Nędza po pas
Portret Marii Kuncewiczowej, 1937, fot. Benedykt Jerzy Dorys / Biblioteka Narodowa Polona
W 1933 roku nakładem Towarzystwa Wydawniczego “Rój” – największego międzywojennego wydawcy – ukazały się “Dwa księżyce”, zbiór dwudziestu krótkich, kilkustronicowych opowiadań, których akcja osadzona została w Kazimierzu Dolnym. Miasteczko nie jest jednak w “Dwóch księżycach” po prostu tłem zdarzeń czy scenografią – Kazimierz nad Wisłą jest tutaj bohaterem, sprawczą figurą; jest widoczny i obecny, dostrzegany i odczuwany, wpływa na postaci. Poetykę tomu wyznacza otwierające go tytułowe opowiadanie, w którym miasteczko opowiadane jest poprzez zmysły. Pojawia się w nim zapach macierzanki, światło wielkiego czerwonego księżyca, srebrząca się rzeka, głosy ludzi i maszyn w zgiełku kończącego się dnia. Wydaje się wręcz, że to opisywany harmider ludzkiej codzienności, szczebiotanie dzieci i szczekanie psów stanowi tło dla przemian zachodzących w przyrodzie i atmosferze Kazimierza (“Każda rzecz odmieniała się ciągle”) i że to właśnie owe przemiany są sednem przedstawianych wydarzeń. W “Dwóch księżycach” – którego 90. rocznicę wydania obchodziliśmy w tym roku – kwestia zmysłowego poznania tworzącego relację z rzeczywistością powraca w różnych kontekstach: niewidomy Michał rozpoznaje zagajniki, torfowiska, zwierzęta, innych mieszkańców poprzez powonienie, słuch i dotyk. Nazywa także rzeczy i zjawiska kolorami – ku zdumieniu bohaterek i bohaterów opowiadania, ale i, jak sądzę, czytelniczek. W innym z krótkich tekstów postać Michała (w zbiorze losy postaci przeplatają się w kolejnych odsłonach) wprowadzona jest jako ta, która, nawiązując pozawzrokowy kontakt ze światem, świadczy przeciwko okulocentrycznym przyzwyczajeniom. “Oto człowiek, który, nie widząc, ogląda”, mówi Jeremi, malarz, który przyjechał do Kazimierza, by stworzyć obraz religijny na zlecenie.
Na uliczkach i placykach stała nędza po pas. Ludzie brodzili w niej jak w czystej wodzie. [...] Wszędzie leżały nietknięte roboty i słowa spleśniałe bez echa. Ale zamek jaśniał w słońcu niemal alabastrowo, rzeka pod nim niosła z polnej oddali gęstą zieleń, płową żółtość, jedwabne szafiry.
– niekiedy zdaje się, że Kuncewiczowa dostrzegała kontrast między potężną, bujną, magiczną i prężną przyrodą tworzącą krajobraz a nędzą ludzkiej instytucji miasta.