Do Polski trafiło ich 1500 (większość dopiero w 1953 roku), a najstarsze z nich miały wówczas po 14 lat. Były sierotami, ofiarami wojny, którą w czerwcu 1950 roku Korea Północna wypowiedziała swoim południowym sąsiadom wspieranym przez USA. Trwający trzy lata krwawy konflikt był jedną z zimnowojennych wojen zastępczych, w których de facto mierzyły się geopolityczne potęgi Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Polska, znajdująca się wówczas w radzieckiej strefie wpływów, ochoczo włączyła się w propagandową misję pomocy północnokoreańskim ofiarom.
O koreańskich dzieciach informowała Kronika Filmowa i "Trybuna Ludu", Marian Brandys poświęcił im socrealistyczny "Dom odzyskanego dzieciństwa", a do Otwocka, gdzie przebywała pierwsza dwusetka koreańskich gości, organizowano wycieczki integracyjne. W 1956 roku pod Warszawę przyjechał sam Kim Ir Sen, przywódca Korei Północnej. Na Okęciu witali go najważniejsi polscy politycy: Cyrankiewicz, Ochab i Rokossowski, a każdy krok koreańskiego pół-boga śledziły polskie i zagraniczne media.
Ale prawda o koreańskich sierotach była nieco bardziej skomplikowana niż przedstawiające ją propagandowe obrazki. Znakomita większość dzieci z Północy trafiła bowiem do Lwówka Śląskiego. Przyjechały dopiero w 1953 roku. Nie z Korei, ale z terenów głębokiej Rosji, gdzie przebywały w urągających godności warunkach. Kiedy koreańska wojna zbliżała się ku końcowi, radzieccy przywódcy postanowili przenieść je do Polski, by tutaj ofiary azjatyckiego konfliktu mogły wrócić do zdrowia i właściwej formy.
Gdy wysiadały z pociągów, które przywiozły je do Lwówka, budziły litość. Były schorowane i zarobaczone, a zanim mogły zacząć normalne życie, trafiały pod opiekę miejscowych lekarzy. Wkrótce niewielki Lwówek Śląski stał się ich drugim domem.
Jolanta Krysowata, autorka książki "Skrzydło anioła: historia tajnego ośrodka dla koreańskich sierot" oraz filmowych materiałów poświęconych ich losom, mówiła o tym miejscu.
To była taka Czarodziejska Góra, enklawa, zamknięty teren przy sennym miasteczku blisko niemieckiej granicy.
Nikt nie chciał się tam osiedlać i niewielu w ogóle zapuszczało się w to miejsce. Właśnie dlatego Lwówek został wybrany jako miejsce pobytu koreańskich gości. Pobytu, który z czasem spowijała coraz grubsza warstwa tajemnic i niedomówień.
Nowy dom