Po sukcesach swych europejskich produkcji w 1968 roku Roman Polański stanął przed szansą realizacji filmu w Hollywood. Dzięki "Matni" i "Wstrętowi" wyrobił sobie opinię jednego z najzdolniejszych twórców Starego Kontynentu, a "Nieustraszeni pogromcy wampirów" tylko potwierdzili jego renomę. Tymczasem w Hollywood czekała na niego życiowa szansa - ekranizacja "Dziecka Rosemary", powieści Iry Levina o młodej kobiecie, którą sam szatan wybiera na matkę swojego dziecka.
Prawa do ekranizacji tej powieści kupił w USA William Castle, aktor, reżyser i producent filmowy znany z realizacji filmów klasy B i kontrowersyjnych metod promocji swych filmów. Pierwotnie sam chciał przenieść na ekran "Dziecko Rosemary", ale ze względu na brak funduszy musiał prosić o pomoc wielkich Fabryki Snów. Tak oto powieść Levina trafiła do Paramount Pictures, a włodarze wytwórni postawili Castle'owi warunek – książka trafi na ekran, ale za kamerą musi stanąć młody-zdolny europejskiego kina, Roman Polański.
Nietrudno sobie wyobrazić, jak wyglądałoby "Dziecko Rosemary" gdyby jego reżyserem został Castle, miłośnik B-klasowej pulpy. Byłoby straszno, śmiesznie i… nudno. Tymczasem Polański, który sam napisał scenariusz filmu, zrealizował jedno z największych arcydzieł światowego horroru, łącząc klasyczne schematy kina grozy z psychologicznym dramatem o młodej kobiecie na krawędzi.
Jego "Dziecko Rosemary" zaczynało się jak pospolity dramat obyczajowy– młode małżeństwo przybywało do Nowego Jorku, by wprowadzić się do mieszkania z tajemniczą przeszłością. Ona (Mia Farrow) zajmowała się domem, on (John Cassavetes) próbował swoich sił w aktorstwie. Niedługo później Woodhouse'owie poznawali parę ekscentrycznych i nieco namolnych staruszków z sąsiedztwa, nie zdając sobie sprawy, że dzięki nim weszli w pakt z samym diabłem.
Polański utrzymywał widza w niepewności. Historia Rosemary dla jednych mogła być opowieścią o dziewczynie nękanej przez złe moce, dla innych – historią popadania w obłęd. Polański świadomie wybierał niejednoznaczność. Dość wspomnieć o diabelskich posłańcach, granych przez wspaniałą Ruth Gordon i Sidneya Blackmera, którzy bardziej przypominali poczciwych działkowców niż wysłanników szatana. Bowiem Polański stworzył horror nowego typu, w którym miejsce tanich efektów zajmowały psychologiczne niuanse i niedopowiedzenia, a zamiast efekciarskich scen grozy widzowie otrzymywali niemal realistyczną fakturę obrazu.