Kiedy w 2016 wśród nominowanych do Oscarów dla najlepszych aktorów nie znalazł się żaden czarnoskóry artysta, przez amerykańskie media przetoczyła się dyskusja na temat rasizmu w Hollywood. Dyskusja bardzo potrzebna, o czym przekonuje fakt, że w osiemdziesięciu dziewięciu dotychczasowych edycjach najważniejszych nagród przemysłu filmowego Oscara za reżyserię nie otrzymał ani jeden czarnoskóry reżyser. Gdzieś na marginesie tej rozmowy pojawiał się także temat innych wykluczonych – kobiet-realizatorek.
Hollywoodzkie młyny mielą bowiem powoli, a decydenci z Fabryki Snów zachowują się, jakby nie rozumieli, że w XXI wieku nierówność względem płci jest nie tylko skandalem, ale i wstydliwym anachronizmem. I choć dzięki odwadze znanych aktorek udało się przełamać zmowę milczenia nad nierównościami płacowymi dotykającymi kobiet Hollywood, a Oscar dla Kathryn Bigelow w 2009 był pierwszym kobiecym Oscarem w kategorii "najlepszy reżyser", to wciąż istnieją w Hollywood branże, gdzie kobietom dużo trudniej jest znaleźć sobie miejsce.
Za przesłoną

Kadr z filmu "Australia", reżyseria: Baz Luhrmann, zdjęcia: Mandy Walker, 2008, fot. Kino Świat
Dotyczy to głównie autorek zdjęć filmowych. Dość powiedzieć, że w dotychczasowej historii Oscarów ani razu kobieta nie była nominowana do nagrody za najlepsze zdjęcia. Nie jest to jedyna statystyka potwierdzająca, że branża operatorska wciąż jest we władaniu mężczyzn. Kobiety-operatorki pracowały przy zaledwie 3 procentach spośród 250 najlepiej zarabiających amerykańskich filmów.
Można by powiedzieć, że to przypadek, albo że wśród kobiet brakuje wystarczająco zdolnych artystek, ale ani jedno, ani drugie nie byłoby prawdą. W amerykańskim kinie od lat pracuje wiele wybitnie zdolnych autorek zdjęć. Choćby Maryse Alberti, autorka zdjęć do takich filmów jak "Zapaśnik" Darrena Aronofsky'ego, "Idol" Todda Haynesa czy "Happiness" Todda Solondza. Albo Ellen Kuras, operatorka znakomitego "Zakochanego bez pamięci" Michela Gondry'ego, Mandy Walker znana za sprawą "Australii" Baza Luhrmanna czy Natasha Braier odpowiedzialna za zjawiskowe zdjęcia do "Neon Demon" Refna.
I choć Amerykańska Akademia Filmowa zdaje się nie dostrzegać kobiet-operatorek, sama branża powoli zmienia do nich nastawienie. Świadczy o tym choćby branżowy magazyn "American Cinematographer", prestiżowe pismo tworzone z myślą o operatorach filmowych, w którego lutowym numerze zamieszczono sylwetki 10 wschodzących gwiazd sztuki operatorskiej. W zaszczytnym gronie znalazło się pięciu mężczyzn (w tym Polak, Kuba Kijowski) oraz pięć kobiet, które w ostatnich latach najmocniej odcisnęły swe piętno na światowym kinie.
Podzieleni

Fragment plakatu do filmu "Zapaśnik", reżyseria: Darren Aronofsky, zdjęcia: Maryse Alberti, 2008, fot. SPInka
Zmiana warty następuje także w Polsce, gdzie mizoginiczne stereotypy były i są dużo mocniejsze niż w Fabryce Snów. Przypomnijmy może słowa Jolanty Dylewskiej, jednej z najlepszych operatorek pracujących w polskim kinie.
"Przed przyjściem do Szkoły Filmowej nie istniał dla mnie podział na kobiety i mężczyzn, raczej na tych, którzy niosą coś ze sobą i tych 'obojętnych'. Dopiero w Szkole zauważyłam, że świat dzieli się według płci i, oczywiście, lepiej być mężczyzną. Do dziś zresztą w środowisku operatorów czuję się nieswojo, wręcz obco. (...) Na festiwalu w Gdyni i w Toruniu podczas trwania Camerimage odczułam, że środowisko operatorów daje mi do zrozumienia, że jestem właściwie... wybrykiem natury." ("Kino", nr 12/1994)
Dylewska wypowiadała te słowa przez ponad dwudziestoma laty, ale nie była jedyną polską operatorką doświadczającą osobliwego płciowego ostracyzmu.
Kiedy inna ze znanych polskich artystek, Magdalena Górka, zdała do łódzkiej Filmówki, była jedną z dwóch dziewczyn na roku (dziś proporcje między kobietami i mężczyznami znacząco się poprawiły) i obiektem seksistowskich żartów ze strony kadry naukowej.
Profesor Mieczysław Jahoda, operator "Krzyżaków" Aleksandra Forda, miał zwyczaj wklejać do swojego zeszytu zdjęcia nowych studentów. Wkleił także zdjęcie Górki, efektownej, młodej blondynki. Blondynki, która przed rozpoczęciem roku akademickiego ogoliła głowę na łyso, a na pierwszych zajęciach usłyszała od profesora: " Dlaczego ty to zrobiłaś? Przecież my cię przyjęliśmy jako maskotkę". Także Witold Sobociński, inny wybitny pedagog, pozwalał sobie na żartobliwe rady, by operatorka rzuciła zawód, nauczyła się gotować barszcz i wyszła za mąż.
Nowe otwarcie
Na szczęście ani Jolanta Dylewska nie poddała się w walce o pozycję w środowisku polskich operatorów, ani też Górka nie rzuciła studiów. Pierwsza została jedną z najbardziej cenionych polskich artystek filmowych, a druga zamiast gotować barszcz – kręci filmy w Hollywood.
W ich ślady poszły zresztą kolejne operatorki. Monika Lenczewska wyjechała do Los Angeles, by angażować się w najciekawsze międzynarodowe projekty realizowane w różnych częściach globu – od Etiopii, przez Grecję, po Islandię i Los Angeles. Przed rokiem znalazła się w zaszczytnym gronie "operatorów, których należy oglądać" magazynu Variety, a dziś to właśnie ona wydaje się największą wschodzącą gwiazdą rodzimej sztuki operatorskiej.
Nie jedyną – Ita Zbroniec-Zajt w 2017 roku jako pierwsza kobieta zdobyła szwedzką nagrodę filmową za najlepsze zdjęcia, a Weronika Bilska z każdym kolejnym filmem udowadnia, że ma niezwykłą intuicję i wyczucie filmowej przestrzeni.
Kiedy Dariusz Gajewski prezentował na festiwalu w Gdyni swój ostatni film "Obce niebo" ze zdjęciami Moniki Lenczewskiej, mówił, że wybór tej konkretnej operatorki wynikał m.in. z potrzeby "kobiecego spojrzenia". To stwierdzenie wydaje się dziś cokolwiek absurdalne. Bo polskie operatorki udowadniają, że zdjęcia filmowe nie mają płci. Wrażliwość na detal, umiejętność komponowania kadru i inscenizacji nie są przypisane ani kobietom ani mężczyznom.
Dziś kobiety z kamerami przełamują stereotypy. A że technologiczny postęp wytrącił z rąk ich oponentów argument o tym, że kobiety nie mają dość siły, by pracować z ciężkim operatorskim sprzętem, będą zyskiwać coraz większą przestrzeń. I bardzo dobrze. Wystarczy rzut oka na filmy Moniki Lenczewskiej, Jolanty Dylewskiej, Maryse Alberti czy Natashy Braier, by dostrzec, jak ogromnym talentem dysponuje każda z tych operatorek i jak wielką jest indywidualnością.
Źródło: American Cinematographer 2/2017, inf. własne, Indie Wire.