Już samo słowo „rynek” wskazuje, że mamy do czynienia w dużej mierze z biznesem, tabelkami w Excelu. Może trochę mniej w tym wszystkim sztuki, niż nam by się wydawało.
Akurat niedawno wyświetlił mi się wywiad Wojciecha Szota ze specjalistą od budowania wizerunku pisarzy w mediach społecznościowych. Później pewna autorka pisała na Facebooku, że Remigiusz Mróz zniszczył polski rynek książki, pisarze muszą wydawać po cztery książki rocznie. Myślenie o książce jak o produkcie, który potrzebuje marketingu, staje się jedną z powszechnych narracji. Także historie o przejmowaniu autorów, o przejściach z jednego wydawnictwa do drugiego, są na porządku dziennym. Czasem jest to wydarzenie jak transfer piłkarski. Twardoch przeszedł z Wydawnictwa Literackiego do Marginesów. Dominika Słowik przeszła do Agory, rok wcześniej rozpętując małą burzę wokół poprzedniego wydawcy. Jakub Ćwiek i Jakub Żulczyk założyli własne wydawnictwa. Widzimy tu różne strategie, a w tle oczywiście są również pieniądze. Pamiętam też taki przypadek dotyczący twórczości zdaje się Szymborskiej, której książki wychodziły na zmianę w dwóch miejscach. Doszło do sprawiedliwego rozdzielenia dorobku, potencjału między dwa krakowskie wydawnictwa.
A jak to jest z prawem autorskim?
Jak w mojej powieści: sprawa jest prosta i klarowna, dopóki autor pozostaje przy życiu. Historia zna przypadki, kiedy dorobek twórcy był na długie lata zamrożony z powodu konfliktu między spadkobiercami. Tak samo jak możesz mieć kamienicę w centrum miasta, która popada w ruinę, bo właściciele nie mogą dojść do porozumienia. To nasuwa pytanie o decyzje osób trzecich w kontekście dalszej eksploatacji czyjejś twórczości.
Najgłośniejszy przykład to Fundacja im. Wisławy Szymborskiej, której swego rodzaju twarzą jest Michał Rusinek. Było trochę krytycznych głosów, że twórczość Szymborskiej jest komercjalizowana, co tak naprawdę miało swoje dobre i złe strony. Z jednej Fundacja ustanowiła nagrody, granty dla pisarzy w trudnej sytuacji materialnej. Z drugiej – była na przykład kilka lat temu taka historia, że nagrania wierszy Szymborskiej dostawało się w bonusie, kupując Mercedesa. Znak naszych czasów.
Wracając jednak do książki, skąd wziął się motyw odciętej ręki?
Paradoksalnie dosyć późno. Od lat próbowałem pisać, z różnym skutkiem. Opowiadania przychodziły mi z trudem, uważam je za bardzo wymagającą formę. Dwa lata temu coś chyba przeskoczyło mi w głowie, pierwszy raz napisałem opowiadanie, z którego byłem zadowolony: Mądrość sepii. Zgłosiłem je na Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, gdzie dostałem się do finału. W międzyczasie pisałem kolejne. Kiedy miałem już kilka tekstów, pomyślałem, że warto poszukać formuły, która połączy je w całość.
Wróciłem do bardzo starego pomysłu, którego nie potrafiłem dotąd zrealizować. Dawno temu czytałem o Cendrarsie i Cervantesie: jeden stracił na wojnie rękę, a drugi władzę w dłoni. Próbowałem wyobrazić więc sobie taki case: przeszczepiona ręka pisze. Czy to jest w ogóle możliwe z perspektywy medycyny? Jakie to ma konsekwencje prawne? Co to znaczy dla rynku książki?
Innym spoiwem są tu historie opowiedziane z perspektywy zwierząt. Narratorem Mądrości sepii jest ośmiornica. Innym razem pojawia się pies, który należał do Jezusa.
Szukałem motywów wspólnych i rzeczywiście nieludzkie perspektywy wydały mi się intrygujące. Było w tym dużo zwyczajnej ciekawości; za każdym razem chciałem spróbować czegoś nowego. Próbowałem sobie wyobrazić, jak może funkcjonować istota, która ma zupełnie inne zdolności zmysłowe niż człowiek.
Oczywiście wcześniej było trochę takich prób, jak na przykład kultowa książka Thomasa Nagela Jak to jest być nietoperzem? Choć konkluzja była smutna: nigdy nie poznamy świata w taki sposób, jak doświadcza go nietoperz. Czegoś podobnego próbował Peter Watts w Ślepowidzeniu. Ciekawym przykładem jest też Pachnidło Süskinda. Nie rzuca się to mocno w oczy, ale główny bohater został w dużej mierze wykreowany na podobieństwo kleszcza – jego percepcji, zachowania, cyklów życiowych.
Do tego dochodzi buddyzm, reinkarnacja, nazistowscy zbrodniarze. Twoja książka to miks przeróżnych dziedzin, które na pierwszy rzut oka nie przystają do siebie. To podręcznikowy przykład postmodernizmu.
Dawno temu studiowałem polonistykę i te studia na długie lata odebrały mi przyjemność z czytania. Czułem przeładowanie teoriami literatury. Kiedy zaczynasz pisać, to wszystkie te tezy, założenia i nurty musisz odłożyć na bok. To daje szansę, żeby napisać tekst, który będzie strawny dla czytelnika. Myślałem o historii, bohaterach, kolejnych tematach i wątkach, a nie o tym, w jaki nurt wpisze się moja książka. Kilka razy już słyszałem o „postmodernistycznej powieści” w odniesieniu do Szczęśliwej ręki. Pewnie to, jak konstruujemy historie, dzieje się pod wielkim wpływem tego, czego aktualnie doświadczamy w kulturze. Gdybym miał wymienić ulubionych pisarzy, zacząłbym od Calvino, który jest jednym ze sztandarowych autorów postmodernistycznych. Siłą rzeczy musiał przeniknąć do mojego literackiego DNA. Z kolei Kereta uwielbiam za genialne twisty i zakończenia, totalnie nieprzewidywalne, a zarazem nieuniknione. Kiedy ich doświadczasz, masz poczucie, że to nie mogło potoczyć się inaczej.
Stawiasz też wiele pytań, które dotykają sfery biologicznej, a może wręcz duchowej: co jeśli amputowana ręka to coś więcej niż organ? Jeśli ma własną wolę, coś przenosi? Na przykład pamięć albo talent.
Najnowsze teorie mówią o tym, że nie istnieje jedna spójna świadomość. Że mamy do czynienia z wielogłosem. Narracja, którą sobie konstruujemy, jest użyteczną fikcją, natomiast podmiotów w naszej głowie jest znacznie więcej. Głos, który słyszymy, jest dominującym, ale nie jedynym. Pasjonują mnie od lat podobne zagadnienia, sam problem świadomości. Czy choćby temat nazywany od starożytności problemem okrętu Tezeusza: jeśli w statku wymienimy każdą deskę na nową – to czy to wciąż ten sam statek? To samo pytanie możemy zadać w kontekście człowieka.
Spojrzenie z pozycji absolutnej obcości. To chyba coś, co również cię w tej książce interesuje. Nie bez powodu na okładce jest ośmiornica, zwierzę, które, co trudne do wyobrażenia, widzi całą powierzchnią ciała.
Na pewno pamiętasz książkę Oliviera Sacksa Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem. O człowieku, który miał agnozję wzrokową. Sacks opisał także przypadek studenta medycyny, który zakuwał do trudnego egzaminu, stosując przy tym rozmaite środki, które miały mu pomóc w poszerzeniu percepcji. Trochę najwyraźniej przesadził, bo przez kilka tygodni miał nienaturalnie dla człowieka wrażliwy węch. Był w stanie wyczuć z odległości kilkudziesięciu metrów, kto się zbliża. Potrafił po zapachu rozpoznawać ludzkie emocje, niemal jak pies. To pokazuje, że nasze ciała mają zdolności, które dla nas samych są zagadką i których na co dzień nie wykorzystujemy. Wszystkie istoty na Ziemi pochodzą z tej samej komórki, a jednak ewolucja poszła w tak różne strony.
Tak jak twoja książka, która się rozgałęzia we wszystkich kierunkach, w różne opowieści.
Zależało mi na tym, by czytelnicy mogli znaleźć jak najwięcej punktów zaczepienia, by równolegle istniało jak najwięcej wariantów odczytań. Chciałem, by czytelnik mógł pójść w różne strony. Czasem możliwe odczytania są ze sobą totalnie sprzeczne, a jednak współistnieją. Od wielu osób słyszę, że tak jest, że książka nie daje im spokoju, pracuje w nich po skończonej lekturze. A to przecież marzenie każdego autora. Ludzie dzielą się ze mną swoimi interpretacjami, niektóre są bardzo zaskakujące. Nie ma lepszego komplementu dla pisarza, niż to, że czytelnicy analizują jego tekst, zadają sobie pytania pod jego wpływem. Że książka inspiruje przemyślenia.
Nawiasem mówiąc, wczoraj oglądałem Dom pełen dynamitu Kathryn Bigelow. Film kończy się brakiem konkluzji. Nie wiesz, czy bomba w Chicago faktycznie wybuchła i kto odpalił jako pierwszy rakiety. Wkurzyło mnie to. Czułem, że te znaki zapytania są postawione na siłę, że reżyserka manipuluje widzem, zmuszając go do refleksji nad czymś, co go w ogóle nie porusza. W Szczęśliwej ręce też nie daję prostych odpowiedzi, ale zależy mi na uczciwości wobec czytelnika. Jeśli zostawiam go z niepewnością, to dlatego, że w historii, którą opowiadam, jedna, ostateczna prawda, po prostu nie istnieje.
Kuba Kulasa – urodzony w 1986 roku w Krakowie. Prozaik. Laureat projektu „Połów. Prozatorskie debiuty 2025”. Przez lata zajmował się zawodowo promocją literatury i koordynował nagradzane kampanie społeczne.