Za główny instrument obrał sobie saksofon altowy. Wybór to nieoczywisty, ale o pięknym wieloletnim jazzowym rodowodzie. Urodził się w 1994 roku w Rybniku, studiował w prestiżowym kopenhaskim Rytmisk Musik Conservatorium. Ma zaledwie 26 lat, a na swoim koncie już setki koncertów zagranych na świecie, dziesiątki sesji nagraniowych, współpracę z takimi muzykami, jak Kamil Piotrowicz, Piotr Orzechowski czy Marcin Masecki. Prowadzi trio z Michałem Barańskim (kontrabas) i Łukaszem Żytą (perkusja). Ich debiutancka płyta ukazała się w roku 2017 w ramach legendarnej serii Polish Jazz. O "Another Raindrop" (Polish Jazz vol.78) od razu zrobiło się głośno. Był to pierwszy debiut w naszej zacnej serii płytowej od 28 lat! Rok później Kuba Więcek otrzymał za nią Fryderyka i trójkowego Mateusza. W 2019 roku ukazał się drugi album tria, "Multitasking" (Polish Jazz vol.82) – materiał pokazujący nowe oblicze brzmieniowe zespołu, jego kolejne inspiracje, niekiedy daleko wybiegające poza jazz. Z niecierpliwością czekamy na płytę trzecią, która powinna ukazać się w 2021 roku, ale już te dwie pozycje pokazują nam wyraźnie, że legendy polskiego jazzu doczekały się godnych następców. Śmiało możemy dziś mówić o nowej fali polskiego jazzu.
Spotkałem się z Kubą w połowie czerwca 2020 roku. Dosłownie przed chwilą świat zaczął po pandemii wracać do normalności. Znów otwarto kawiarnie i sklepy płytowe, idąc na spacer nie musimy już zasłaniać twarzy maseczkami. Idziemy do Forum, ulubionej warszawskiej kawiarni Kuby. Naszą rozmowę zaczynamy od tego, jak wyglądało jego muzyczne życie podczas pandemii koronawirusa.
Lockdown
"Multitasking" (Polish Jazz vol.82), okładka, fot. materiały promocyjne
Przyznam, że lockdown zupełnie, ale to zupełnie mi nie przeszkadzał. Wręcz go sobie wymarzyłem! Od dłuższego już czasu czułem się przeciążony liczbą granych koncertów, brakowało mi przestrzeni na skupienie się, na pisanie muzyki. W styczniu tego roku specjalnie wygospodarowałem sobie czas – dwa miesiące wolnego – żeby przenieść się do Berlina, zmienić otoczenie, poznać nowych ludzi. Coraz bardziej wciąga mnie muzyka elektroniczna, a przecież Berlin to jej niekwestionowana stolica. Chciałem spróbować zupełnie nowych rzeczy. Praktycznie nie chodziłem tam na koncerty jazzowe. Wybierałem elektronikę, alt-pop. Oprócz tego, całymi dniami siedziałem i robiłem nową muzykę. Szukałem nowego podejścia do saksofonu, nagrywałem i przetwarzałem go w inny sposób – po prostu robiłem muzykę elektroniczną. Świat produkcji muzycznej jest tak olbrzymi, że musiałem skoncentrować się na tym, co może mnie w nim wyróżniać. I doszedłem do wniosku, że na saksofonie wcale nie gra tak wielu ludzi, a jeśli już grają, to niekoniecznie posiadają rozpoznawalny styl. Postanowiłem więc, że saksofon altowy będzie znajdował się w centrum tego, co robię. Od rana do nocy siedziałem i tworzyłem bit za bitem, codziennie powstawał nowy utwór. Tytułowałem je: Berlin 1, Berlin 2. Ten zapis zresztą kontynuowałem nawet po powrocie do Warszawy – teraz jestem już przy kompozycji Berlin 140. Świat elektroniki kompletnie mnie pochłonął, wstawałem rano i natychmiast siadałem do pracy. Pracowałem jak w transie. Elektronika ogromnie dużo mnie nauczyła. Dziś już inaczej myślę o kompozycji. Na przykład, gdy piszę muzykę dla swojego tria, wykorzystuję te wszystkie doświadczenia. Tak minęły mi dwa miesiące. Szczerze mówiąc, nie cieszyłem się specjalnie na powrót do Polski i do życia koncertowego. Było mi chyba zbyt dobrze, gdy mogłem sobie siedzieć, robić muzykę, gdy nic mnie nie rozpraszało. Kiedy jednak wróciłem i zacząłem się pakować do wylotu w trasę koncertową do Meksyku, dowiedziałem się o zamknięciu granic. Lockdown przytrafił się po prostu w dobrym dla mnie momencie. Zamiast wyrywać, wykradać momenty pomiędzy koncertami, mogłem skoncentrować się na regularnym pisaniu nowej muzyki. Taka możliwość całkowitego skupienia, myślenia długodystansowego, jest dla mnie ogromnie ważna.
Spotkania
Gdy wróciłem do Warszawy i wszyscy zaczęliśmy już oswajać się z nową sytuacją, zacząłem spotykać się z innymi muzykami, współpracować z nimi. Tworzę tę muzykę elektroniczną również z myślą o tym, by ktoś do niej zaśpiewał, zarapował. Od pewnego czasu coraz ważniejsze staje się dla mnie konkretne znaczenie, jakiś komunikat. Muzyka, którą gram na co dzień, jest przecież bardzo abstrakcyjna. Praca z tekstem stała się dla mnie ogromnie ważna. Przetłumaczenie, przełożenie czyjejś opowieści na muzykę to prawdziwe wyzwanie. Stąd owe kolaboracje. Zacząłem od spotkań z ludźmi ze świata jazzu, który jest mi doskonale znany. Ale to grono szybko zaczęło się poszerzać. Współpracuję z ludźmi ze świata hip-hopu czy muzyki alternatywnej. Spędzanie czasu w studio z osobami, które zupełnie inaczej odbierają i czują muzykę, jest dla mnie fascynujące. Otwiera u mnie nowe myślenie. Pomostem do świata rapu był dla mnie Kendrick Lamar. Byłem na studiach w Kopenhadze, gdy ukazała się jego płyta "To Pimp a Butterfly". Przesłuchałem ją chyba z tysiąc razy. Współpraca z Kendrickiem Lamarem jest jednym z moich największych marzeń, czymś, do czego dążę. Dokładnie tak, jak kilka lat temu marzyłem o tym, żeby nagrać płytę z Ralphem Alessim czy zagrać z Kris Davis czy Johnem Hebertem.
Jakiś czas temu zostałem poproszony przez Bibliotekę Narodową o napisanie muzyki do tekstów Kochanowskiego. Byłem zupełnie podekscytowany tą propozycją i postanowiłem zaprosić Paulinę Przybysz, aby zaśpiewała te utwory w towarzystwie mojego tria. Paulina jest niesamowitą osobowością i współpraca z nią powoduje, że wchodzę na zupełnie nowe obroty. Sposób, w jaki pracujemy, jest dla mnie czymś wyjątkowym, gdyż zaczynamy od stworzenia utworów elektronicznych, do których Paulina śpiewa, a dopiero później aranżuję je na żywy zespół.
Inspiracje