Jakie wyzwania stoją dziś przed teatrem repertuarowym w Polsce? Co warto pokazać zagranicznej publiczności?
Wyzwania: utrzymać jakość i stabilność zespołów przy rosnących kosztach, nie zgubić różnorodności repertuaru. Największym wyzwaniem dla teatru repertuarowego jest dziś utrzymanie tożsamości w świecie, który premiuje jednorazowość i szybki efekt. Teatr repertuarowy opiera się na zespole, ciągłości pracy, relacji budowanej latami z widzem. To wymaga stabilności, odpowiedzialności i cierpliwości – a tych wartości nie zawsze sprzyja współczesne tempo.
Co pokazywać za granicą? Teatr, który jest precyzyjny w formie i uczciwy w treści. Klasykę czy współczesność, ale z wysokim aktorstwem i klarownym przesłaniem. To jest język zrozumiały wszędzie.
A jeśli chodzi o kino? Które polskie filmy warto pokazywać za granicą?
Myślę, że w przypadku kina sytuacja jest bardzo podobna jak w teatrze. Największym wyzwaniem jest dziś zachowanie równowagi między ambicją artystyczną a komunikatywnością. Kino musi walczyć o uwagę widza w świecie przesytu obrazów, platform i natychmiastowej dostępności wszystkiego. Tym bardziej potrzebuje jakości – scenariusza, rzemiosła, wyrazistego aktorstwa.
Analogicznie do teatru, za granicą warto pokazywać filmy, które nie próbują być „ciekawostką z Polski”, lecz opowiadają uniwersalne historie w mocnej, autorskiej formie. Dobrze zrealizowana klasyczna narracja, historie osadzone w naszej rzeczywistości, ale dotykające tematów wspólnych – relacji, odpowiedzialności, samotności, wyborów moralnych. To jest język, który widz rozumie wszędzie.
Co jest bardziej wymagające dla aktora – kamera czy scena?
To są dwa różne sporty. Kamera karze za fałsz milimetrem, scena – kilometrem. W teatrze dźwigasz rytm wieczoru i energię widowni, w filmie – precyzję powtórzeń, cierpliwość i zaufanie do montażu. Najbardziej wymagające jest przełączanie się między nimi bez utraty prawdy.
Czego nauczył pana zawód aktora o człowieku i współczesnym świecie?
Przede wszystkim tego, że człowiek rzadko jest „zły” we własnej opowieści o sobie. Najczęściej jest przestraszony, samotny, ambitny ponad miarę albo zwyczajnie zagubiony. Kiedy pracuje się nad rolą, trzeba spróbować zrozumieć jej rację – nawet jeśli się z nią nie zgadzamy. I to uczy pokory wobec drugiego człowieka.
A współczesny świat? Że ilość informacji rośnie w zastraszającym tempie, ale sens nie rodzi się automatycznie. Sens wymaga czasu, skupienia, rozmowy. I może właśnie dlatego wciąż warto opowiadać historie – żeby w tym całym hałasie świata ktoś na chwilę usłyszał własne myśli.
Czy popularność pomaga, czy bywa obciążeniem?
Popularność jest jak światło rampy: bywa potrzebna, bo pomaga projektom dotrzeć do ludzi, ale jeśli człowiek zaczyna grać „dla popularności”, to przestaje grać rolę, tylko zaczyna grać własny wizerunek. A to jest rola bez końca i bez przerwy.
Jakie wyzwania stawia pan sobie jako dyrektor Teatru Współczesnego?
Po pierwsze: ciągłość jakości i szacunek dla historii miejsca. Teatr Współczesny to scena o bardzo czytelnej tradycji repertuarowej z wierną publicznością. Nie można tego zaprzepaścić, ale nie wolno też zamknąć się w przeszłości.
Najważniejszy jest dla mnie zespół i warunki do spokojnej, odpowiedzialnej pracy. Teatr repertuarowy żyje relacją – zarówno między aktorami, jak i między sceną a widownią. Chciałbym, żeby repertuar był różnorodny, ale spójny, ambitny, a jednocześnie komunikatywny. Jeśli widz wychodzi z poczuciem, że został potraktowany poważnie – to znaczy, że teatr spełnia swoją rolę.