Żandary, czyli lany poniedziałek w Poznaniu
Żandary to tradycyjna procesja wiosenna, która do dzisiaj w lany poniedziałek odbywa się w Poznaniu. Osiem postaci w maskach i kostiumach własnej roboty z samego rana chodzi po dzielnicy Ławica, gra na instrumentach i goni przechodniów, a jak złapie – wymazuje im twarze sadzą albo czarną pastą do butów.
Uczestnicy procesji chętnie też wchodzą do domów tych, którzy zgodzili się ich wpuścić, składają gospodarzom życzenia świąteczne, stają z nimi do zdjęć a przy okazji polewają wszystkich wodą. Ci przebierańcy to dowód, że dawna wiejska tradycja może funkcjonować także we współczesnym dużym mieście.
Sadza z kremem nivea
Uważa się, że procesja żandarów odbywa się co roku (poza okresem drugiej wojny światowej) od około stu lat. Podobne tradycje zachowały się w różnych regionach Polski i łączą w sobie zarówno obrzędy i wierzenia pogańskie czy rytuały magiczne, jak i tradycję chrześcijańską. Są to rytuały dziadów, chodzenia po wiosce z kurą, bicia zieloną gałązką, oblewania przechodniów wodą i smarowania ich sadzą oraz przebieranki. Po przyjęciu przez Polskę chrztu dawne obrzędy i wierzenia podlegały zakazom ze strony władzy duchowej i świeckiej, jednak niektóre z nich zostały inkorporowane przez chrześcijaństwo i zyskały nowe znaczenie. W ten sposób przetrwały do naszych czasów.
Kostiumowa procesja jako taka jest zjawiskiem tradycji wiejskiej. Ławica była kiedyś wioską. Później rozwój miasta oraz powstanie lotniska, które mieści się obok, zrobiły swoje i osada stała się częścią Poznania, a żandary zostały obrzędem miejskim.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Jadwiga Klimaszewska w "Dorocznych obrzędach ludowych" procesję kostiumową zalicza do wąskiej grupy rytuałów sprzyjających zdrowiu i dobrobytowi. Tradycyjnie takie obrzędy odbywają się podczas Bożego Narodzenia, Nowego Roku i na wiosnę, w okresie wielkanocnym, czyli z początkiem roku kalendarzowego lub wegetacyjnego. Z obrzędami tymi wiążą się życzenia udanego, bogatego roku i szczodrego urodzaju, składanymi przez uczestników procesji gospodarzom, którzy wpuszczą ich do swego domu.
Dzisiaj życzenia, rzecz jasna, brzmią nieco inaczej (zwykle jest to coś na wzór "szczęścia, zdrowia i wesołych świąt"), zaś same ryty obrzędowe wyraźnie uległy modernizacji i zostały dostosowane do wymogów czasu. Na przykład uczestnicy procesji kostiumowej muradyny we wsi Wałkowice smarują teraz widzów sadzą zmieszaną z kremem nivea, żeby chętni do udziału w lokalnych obrzędach mogli później bez problemu umyć twarz.
Współczesne żandary wyruszają na swój przemarsz zaraz po porannej mszy i snują się po sennym mieście, zawiadamiając czasem o aktualnym miejscu przebywania tych, którzy akurat dzwonią na ich komórki czy udzielając licznych wywiadów lokalnej telewizji. Tradycyjnie w procesji żandarów udział bierze osiem postaci w barwnych kostiumach własnej roboty, twarze kryjąc za chimerycznymi maskami. Choć co roku kostiumy i maski ulegają drobnym zmianom, to role zawsze pozostają te same, a uczestnikami procesji mogą być tylko mężczyźni.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Mieszkańcy Ławicy przygotowują się do przyjęcia żandarów z wyprzedzeniem – ktoś szykuje prezenty (słodycze, ciasta, alkohole) i zaprasza do swego domu, a ktoś zaopatruje się w pistolety wodne, butelki czy nawet wiadra z wodą, by stawiać im należyty opór. Ktoś wychodzi z domu i czeka na procesję. Ktoś inny zaś chowa się mieszkaniu i zamyka okna. Tych ostatnich żandary usiłują namówić do wyjścia.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Żandar
Najważniejszy w procesji jest Żandar (od słowa "żandarm" wywodzi się nazwa całej procesji). Jest ubrany w niebieski mundur, na głowie ma czapkę policjanta, w ręku trzyma batog. Żandar "harcuje" na "koniu" (konik z drewnianą głową jest przymocowany do pasa Żandara, żeby go nie zgubił). Żandar nadaje tempo całej procesji, uderzając batogiem w ziemię i strasząc przechodniów. Komu nie uda się uciec, może oberwać po łydkach albo pośladkach.
Generalnie bicie przechodniów to nieodzowna cześć rytuału – żandary rzeczywiście walą wszystkich, których mogą dosięgnąć. Dzieci biją jedynie symbolicznie, dziewczyny – delikatnie po pośladkach, ale mężczyzn już mocniej. Jedna starsza mieszkanka tej dzielnicy, która oprowadzała naszą grupę badawczą, cały czas utyskiwała, że teraz żandary to już nie te, co kiedyś – i biją jakoś słabo, i przechodniów gonią wolno, a do tego cała Ławica i tak wie, kto się pod tymi maskami kryje. "Kiedyś jak bili, to bili: siniaki z tydzień było widać", narzekała. Rzeczywiście, można znaleźć informacje, że czasem niektórzy mieszkańcy dzielnicy, którzy obrywali batogiem zbyt mocno, wzywali policję.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Niedźwiedź i Dziady
Kolejna postać to Niedźwiedź prowadzony na powrozie przez Dziada. Dziś Niedźwiedź jest ubrany we włochaty kożuch ekologiczny, na głowie ma futrzaną maskę z dużymi uszami, do jego pasa przymocowano dość duży dzwonek. Dlatego, gdy tańczy, każdemu jego krokowi towarzyszy wesoły dźwięk dzwonka. Kiedyś Niedźwiedź miał kostium całkowicie zrobiony ze słomy (jak słomiane chochoły w muradynach), jednak kiedyś ktoś podpalił Niedźwiedzia i kostium tej postaci został zamieniony na bardziej bezpieczny. To najlepszy przykład tego, jak tradycja dostosowuje się do wymogów współczesności.
Dziad, który prowadzi Niedźwiedzia, jest ubrany w kostium z barwnymi strzępami – razem wyglądają trochę jak postacie z japońskiego arthaus'u.
Drugi Dziad różni się od pierwszego doczepionym garbem, zajmuje się głównie pogonią za przechodniami. Tych, których dogoni, bije drewnianą pałką.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Obrazek
niedzwiedz_dziad4.jpg
Ksiądz
Ksiądz to barczysty mężczyzna w komży. Jego maska jest całkowicie biała, podobnie jak wiadro, z którego kropi przechodniów "święconą wodą". To znaczy czasami kropi, a czasami wylewa na głowę całe wiadro. Podczas naszej wizyty Ksiądz pokropił nie tylko przechodniów i kierowców, ale nawet autobus, patrol policyjny oraz… moją kamerę.
Ciekawe, że kierowcy chętnie się zatrzymywali, żeby się przywitać z żandarami, wręczyć im jakieś drobne prezenty. Inna sprawa, że kilka samochodów zatrzymało się jedynie po to, żeby ich pasażerowie mogli ochlapać żandarów z pistoletów wodnych czy plastikowych butelek.
Doszło do śmiesznego epizodu: kiedy żandary mijali kilkupiętrowy dom, z balkonu na drugim piętrze około siedmioletni malec zaczął energicznie zrzucać na nich wcześniej przygotowane "bomby wodne", czym przyczynił się do znacznego ożywienia porządnie już zmęczonego towarzystwa.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Kominiarz
Kominiarz wygląda trochę jak negatyw Księdza, bo jest ubrany całkiem na czarno, twarz mu zasłania czarna kominiarka, na rękach zaś nosi czarne rękawice. Ma też miotłę, którą z satysfakcją łupi po pośladkach wszystkich, którzy nieopatrznie się do niego zbliżają. Jednak jego supermoc polega na czymś innym: Kominiarz zbliża się do przechodniów i pragnie przywitać się uściskiem dłoni, a kiedy to się udaje, jedną ręką mocno chwyta swoją ofiarę, a drugą wymazuję jej twarz sadzą (kiedyś) lub czarną pastą dla butów (dziś). Kominiarz to gość dzielny i konsekwentny: już po południu cała nasza grupa badawcza miała twarze wysmarowane na czarno.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Baba
Ponieważ kobiety nie mogą uczestniczyć w żandarach, rolę Baby wykonuje przebrany mężczyzna. Baba zakłada barwną spódnicę w kwiaty, na głowie ma chustę, a w rękach trzyma koszyk, do którego składa zebrane przez żandarów poczęstunki i prezenty. Baba też ma drewnianą pałkę. Zgadnijcie, po co. Jasne! Żeby straszyć nią przechodniów i okładać tych, co się odważyli podejść bliżej.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
W pewnym momencie naszej włóczęgi spotkaliśmy młodą kobietę z wózkiem dziecięcym i jeszcze trzema dzieciakami. Na widok żandarmów około trzyletnia dziewczynka zawołała: "Tato, tato!". "To nie tato, teraz to Baba", tłumaczyła jej matka. Straszna Baba okazała się kochającym mężem oraz ojcem czwórki dzieci.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
Grajek
Może się wydawać, że Grajek przyczepił się do tego towarzystwa całkiem przypadkowo, ponieważ nikogo nie straszy, nie brudzi i nie polewa wodą, a po prostu chodzi za żandarami z akordeonem i umila ich zabawy wesołą muzyczką. W tym roku autentyczna maska Grajka zepsuła się w noc przed procesją, więc musiał chodzić w jakiejś innej, zakupionej w najbliższym supermarkecie.
Komin
Kulminacyjny moment procesji żandarów jest związany z lokalną piekarnią, a ściślej - z jej wysokim kominem. Na ów komin, z pomocą Kominiarza, ma wejść Baba. Baba pod spódnicą nosi ogromne białe majtasy z namalowanym na nich Diabłem (co świetnie ilustruje tradycyjne wyobrażenie o kobiecie jako źródle grzechu oraz diabelskiej naturze kobiecej seksualności). Właśnie Baba powinna wszystkim zademonstrować tego Diabla z komina. Na komin Baba co roku wyłazi mniej więcej o tej samej porze, dlatego już po południu naprzeciwko piekarni gromadzą się tłumy.
Żandary wchodzą na podwórko piekarni i barykadują się za bramą, bo wiedzą, że okoliczne dzieci czekają na nich z pistoletami wodnymi i butelkami wypełnionymi wodą. Grajek gra, Kominiarz z Babą włażą na dach, trochę tańczą, Baba włazi na komin, podnosi kieckę, a widzowie radośnie klaszczą.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
"Żandary" w Poznaniu, fot. Lia Dostlewa
W tym roku Baba z Kominiarzem wleźli niezbyt wysoko, bo drabina strażacka na kominie wyraźnie się chwiała, na co starsza pani, która nas oprowadzała, mrukliwie zauważyła, że "za jej czasów komin był dwa razy wyższy od tego, a jednak żandary włazili na samą górę". No cóż, jak wiemy zawsze "kiedyś było lepiej"; najważniejsze, że tradycji stało się zadość i że wszyscy świetnie się bawili.
Z ukraińskiego przetłumaczyła Natałka Rymska