudowała świetną intrygę, to powołała też do życia postacie, z którymi bardzo miło się przebywa i do których z przyjemnością się wróci – a okazji nie zabraknie, bo "Pochłaniacz" to, jak zapowiada autorka, pierwsza część tetralogii o Saszy Załuskiej.
Minusem "Pochłaniacza" jest natomiast to, co jest też jego największym atutem, czyli wierność sprawdzonym gatunkowym regułom. Bonda – nie bez kozery właścicielka szkoły kreatywnego pisania – ma je w małym paluszku. Wiadomo, że główna bohaterka musi mieć skazę – stąd prześladujące ją upiory przeszłości. Jeśli jest samotną matką, można przewidzieć, że będzie ją gnębić poczucie winy na tle łączenia życia zawodowego z domowymi obowiązkami – i tak się rzeczywiście dzieje. Jeśli kobieta, to musi być trochę "fighterką": zmagać się w pracy z nieprzychylnym męskim światem, ogłupiającymi procedurami. Wszystko to skądinąd bardzo wiarygodne i prawdziwe zarówno psychologicznie, jak i obyczajowo – tylko że może odrobinę zbyt przewidywalne.
Ale tylko w przypadku, gdy oczekujemy od kryminału wartości dodanej w postaci przełamania konwencji, obyczajowego ryzyka czy innej formy pójścia pod prąd. Jeśli jednak nie szukamy tego typu niespodzianek, "Pochłaniacz" – psychologicznie ciekawy, obyczajowo bogaty, wyrafinowany kryminalnie – zaspokoi wszystkie oczekiwania z nawiązką. Bo to kawał arcydobrej gatunkowej roboty, który udowadnia, że kryminalne rzemiosło Katarzyna Bonda zna jak mało kto.
Autorka: Aleksandra Lipczak, luty 2015
Katarzyna Bonda
"Pochłaniacz"
Wydawnictwo MUZA S.A.
Liczba stron: 672
Rok wydania: 2014
Wymiary: 57 x 213 x 135
Indeks: 14661662