Kogo pragniesz?
Scena z przedstawienia „Znak z językiem” w reżyserii Daniela Kotowskiego, 2024, Teatr Współczesny w Szczecinie, fot. Piotr Nykowski/Teatr Współczesny w Szczecinie
Kiss to tell widziałam już jakiś czas temu. Szczątkowe notatki, które wtedy zrobiłam, nie pozwalają na dokładną rekonstrukcję działań performatywnych. Ale też nie o to tu chodzi. Gdy dzisiaj myślę o tym performansie, to w pierwszej kolejności przypominają mi się głośne dźwięki wydawane przez całujące się usta. Znaczną część kiss to tell zajmuje bowiem sekwencja, w której Kotowski składa pocałunki na porozrzucanych po scenie lusterkach różnej wielkości. Początkowo powoli, później coraz dynamiczniej i agresywniej. Performer najpierw całuje zewnętrzną stronę zwierciadeł, tak jakby chciał się ukryć za przedmiotem, w którym odbija się publiczność. Z czasem jednak kieruje szkiełka na siebie.
Wytwarzająca się z tych gestów fonosfera warszawskiego spektaklu jest jednocześnie niepokojąca, fascynująca i drażniąca. W krótkich momentach, w których Kotowski odkładał jedno lustro, a jeszcze nie zdążył wziąć do ręki kolejnego, odczuwałam ulgę.
Sam pocałunek nie wydaje się zresztą w kiss to tell czynnością romantyczną. Kotowskiego interesuje tu bardziej badanie relacji władzy, dominacji i uległości. A także zgłębianie tematu samotności, pożądania czy stosunku do własnego ciała. Artysta jednocześnie komunikuje się z publicznością za pomocą choreografii pocałunków i wydawanych przez tę czynność dźwięków oraz języka migowego. Mamy więc do czynienia z wielopoziomową transmisją kodów i znaków.
Początkowo artysta ubrany jest w coś, co przypomina zielonkawą kołdrę, w której można się łatwo schować i zniknąć. Z czasem zrzuca z siebie kolejne warstwy puchowego materiału, ale i – jak się wydaje – wstydu. Pożądanie, z jakim jego usta odbijają się w szklanych płytkach, narasta. Kotowski czołga się po podłodze, czule się obejmuje i dotyka. Coraz mocniej, intensywniej i z eskalującą pewnością siebie. Nie uzależnia już swojego poczucia wartości czy atrakcyjności od tego, co na zewnątrz, ale przesuwa wektor do środka, kierując go na samego siebie.
Kotowskiemu na scenie towarzyszy Weronika Szymańska-Gątarek. Tłumaczka raz przekłada jego działania na język migowy, a innym razem – mówi na głos to, co on miga. Jest z jednej strony lustrem dla działań performera, z drugiej natomiast – obiektem jego pragnień, do którego ten próbuje się zbliżyć. Dynamika tej relacji, a właściwie sposób ich komunikacji, a dalej translacji, jest nierównomierna. Nie wszystkie działania czy znaki zostają przetłumaczone. Części z nich możemy się domyślać, ale pozostajemy też z poczuciem niezrozumienia, wyobcowania. Doświadczeniem, które w normatywnie zaprojektowanym świecie jest dla większości niecodzienne.
Na końcu otrzymujemy komunikat, że Kotowski opowie historię, gdy ktoś go pocałuje. Trwamy tak przez chwilę w obawie przed naruszeniem ram spektaklu. Ale w końcu jedna z widzek decyduje się wejść na scenę. Artysta momentalnie wstaje, kłania się, a publiczność bije brawo. Nie ma żadnej historii. A może właśnie jest?