Kiedy przedstawia się w Atenach jako pół-Grek, pół-Polak, "fifty-fifty, jeśli chodzi o skład krwi", jego rozmówcy odpowiadają: to ty Grek jesteś, żadne tam pół na pół. "Tej uwagi nie prostuję. Słyszę ją po raz tysięczny. Nie ma sensu. Grecy i tak wiedzą najlepiej" – wyznaje. Prawda jest jednak taka, że "Gorzkie pomarańcze" to niezwykła książka o Grecji, bo napisana przez insidera-outsidera, który, choć urodził się w Salonikach, życie spędził w Polsce, a Grecji uczy się na nowo jako dorosły człowiek.
Ta uprzywilejowana, podwójna perspektywa sprawia, że debiutancka książka reportera i dziennikarza radia Tok FM to nie zwykła opowieść o kraju, który od kilku lat przyciąga uwagę reszty kontynentu z powodu kryzysowej tragedii – choć nawet gdyby była "tylko" tym, autorowi i tak należałby się aplauz, bo każda próba przebicia się przez skorupę narosłych w kryzysie uprzedzeń wobec południa Europy, jest jak wzmacniający (szare komórki) posiłek po wielu porcjach śmieciowego żarcia. Ale Sturis, jak trafnie zauważył jego kolega po fachu, Witold Szabłowski, rozlicza się też z Grekiem, którego ma w sobie. Przygląda się Grecji przez pryzmat aktualnych wydarzeń i polityki, ale równocześnie opisuje kraj i jego mieszkańców z intymnej perspektywy, zagłębiając się w meandry rodzinnej historii.
Robi to z ogromną odwagą, dlatego książka zaczyna się tak, jak się zaczyna: od opowieści o tym, jak na początku lat 80. jego mama sprząta w tajemnicy przed ojcem, greckim maczo, salonickie klatki schodowe, żeby zarobić na powrót do Polski z dziećmi. Później obie dwie perspektywy, autobiograficzna i reporterska, regularnie się przeplatają.
Z jednej strony Sturis jest dociekliwym reportem, który przygląda się współczesnej Grecji pustoszonej przez kryzys. To opowieść z "pierwszej linii frontu": jest tu słynny plac Syntagma ogarnięty zamieszkami, organizacja, pomagająca tym, którzy z powodu kryzysu postanowili odebrać sobie życie, strajk głodowy imigrantów, domagających się legalizacji pobytu, strach wyborców, na którym bezczelnie żerują politycy, licytujący się na podszyte lękiem hasła i wizje. To relacja gorąca, ale nie powierzchowna, bo Sturis zadaje sobie trud, żeby poznać kontekst, dopytać, wrócić po jakimś czasie w te same miejsca, żeby sprawdzić, czy i co się zmieniło.
Łatwe argumenty o leniwych protestujących południowcach, "którym się w dupach poprzewracało" i sadystce Merkel znana jest wszystkim w Europie, on woli pochylić się spokojnie nad faktami, ludzkimi historiami i dramatami. Nie znaczy to, że jest wobec Greków bezkrytyczny. Wprost przeciwnie: pisze o ugodzonym ego małego narodu, deformacjach systemu, wizmie (czyli rozbudowanym systemie wtyk), fakelaki (czyli wszechobecnych "kopertach"), swoim koledze, który "nie pamięta swoich rodziców pracujących", bo tak wcześnie przeszli na emeryturę. Pokazuje też jednak drugą stronę medalu. Grecja, którą opisuje, jest symptomem, najsłabszym ogniwem, zwierciadłem, w którym może przejrzeć się cała Europa – o ile nie zdecyduje się go wcześniej stłuc. Dionisios Sturis nie jest jednak publicystą i nie ogranicza się na szczęście tylko do aktualności, ale szwenda się też niespiesznie po peryferiach, wyspach i tawernach. Pisze nie tylko o protestach i wyborach, ale szkicuje świetną minibiografię słynnej aktorki Meliny Mercouri, zgłębia nie tylko dramat kryzysu, ale i sekret długowieczności na wyspie Ikaria. Tworzy wciągający, wielowymiarowy portret małego kraju – niegdyś duszy i wakacyjnego raju Europy, a dziś synonimu nieszczęścia i choroby toczącej kontynent. Portret tak intensywny, jak intensywny jest taniec zeibekiko, o którym pisze, ale zarazem prawdziwy, oczyszczony z turystyczno-folderowych naleciałości.
Obok dramatycznej historii upadku południowego kraju biegnie też jednak druga, równoległa i równie fascynująca opowieść. Dionisios Sturis, syn Greka i Polki wychowany w Chojnowie na Dolnym Śląsku, opowiada o odkrywaniu kraju, w którym się urodził i którego jako dziecko nie zdążył poznać. "I tak jak ja liczy, że otworzy mu się w głowie grecka szufladka. Że coś przeskoczy, coś zaskoczy, gdzieś popłynie jakiś impuls" – pisze o koledze z kursu greckiego na studiach, takim jak on, "fifty-fifty", który wraca do swoich korzeni - "Przecież to musi gdzieś siedzieć". Magiczny moment nie następuje, ale młody dziennikarz podejmuje mozolny wysiłek, żeby nie tylko nauczyć się języka, ale dogłębnie poznać kraj swojego pochodzenia. Pisze o swojej, greckiej i polskiej, rodzinie, spotkaniach z krewnymi, wojennej odysei. Rodzinna historia, wspomnienia, traumy, nasączają dodatkowymi emocjami reporterską robotę, jak choćby wizytę w tradycyjnej ateńskiej kawiarni. "Do tej pory greckie kafenijo było dla mnie miejscem przeklętym, skansenem szowinistycznej, konserwatywnej, męskocentrycznej Grecji, z którą nie chcę mieć nic wspólnego, którą wypieram" – wyznaje, zanim zdecyduje się tam wkroczyć z dyktafonem i odczynić urok.
"Gorzkie pomarańcze" to również książka o Polsce, z którą zakręty historii związały - podobnie jak tysiące innych Greków – rodzinę autora. Relacjonując jej, momentami mocno dramatyczne, losy, Sturis opowiada znaczącą historię, która dotąd nie doczekała się wypowiedzenia w literaturze (warto dodać, że właśnie ukazała się książka Huberta Klimko-Dobrzanieckiego "Grecy umierają w domu") choć pulsuje mocno w krwioobiegu Dolnego śląska, dokąd trafiła po wojnie domowej większość greckich uchodźców. Obraz babci-Greczynki, która wodzi dłońmi po mapie w szkolnej sali, próbując się na niej "samonamierzyć", to piękna scena, jednocześnie rodzaj tkliwego osobistego hołdu i metafora o dużej literackiej mocy.
Współczesna Grecja, którą opisuje Sturis, pozostaje nieco nieuchwytna, być może dlatego, że autor uchyla się od czarno-białych diagnoz i historii, w których wszystko byłoby nazbyt oczywiste. Są tematy, o których chciałoby się u niego przeczytać, a których – przynajmniej bezpośrednio – nie porusza, jak choćby niepokojące poczynania słynnej Złotej Jutrzenki. Ale to dobry niedosyt. Obiecuje dalszy ciąg, a jedno jest pewne: o Grecji widzianej oczyma Sturisa chce się czytać.
Dionisios Sturis
"Grecja. Gorzkie pomarańcze"
W.A.B., Warszawa 2013
wydanie: I
oprawa: miękka
format: 142x202
liczba stron: 286
ISBN 978-83-7747-865-3
Wydawnictwo W.A.B.
Aleksandra Lipczak, czerwiec 2013