Szymon Adamczak, fot. Dagmara Torłop, Pawilon Poznań
Wspomniałeś o edukacji w Amsterdamie. DAS Theatre to ośrodek łączący praktykę badawczą z twórczą i kuratorską. Interesuje mnie trajektoria tego doświadczenia. Zastanawiałam się, czy to jest tak, że zawsze lubiłeś te przestrzenie pomiędzy i asamblaż różnych praktyk, stąd wybór tej szkoły, czy to właśnie doświadczenie edukacji w DAS otworzyło cię na możliwość funkcjonowania w sieci rozmaitych zainteresowań i profesjonalnych wyzwań. Ale z tego, co mówisz, wynika, że to była od zawsze twoja naturalna dyspozycja.
Wcześniej studiowałem na MISH-u w Poznaniu, zawsze jadłem więcej niż mogłem przeżuć. Czuję, że dopiero teraz zaczynam znajdować balans. Przed wejściem do szkoły w Amsterdamie rozwijałem przede wszystkim dwie ścieżki: pierwsza była kuratorsko-instytucjonalna, produkcyjna i organizacyjna, a druga – artystyczna. Do DAS dostałem się po pierwszym sezonie mojej pracy jako dramaturg na etacie w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, gdzie objąłem stanowisko jako dwudziestoczterolatek – z dzisiejszej perspektywy uważam, że trochę przedwcześnie, co nie znaczy, że nie było to formacyjne doświadczenie. Ówczesnym dyrektorem był Jan Klata i wiem, że różnie się o nim myśli, ale ja miałem z nim dobrą relację. Widział we mnie reprezentanta młodszego pokolenia, który ma coś do zaoferowania. Nie musiał tego rozumieć, ale to szanował. Mówił "tak, jedź do Amsterdamu, skończ tę szkołę i przywieź inne sposoby pracy". Miałem w sobie wtedy pytanie dotyczące tego, co jest tym moim wkładem, co ja mam do powiedzenia jako osoba pracująca w obszarze artystycznym, jakie są moje narzędzia. W DAS też istniały dwie trajektorie: jedna artystyczno-kuratorska, a druga typowo twórcza. Osoby z tej pierwszej specjalności również były traktowane trochę jak artyści, istniały jednak różne oczekiwania wobec dyplomu. Myślałem, że to właśnie będzie moja ścieżka, którą połączę z pracą w Starym. Ale zmieniła się dyrekcja, zagęściła się polityczna sytuacja wokół teatru i po roku skończyłem tam pracować. W DAS nauczyciele mówili mi: zajmij się tym, zrób o tym projekt. Jednak nie miałem na to siły, potrzebowałem przestrzeni dla siebie, próbowałem stworzyć pierwsze działania na temat choroby dwubiegunowej w kontekście swojej rodziny, ale potem je zarzuciłem, bo nie miałem do tego narzędzi i mnie to przerosło. W każdym razie, kończąc pracę w Starym, czułem, że jakiś mój pomysł na własną drogę się załamał. Niedługo potem zaczęła się moja historia z HIV i nagle miałem czas tylko dla swojego rozwoju, nie dla pracy dla instytucji. Na drugim roku szkoły poświęciłem się temu tematowi i to było totalnie transformacyjne. Czuję, że przeżyłem doświadczenie szkoły artystycznej w pełnym tego słowa znaczeniu. Projekt o HIV rozrósł się merytorycznie, ostatecznie stał się moim dyplomem. Sam temat wirusa jest transdyscyplinarnym asamblażem: łączy zdrowie publiczne, studia nad seksualnością, biologię, dziedzictwo sztuk performatywnych. Od samego początku epidemii HIV/AIDS artyści wszystkich mediów wypowiadali się na ten temat. Interesowało mnie, co ja sam – w 2017 czy 2018 roku – mam w tym kontekście do powiedzenia. Zacząłem wtedy zahaczać o pole, które dziś nazywamy badaniami artystycznymi.
Drugim programem, jaki skończyłem w Amsterdamie było THIRD, czyli coś na kształt "paradoktoratu". To przestrzeń dla artystów, którzy mają już jakiś dojrzały język, klarowne zainteresowania i mogą, w ramach mentorskich relacji i rozwojowego budżetu, wyszukać i nazwać kierunki, które będą ich interesować w przyszłości. Większość osób na roku była ode mnie prawie dekadę starsza, wszystkie były też matkami, jedna była drag mother. Studiowałem z dyrektorem artystycznym sex clubu, choreografką zajmującą się od dwudziestu lat grzybami, z osobami artystycznymi z Surinamu czy choreografką z Berlina pracującą z przestrzenią publiczną. Wszyscy byliśmy dla siebie w pewnym sensie mentorami. Ten program miał pomóc nam w potencjalnym wejściu na ścieżkę doktoratu w innej szkole. Sam byłem prawie gotowy, by aplikować na doktorat w Royal Central School of Speech and Drama w Londynie. Miałem wrażenie, że jako osoba z Polski będę lepiej zrozumiany w Wielkiej Brytanii niż w Holandii. W Wielkiej Brytanii jest więcej zainteresowania naszą kulturą, wydawane są książki o polskim teatrze. W Holandii czułem, że kontekst, z którego pochodzę, trochę nie działa.