
Jan Rustem, "Portret Marii Mirskiej, Barbary Szumskiej i Adama Napoleona Mirskiego", ok. 1808, olej na płótnie, 159 x 124,5 cm, wł. Muzeum Narodowe w Warszawie, fot. MNW
W jednym z memuarów opisujących Litwę początku XIX wieku autorka zapisała, iż teraz już taka moda, że wszyscy w kostiumach antycznych się portretują. Przypadkiem owa refleksja towarzyszy opisowi najlepszego bodaj z owoców tej mody: obrazu Jana Rustema, na którym Marię Mirską i Barbarę Szumską ukazano jako muzy, malutkiego brata Marii zaś, Adama Napoleona, jako Amora.
Oczywiście hołdowanie modzie to nie tylko akt prymitywnej dumy szlacheckiej, że skoro Zamoyscy i Potoccy portretują się jako postaci mitologiczne, to my też możemy. Przede wszystkim obraz Rustema jest pochwałą sztuki, jak najlepiej świadczącą o oświeceniu panującym pod dachem pałacu Mirskich. Podskórnie jest to oczywiście także pochwała talentów artystycznych obu młodych panien, skoro bowiem godne są ukazania w roli muz, najwyraźniej zasłużyły na to niepoślednimi umiejętnościami. I wreszcie dzieło sławi dom szlachecki, który najwyraźniej stał się zakątkiem godnym muz.
Odrobina ironii nie powinna tu zakłócać rzeczywistej konstatacji: "Portret Marii Mirskiej, Barbary Szumskiej i Adama Napoleona Mirskiego" stanowi wspaniałe świadectwo błyskawicznego rozwoju kultury na Litwie. W pałacach, gdzie jeszcze niedawno łatwiej było o beczkę węgrzyna niż książkę, czyta się najnowsze francuskie powieści, w Wilnie działają czołowi polscy uczeni, tematem rozmów staje się poetyka poezji klasycznej, a w zaścianku pod Nowogródkiem dorasta - choć jeszcze nikt o tym nie wie - jeden z największych poetów europejskich, Adam Mickiewicz.
Skąd przywędrowała antykizująca moda? Oczywiście z Zachodu, przy czym Warszawa, jeszcze niedawno niemal naturalny synonim Zachodu dla zaściankowej Litwy, odgrywa tu tylko rolę pośrednika. Wdzięczne portrety w strojach antycznych, ukazujące dostojników i ich rodziny przebranych za Rzymian (w przypadku portretów dziewczęcych olbrzymią karierę zrobił właśnie strój muzy) są nieomal synonimem sentymentalizmu w sztuce. Ich najważniejszą autorką zaś stała się czynna niemal w całej Europie, choć związana głównie z Rzymem i Paryżem Szwajcarka, Angelika Kauffmann (1741-1807).
Przed sztalugami pani Kauffmann przewinęła się cała niemal modna Europa, nie zabrakło też i Polaków. Zawdzięczamy jej najlepszy antykizujący portret zbiorowy w polskich zbiorach - wizerunek Stanisława Zamoyskiego i jego dzieci - oraz kilka portretów dziewczęcych, wśród których wyróżniają się podobizny Marii Czartoryskiej, późniejszej księżnej wirtemberskiej (istotnie godnej zjednania z muzami przyszłej autorki jednej z nielicznych ważnych polskich powieści sentymentalnych - "Malwina albo domyślność serca") oraz Anny z Prozorów Potockiej. Prawdopodobnie to właśnie owe kobiece konterfekty zaowocowały rychłym rozmnożeniem się bogiń i muz na Litwie.
Jeśli komukolwiek moda ta mogła sprawiać kłopot, to - niestety - malarzom, poproszonym o wykonywanie prac w nie swojej manierze. Nie znaczy to, że byli to malarze źli. Na początku XIX stulecia Litwa poszczycić się mogła co najmniej dwoma artystami dobrej klasy, uczniami Franciszka Smuglewicza (1745-1807): Józefem Peszką i Janem Rustemem. Przyczyną i powodzenia, i kłopotów obu panów był talent pedagogiczny ich mistrza Smuglewicza, który w poprzednim pokoleniu panował niczym Jowisz Gromowładny nad sztuką Wilna i okolic.
Rzecz w tym, że Smuglewicz dysponował dość archaicznym warsztatem, niewiele wykraczającym poza wzorce wpojone mu w królewskiej Malarni przez Marcella Bacciarellego. Sztuka Bacciarellego zaś - zręczna synteza późnego, wychłodzonego już i klasycyzującego, rzymskiego baroku z chłodnym, reliefowym klasycyzmem Winckelmanna i Mengsa - coraz wyraźniej przechodziła do historii. Jej rzeźbiarskość, sztywny rysunek, upodobanie do zimnych barw, pewna hieratyczność - wszystko to nie były cechy mile widziane w prostszym kompozycyjnie, za to posługującym się zmiękczonym rysunkiem i ciepłymi, lekko rozmalowanymi barwami portrecie sentymentalnym.
Tym większe należą się brawa Rustemowi, malarzowi rzetelnemu, ale mało oryginalnemu, którego najciekawszym wkładem w sztukę polską okazała się seria wnikliwych (na granicy obsesji) autoportretów. Dało to z resztą asumpt do nazwania go artystą opętanym obsesją swej twarzy.
W "Portrecie Marii Mirskiej, Barbary Szumskiej i Adama Napoleona Mirskiego" Rustemowi udało się słusznym konceptem poradzić sobie z ograniczeniami formy i wyobraźni. Oczywiście, nie zdołał odejść daleko od wzorów Mengsa i Smuglewicza. Wydaje się, że nawet zanadto nie próbował. Po prostu zamiast udawać Angelikę Kauffmann, do czego nie miał temperamentu ani stosownych umiejętności, zaprosił niejako portret sentymentalny na swój teren i konsekwentnie stworzył malowidło przypominające relief antyczny, na klasycznych wzorcach opierając świetnie uchwycony ruch tańczącej muzy. Być może dzięki temu udało mu się osiągnięcie wcale niemałe - sprawił, że widzimy nie dziewczynkę przebraną za muzę, a muzę, która jest jednocześnie roześmianą panną ze szlacheckiego pałacu.
Autor: Konrad Niciński, marzec 2011
• Jan Rustem
"Portret Marii Mirskiej, Barbary Szumskiej i Adama Napoleona Mirskiego"
ok. 1808
olej na płótnie, 159 x 124,5 cm
wł. Muzeum Narodowe w Warszawie