Skoro traktujemy Wisłę jako żywą istotę, to czy na przykład mieliśmy takie obserwacje, że ”dorasta” wraz z biegiem? Okres dziecięcy przy źródle, potem dojrzewanie gdzieś na wysokości Krakowa, wiek średni – Warszawa, a potem starość i obracania się nie w proch, ale w morską wodę?
RS: Akurat takiej perspektywy nie mieliśmy, może dlatego, że już pierwszego dnia, gdy Małgosia miała rozpocząć bieg u źródła Wisły, trafiliśmy na ulewę i na co dzień górski potoczek zmienił się w potężny żywioł, który niósł kamienie i konary drzew. Widzieliśmy, jak się zmienia: im bliżej Bałtyku tym jest bardziej uregulowana. Nawet wpada do morza w miejscu, w którym to my sobie to wymyśliliśmy, a nie ona.
ML: Przejmującym odcinkiem jest Włocławek, tam widać wręcz postapokaliptyczną brzydotę, beton, nawet drzewa przy wałach wyglądają jak kikuty bez życia. A chwilę później za Włocławkiem zaczyna się jeden z najpiękniejszych, najdzikszych odcinków, z łachami, śladami łosi… Te momenty, gdzie była tak strasznie zabetonowana, kojarzyły mi się z nakładaniem na nią kagańca. Dla mnie to jest przemoc. Rzeka, żywa istota, jest kaleczona i nie jest w stanie się obronić.
Małgosiu, twoja twórczość zawsze była bardzo blisko przyrody. Czy to dlatego, że uważasz ją, niknącą w kryzysie klimatycznym, za najważniejszy dzisiaj temat?
ML: Nie tworzę sztuki zaangażowanej, raczej myślę o swojej twórczości jako o sztuce udziału. Może gdybym urodziła się w Warszawie czy innym mieście, pisałabym inaczej, ale wychowałam się blisko natury, więc dla mnie to normalne, że moje pisanie jest zogniskowane wokół niej. Nie chcę powiedzieć, że mam łatwość w pisaniu o tym, ale mam czułość na to, którą zaszczepili mi chociażby Krystyna Miłobędzka, Jarosław Iwaszkiewicz, Tadeusz Nowak czy Miłosz, który z przyrodą wadził się przecież przez całą swoją twórczość. Najpiękniejsze dla mnie wiersze o rzece to właśnie on. To są też moje źródła.
To skoro mowa o źródłach, powiedz, co czytałaś podczas biegu?
ML: Jeszcze przed biegiem czytałam książkę “Dunaj” Claudio Magrisa, która dotąd jest dla mnie inspiracją. Mamy marzenie, aby opowiedzieć Dunaj po swojemu, myślimy o tym już od dłuższego czasu. To wyjątkowa rzeka, różnorodna i fascynująca. Przepływa zarówno przez biedne kraje, jak i bogate. Chciałabym o nim opowiedzieć w kontekście kryzysu klimatycznego, postępu technologicznego czy stosunku danych krajów do zasobów wodnych. Claudio Magris przejmująco opowiedział o ludziach, kulturze i historii, my chcemy skupić się na rzece.
Miałam też ze sobą tom poetycki „Alfabet” Inger Christensen duńskiej poetki, przełożony przez Bogusławę Sochańską, która za swoje tłumaczenie została nagrodzona Nagrodą Literacką Gdynia, w tym samym roku, co ja zostałam laureatką w kategorii poezja. Spotkałyśmy się na scenie i stąd dowiedziałam się o tej książce. Dla mnie to jest poemat totalny. Pisany w latach 80., w Danii, w czasach względnego dobrobytu, a jednak poetka mówi o tych wszystkich strachach, które my odczuwamy tu i teraz. O wojnie, o poczuciu końca i niepewności. Osią opowieści jest natura, Christensen mówi o jej oszałamiającym pięknie, ale też pokazuje to, jak bezwzględnie z nią postępujemy.
Czy w kamperze była też półka z książkami fotograficznymi?
RS: Nie, ale miałem co oglądać (śmiech), codziennie przeglądaliśmy zdjęcia i nagrania. Ale oczywiście kształtowało mnie wielu fotografów. Kiedyś mój nauczyciel fotografii Grzegorz Dąbrowski powiedział mi, że najlepszą szkołą jest: „oglądać, robić” i tak na zmianę przez całe życie. Gdybym miał jednak wymienić jakieś nazwisko, to już po biegu Małgosi zacząłem bardziej badać wątki posthumanistyczne w fotografii i jestem pod wielkim wrażeniem, myślę, że Małgosia też, brytyjskiego fotografa Stephena Gilla, autora między innymi projektów ”The Pillar” czy ”Night Procession”.
Już w piątek 27 czerwca zostanie otwarta kolejna wystawa ze zdjęciami z waszej wiślanej przygody. Czy będą na niej prezentowane te same zdjęcia co w warszawskiej galerii Jednostka?
RS: Każda odsłona naszej przygody, chociaż bazuje na tym samym doświadczeniu, jest czymś innym. Inne zdjęcia są w naszej książce, inne były w miesięczniku „Pismo”, inne są na naszych wystawach. W Opolu zdjęcia zostały naniesione na wielkoformatowe tkaniny, dzięki czemu, mam nadzieję, zmieni się też sposób percepcji. Liczę na to, że uczestnicy wystawy będą dotykać tych tkanin, patrzeć, jak zdjęcia drżą, jak porusza się Wisła.