Najtańsze leki pod słońcem. Kąpiele powietrzne w dawnym przyrodolecznictwie
Obecnie jakość powietrza w licznych polskich miejscowościach pozostawia wiele do życzenia, a sformułowanie "przebywać na świeżym powietrzu" brzmi coraz bardziej archaicznie. Dawniej jednak aeroterapia – czyli odpowiednio zaaranżowane spędzanie czasu w plenerze – traktowana była jak lek i zalecana w łagodzeniu wielu schorzeń (przede wszystkim w chorobach płuc), lecz także jako element codziennej higieny. "Przez kąpiele świetlno-powietrzne, prócz skóry ciała, wszelkie inne jego narządy doznają podniecenia" – czytamy w dwutygodniku "Zdrowie" z 1928 roku.
To w Sokołowsku (ówczesnym Görbersdorfie) powstało pierwsze na świecie górskie sanatorium gruźlicze, w którym lekarz pulmonologii Hermann Brehmer stosował między innymi metody leczenia klimatycznego. "W starożytności było powszechnym zwyczajem, że mężczyźni przy zapadłym zmroku, zupełnie rozebrani, leżąc na ziemi w ogrodach lub na płaskich dachach swoich mieszkań, wyraźnie w powietrzu się kąpali", pisano w XIX-wiecznym czasopiśmie "Rozmaitości", ubolewając, że niegdysiejsze praktyki lecznicze zostały w dużej mierze zapomniane. W kolejnym stuleciu przyrodolecznictwo wróciło jednak na szeroką skalę do zachwalania powietrza i słońca jako naturalnych remediów, a specjaliści – opierając się na dowodach naukowych – gorąco zachęcali do oddawania się tego typu kąpielom.
Helio- i aeroterapia, które odurzają
Leczenie słońcem i powietrzem (helio- i aeroterapja) wogóle, a w zdrojowiskach w szczególności, autor: Paweł Gantkowski, (1869-1938), fot. Biblioteka Narodowa Polona
Profesor nauk medycznych i działacz społeczny Paweł Gantkowski w wydanej w 1935 roku publikacji "Leczenie słońcem i powietrzem (helio- i aeroterapia) wogóle, a w zdrojowiskach w szczególności" przekonywał, że skoro bez jedzenia czy wody jesteśmy w stanie przeżyć kilka dni, a nawet tygodni, natomiast bez powietrza co najwyżej kilka minut, to ma ono kluczowe znaczenie dla naszego dobrostanu i powinno cieszyć się szczególną uwagą lekarzy. Temperatura, wilgotność, ciśnienie i ruch powietrza mają bowiem bezpośredni wpływ na ludzki organizm. Atmosfera zaś ściśle związana jest z przepuszczalnością promieni świetlnych, w związku z czym obok kąpieli powietrznych niezwykle istotne są także te zażywane w słońcu. Działanie słońca, zwłaszcza "pozafiołkowy" (czyli ultrafioletowy) charakter jego promieniowania, wpływa zaś na jakość powietrza, między innymi jego jonizację. Jedną z tajemniczych hipotez, jaką przytaczał autor był "wpływ kojący, a nawet odurzający powietrza na nasz układ nerwowy, wpływ powietrza do pewnego stopnia narkotyzujący". Wywodził to z obserwacji dzieci i gruźlików: te pierwsze, przebywając wystarczająco długo na zewnątrz, pod wpływem większego niż wcześniej dotlenienia uspokajają się i zasypiają, zaś chorzy na gruźlicę "werandując na powietrzu, łagodzą powietrzem napady kaszlu tak, jak gdyby spożyli jakiś lek narkotyczny". Niektórzy badacze podejrzewali wówczas, że ten efekt to sprawka… podtlenku azotu popularnie określanego mianem gazu rozweselającego stosowanego między innymi do znieczulania pacjentów (a współcześnie na przykład wypełniającego paczki chipsów, chroniąc je przed wysuszeniem).
Gra w kręgle bez odzieży
"O leczeniu suchot płucnych w szpitalu i w domu", autor: Seweryn Sterling, str. 29, Łódź: Rychliński i Wegner, 1905, fot. Biblioteka Narodowa Polona
"Morze powietrza i światła" postrzegano jako naturalny żywioł ludzkiego istnienia – analogicznie do ryb w środowisku wodnym. W broszurce "Kąpiele powietrzno-słoneczne" wydanej w 1909 roku w cyklu "Biblioteczka Przyrodolecznicza doktora Łuczyńskiego i Sozańskiego" autorzy narzekali na "suknie, buciki, parasolki i szale" jako narzędzia kultury stające na drodze do korzystania z prozdrowotnych właściwości przebywania w plenerze. "Ażeby zrównoważyć szkody wyrządzone organizmowi przez ubiór dzisiejszych czasów, powinni ludzie nauczyć się, jak można wyzyskać światło i powietrze w ramach dzisiejszej kultury", czytamy we wstępie. Dalej doktor Łuczyński przekonywał, że – tak jak rośliny czerpią z energii słonecznej – tak i ludzie poprzez receptory nerwowe "przyjmują najsubtelniejsze odcienie czucia", choć cały proces jest niezwykle tajemniczy i w zasadzie niedostępny poznaniu człowieka. Podejście ściśle naukowe do kwestii leczenia słońcem i powietrzem wchodziło tu zatem w osobliwy mariaż z przekonaniem o istnieniu magicznych niemal zjawisk, których mechanizm działania przekracza zdolności kognitywne człowieka. Na czym jednak konkretnie polegać miały kąpiele słoneczno-powietrzne? Przykładowe techniki lecznicze przybliżał między innymi "Krótki zarys pielęgniarstwa" przedstawiony przez lekarza i działacza samorządowego (a w latach 1918-1919 także wiceprezydenta Warszawy) Józefa Zawadzkiego w roku 1920. Osobie chorej zalecano, by leżąc nago na leżaku (jedynie z osłoniętą głową), zmieniała pozycję w interwałach od 3 do 10 minut. Po około czterdziestu minutach takiej "kąpieli" obowiązkowe było obmycie się nagrzaną przez słońce wodą. Miejsce kąpielowe musiało być osłonięte przed wiatrem, zimą zaś kurację odbywać można było w pokojach o szklanych sufitach i ścianach. Z dzisiejszej perspektywy trudno w zasadzie wskazać jakąś bardziej znaczącą różnicę między tego typu praktykami leczniczymi, a zwykłym opalaniem, ale rzeczywiście w tamtych czasach rekreacyjne zażywanie słońca nie było praktykowane, zaś opalona skóra nie stanowiła estetycznego ideału. Kąpiele słoneczno-powietrzne natomiast definiował Zawadzki jako "ruchy bez odzieży na otwartym powietrzu podczas działania słońca". Chodziło na przykład o granie w piłkę, tenisa, czy kręgle (co w przypadku nagich zawodników musiało być dosyć ciekawym zjawiskiem). Tym zaś, którzy zamiast gier bez odzieży preferowali zacisze zamkniętej przestrzeni, autor zalecał gimnastykę w wietrzonym pomieszczeniu o temperaturze nie niższej niż 15 stopni.
Eugenia Lewicka i jej Solarium
"Wskazówki dla kuracjuszy uczęszczających do Zakładu Leczniczego Stosowania Słońca, Powietrza i Ruchu im. dr. E. Lewickiej (Solarium)", autorka: Halina Wasilewska-Łobzowa. Druskienniki: Państwowy Zakład Zdrojowy, 1938 (Wilno: Zak. Graf. "Znicz"), fot. Biblioteka Narodowa Polona
Jedną z entuzjastek leczenia klimatem była Eugenia Lewicka – lekarka i fizjoterapeutka, bardzo bliska znajoma Józefa Piłsudskiego, założycielka Solarium, czyli Zakładu Leczniczego Stosowania Słońca, Powietrza i Ruchu w wówczas polskich, a obecnie należących do Litwy Druskiennikach, gdzie mieściło się słynne uzdrowisko. Cieszyło się ono zresztą poważną renomą i bogatą historią – poza Piłsudskim odwiedzali je także niegdyś Stanisław Moniuszko czy Eliza Orzeszkowa. Po tajemniczej śmierci Lewickiej (w wieku 34 lat została znaleziona nieprzytomna po przedawkowania luminalu, środka nasennego – nie ustalono, czy umyślnym, przypadkowym, a może spowodowanym działaniami innych osób) Solarium w Druskiennikach otrzymało jej imię. Prasa żegnała ją jako "jedną z najwybitniejszych kobiet współczesnego młodego pokolenia", czołową propagatorkę terapii sportem, powietrzem i światłem słonecznym, podkreślając, że w swojej misji była niezwykle zdeterminowana, a pierwsze prace fizyczne nad przygotowaniem terenu pod swoją placówkę przeprowadzała osobiście. Lewicka była prekursorką medycyny sportowej w Polsce, a także aktywistką na rzecz rozwoju kobiecego sportu – obok takich emancypantek, jak Kazimiera Muszałówna, niesamowita postać w dziedzinie popularyzacji ruchu i dziennikarstwa sportowego. Bliska znajomość z Piłsudskim (istnieje wiele teorii na temat ich romansu) pozwalała Lewickiej skutecznie lobbować za instytucjonalnymi rozwiązaniami w kwestii sportu kobiet.
Zakaz palenia w uzdrowisku
Późniejsza kierowniczka zainicjowanego przez Lewicką zakładu kontynuowała misję założycielki: wśród wskazówek dla kuracjuszek i kuracjuszy Druskiennik Halina Łobzowa-Wasilewska ujęła, między innymi, zalecenia dla osób z otyłością, chorobą niedokrwienną, cierpiących na schorzenia skórne czy przewlekłe zapalenia płuc. Lekarka chwaliła przede wszystkim przebywanie w zimnym powietrzu mającym ponoć zbawienny wpływ na przemianę materii. Słońca zaś radziła zażywać w celach wzmocnienia układu odpornościowego, zwiększenia liczby czerwonych krwinek i dla działania bakteriobójczego. W Zakładzie imienia Eugenii Lewickiej wszystkie uczestniczki i uczestnicy kuracji przed przystąpieniem do leczenia otrzymywali indywidualne wytyczne co do jego przebiegu – terapia światłem słonecznym nie była na przykład zalecana "osobom wątłym" czy cierpiącym na "nerwicę serca", zaś kąpieli powietrznych powinno unikać się "przy gruźlicy płuc ze skłonnością do krwotoków". Również ćwiczenia ruchowe dostosowane były do kondycji, wieku i płci kuracjuszek i kuracjuszy – grupy dzielono między innymi na "silne", "średnie" i "słabe", a każda z nich otrzymywała trykoty w jednakowym kolorze. Przez wzgląd na dobrostan osób poddawanych leczeniu zabronione było – co może zaskakiwać – przynoszenie na teren uzdrowiska książek, zakazywano także "załatwiania korespondencji", a także "omawiania interesów" i prowadzenia dyskusji na tematy zawodowe. Co ciekawe, podkreślano także, że w czasie zajęć… nie można palić papierosów. Istotnie, dym papierosowy mógł stać na drodze czerpania korzyści z kojącego wpływu powietrza.
Baszłyk i wełniana bielizna
Sanatorium Nauczycielskie w Zakopanem. Kuracjusze podczas leżakowania na werandzie, 1925-1930, fot. Zakład Nowoczesnej Fotografii Wytwornej H. Schabenbeck, Zakopane/Narodowe Archiwum Państwowe NAC
Miękko obite ławki ustawione w ogrodowej altance, a na nich poduszki z trawy morskiej. Łóżka z podwójnymi kołdrami przestronnych salach, w których na jednego chorego przypadać ma nie mniej niż 45 metrów sześciennych. Zegar, waga, kwiaty na parapetach oraz "porządny stół jadalny". Każdemu choremu – filcowe buty, rękawiczki i baszłyk, rodzaj kaptura z długimi końcami, które można zawiązać wokół szyi. Tak wyobrażał sobie oddział kuracji gruźliczych Seweryn Leopold Sterling, lekarz-ftyzjatra (jak dawniej określano pulmonologa) głoszący dewizę "Czyste powietrze dniem i nocą". Jego zdaniem aeroterapia nie powinna ograniczać się do sesji werandowania: okna w salach kuracyjnych powinny być otwarte niemal cały czas, nawet podczas mrozu, z przerwami na ubieranie się czy jedzenie. Przeciwwskazaniem według Sterlinga była jedynie mgła – nawet bowiem silny mróz nie stanowił przeszkody w choćby krótkim pobycie na leżalni.
Jak widać, nie jesteśmy w stanie znaleźć dziś spójnej definicji kąpieli powietrznych – niektórzy specjaliści za aeroterapię uważali każdą zwiększoną ekspozycję na świeże powietrze, inni zaś podkreślali, że istotne jest, by osoba poddawana leczeniu była w trakcie kuracji nago i najlepiej pozostawała w ruchu, uprawiając sport lub gimnastykę.
Trendy kosmetyczne
"Polska na morzu", praca zbiorowa, 1935, str. 246, fot. Bałtycka Biblioteka Cyfrowa
Korzystanie z dobrodziejstw świeżego powietrza i promieni słonecznych nie było jedynie częścią kuracji gruźliczych lub pokrewnych chorób. Aeroterapię traktowano po prostu jako część higienicznego życia, a nawet jako zabieg kosmetyczny. Na łamach międzywojennego pisma "Kosmetyka Nowoczesna" zachęcano, by kąpieli powietrznej zażywać wcześnie rano (jeszcze przed śniadaniem) w ramach przechadzki leśnej połączonej z delikatnymi ćwiczeniami. To, co dziś kojarzymy z mindfulnessową, wywodzącą się z Japonii praktyką shinrin-yoku (czyli kąpieli leśnych), funkcjonowało dawniej jako jedna z najbardziej dostępnych i wszechstronnych rodzimych metod leczniczych i higienicznych. W dwudziestoleciu modnym trendem stała się helioterapia (zwana także "słońcowaniem"), kobiety przestały więc uciekać przed słońcem, a opalona skóra nie była już kojarzona wyłącznie z klasami pracującymi fizycznie w plenerze:
[...] pamiętamy przed wojną jak panie zasłaniały się przed promieniami słońca, jak na wsi spędzano często całe dnie w cieniu drzew, jak noszono kapelusze ze specjalnie szerokimi rondami aby uniknąć opalenizny, modną w owe czasy była bladość oblicza, jak łatwo odróżniano opalonego wieśniaka od mieszczucha.
– czytamy w "Kosmetyce Nowoczesnej", której jeden z numerów otwierał obszerny, niemal pięciostronicowy artykuł na temat kąpieli powietrzno-słonecznych. Aero- i helioterapia miała pomóc zarówno osobom z nadwagą (ponoć po 15-20 kąpielach można było stracić – lub może raczej wypocić – aż 4 kilogramy), jak i nadmiernie szczupłym. Magię tę wyjaśniano wzmożoną przemianą materii, która ponoć "tłustego odchudzi, chudego zaś tuczy". A co z kontynuowaniem terapii zimą? Już wtedy dostępne były lampy solaryjne pozwalające opalać się bez konieczności "kąpania się" na zewnątrz. Kluczowe jednak było jak najczęstsze korzystanie z naturalnych promieni słonecznych – tego najtańszego z dostępnych leków – by "zrobić sobie w organizmie jak największy zapas energii promienistej na całą zimę".
Źródła: P. Gantkowski, Leczenie słońcem i powietrzem (helio- i aeroterapia) wogóle, a w zdrojowiskach w szczególności, Warszawa 1935; P. Tarkowski, Wkład kobiet lekarzy w rozwój medycyny sportowej w Polsce w okresie międzywojennym, "Z najnowszych dziejów kultury fizycznej i turystyki w Polsce, t. 1,. Dzieje kultury fizycznej i turystyki w Polsce w końcu XIX i XX wieku", Częstochowa 2018; S. Sterling, O leczeniu suchot płucnych w szpitalu i w domu, Łódź 1905; "Kosmetyka Nowoczesna: Uroda : Higiena : Zdrowie : Miesięcznik”, R. 4, 1937 nr 37 (luty)