Na czym ci zależało w kontekście obsady?
Najsilniejszym kryterium stała się umiejętność mówienia o emocjach albo uczciwego zbliżania się do tego. Wszystkie główne postaci grają aktorzy około czterdziestki lub starsi i mam poczucie, że to jest wiek, w którym jest się jako mężczyzna najtrudniej akceptowalnym dla feministycznej koncepcji świata społecznego. Biały, heteroseksualny mężczyzna w średnim wieku – kwintesencja przysłowiowego "betonu". Dlatego chcę się spotkać z tym stereotypem i poszukać w nim pęknięć, momentów wrażliwości.
Z jakimi oczekiwaniami czy wyobrażeniami podchodziłeś do tej pracy i czy któreś z nich zostały mocno skonfrontowane przez rzeczywistość?
Okazało się, że większość aktorów mówiła raczej o łatwości płakania, ale to może także kwestia samego zawodu i łatwości dostępu do emocji.
To pewnie też kwestia zaufania do ciebie jako reżysera. Wcale nie jest oczywiste przecież, że w przypadku spektaklu wychodzącego od kwestii osobistych każdy będzie chciał otwarcie wnosić od siebie to, co najbardziej kruche.
To prawda. Tutaj się to udało. Chęć do wnoszenia tego, co nazwałaś kruchym, była obecna od początku.
Rozmawiamy o osobistych narracjach, wytwarzaniu wspólnoty. Hasło sezonu w Teatrze Dramatycznym to "Terapia dla wszystkich". Myślisz, że teatr faktycznie ma taki potencjał?
Terapeutyczny? Średnio. Myślę, że terapia to terapia, a teatr to teatr. Choć na pewno teatr opiera się na energiach terapeutycznych, pokazując moment oporu przed ujawnieniem pewnych emocji. Potencjał terapeutyczny może pojawić się w chwili pogodzenia się z możliwością ich ujawnienia. Ukrywanie uczuć to trzymanie gardy, zagryzanie zębów, pozowanie na kogoś, kim się nie jest. Może chodzi o to, że kulturowo ukształtowana męskość oparta na sile, zarobkach, wytrzymałości, pozycji, hierarchii, stwarzaniu zagrożenia jest bardzo wyniszczająca. bell hooks zwraca w swojej książce na to uwagę: patriarchat ogranicza możliwość kochania.