Ciekawi mnie jeszcze, kim są ludzie, którzy biorą udział w tym wydarzeniu. Lokalsi, a może ludzie z całej Polski? Po co to robią? Czują, że to coś ważnego?
Baza jest, oczywiście, z Murowanej Gośliny i okolic. Ksiądz z lokalnej parafii, nauczycielka, całe rodziny. To oni stanowią większość uczestników. Ale są też ludzie zewsząd, bo samo widowisko jest wybitnie atrakcyjne. Uczestniczysz w społeczności, która jest inkluzywna, wesoła i fajna.
W próbie odpowiedzi na to pytanie jest zawarte ryzyko, że zaczniemy egzotyzować, opowiadając o tym, że jest to grupa, która niesie sztandar narodowo-katolicko rozumianej polskości. Właśnie nie. To jest najciekawsze i najfajniejsze zarazem. Dla niektórych z nich wiara jest rzeczywiście istotna, ale dla innych absolutnie nie. Głosują na przeróżne frakcje. Są tacy, którzy brali udział w czarnych protestach. Natomiast robienie czegoś razem w małej miejscowości sprawia, że nagle wytwarza się sieć zależności, która jest niewyobrażalnie sprawcza. Kiedy Rosja napadła na Ukrainę, te same sieci kontaktów służyły do tego, żeby organizować zbiórki, transporty z ludźmi z granicy i noclegi.
Możesz oczywiście też nie być lokalnym aktywistą, a jeździć tam po rozrywkę i zajęcia dla dzieciaków na lato. Albo fascynować się historią i wtopić się w którąś z tych postaci. Albo być aktorem, który zdobywa pierwsze szlify sceniczne. Albo uczyć się woltyżerki. Tych możliwości jest mnóstwo. To trochę jak dom kultury, tylko na sterydach. Dlatego bardzo szybko wyleczyłem się z myślenia o tym, że zacznę pytać ludzi o ich poglądy, na przykład o to, jak rozumieją zabójstwo biskupa Stanisława przez Bolesława Śmiałego. Bo to się staje elementem drugoplanowym. Albo powietrzem, którym wszyscy oddychamy.