Potem udało ci się dostać do Yale School of Drama – najlepszej szkoły teatralnej w USA. Uniwersytet na szczycie światowego rankingu uczelni, bardzo dobry program studiów. Jak do tego doszło?
Wiedziałam, że muszę znaleźć pracę, która pozwoli mi się utrzymać. Płacić rachunki, pomagać mamie, utrzymać dom. Typowo emigranckie myślenie. To było po pierwszym roku w college’u, musiałam zdecydować, co będę robić. Dowiedziałam się o stypendium dla dzieci emigrantów, które nazywało się "Merage Foundation Fellowship for The American Dream". To był dwuletni program, gdzie dostawało się 20 tysięcy dolarów oraz coaching, by się rozwijać w wybranym kierunku. Udało się. Byłam pierwszą osobą w historii tego stypendium, która chciała zostać artystką. Wszyscy stypendyści chcieli być prawnikami, inżynierami, lekarzami. Wtedy po raz pierwszy dostałam pieniądze za moją pracę jako dramatopisarki. Pomyślałam, że skoro można na tym zarobić, to jest to prawdziwy zawód. I skoro mam dwa lata spokoju, to mogę teraz skoncentrować się na dostaniu się do Yale. Tutaj nie musiałam płacić za studia – a to w Stanach jest normą. Jeden rok zajęć na uczelni kosztuje 30 albo 40 tysięcy dolarów plus koszty wynajmu mieszkania i jedzenia. A ja nie musiałam płacić, byłam ubezpieczona, dostałam stypendium.
A jeśli nie Yale, to… ?
Jeśli przestaną mi płacić, to idę na prawo i będę adwokatem.
Jak wspominasz trzy lata na uniwersytecie w New Haven?
Świetne doświadczenie. Dużo się nauczyłam. Byłam najmłodsza na roku. Udało mi się dostać na dramatopisarstwo za pierwszym podejściem. Inni zdają dwa, trzy lub cztery razy. Ale ja nie mogłam sobie na to pozwolić, bo zawsze gdy składasz papiery, musisz płacić za egzamin. Wcześniej napisałam jedną sztukę, potem pisałam teksty, ale nie miałam dużego doświadczenia. Nagle jesteś w Yale i trzeba pisać teksty, trzeba chodzić na próby. Pracujesz z aktorami i reżyserami, chodzisz do teatru, który jest na campusie. Nie miałabym takiego doświadczenia bez tych studiów..
Skończyłaś najlepszą szkołę w Stanach, dostałaś dyplom. I co dalej? Czułaś, że jesteś gotowa do pracy?
No właśnie nie. W szkole nie mieliśmy zajęć na temat tego, co robić dalej, jak wygląda życie w profesjonalnym świecie. Wszyscy mówili nam, by pisać sztuki, zajmować się teatrem. Sztuka, sztuka, sztuka. Nie mieliśmy zajęć o tym, jak się przygotować do spotkań, jak wybrać agenta, jak się zareklamować. Głównie pisałam sztuki. Dużo sztuk – część z nich bardzo złych. Trzeba napisać dużo złych sztuk, uczyć się na błędach, by pisać lepsze.
Jak dziś wygląda twoja praca?
Większość dnia pracuję w domu, pisząc, albo na spotkaniach. Dostałam zamówienie na kilka nowych sztuk i pracuję nad musicalem. Mam menadżera, który pomaga mi w pracy i kontaktach z teatrami. Mam jeszcze dodatkowo dwójkę agentów z których jeden zajmuje się kontaktami z producentami seriali, a drugi z producentami filmowymi. Dostają 10% od kontraktów, które uda im się wynegocjować i załatwić. Część z nich jest w Los Angeles, bo tam się pracuje w branży filmowej i telewizyjnej. Część w Nowym Jorku, bo tutaj jest środowisko teatralne. Ale pracują razem, by wiedzieć co się dzieje.
Ciężko być kobietą w amerykańskim teatrze?
Kiedy skończyłam szkołę, działalność zaczęła grupa Kilroys. To grupa kobiet pracujących w teatrze. Sprawdziły amerykańskie teatry i ich repertuar. Okazało się, że tylko 17% sztuk teatralnych w repertuarze profesjonalnych teatrów jest pisanych przez kobiety. Wtedy było ich nawet mniej – chyba 12%. Nie liczyły spektakli na podstawie klasyki – chodziło o nowe teksty. To sytuacja z której niewiele osób zdaje sobie sprawę. Pisarki zmieniają nazwiska na bardziej męskie – jak J.K. Rowling – żeby mieć lepszy odbiór. Bo takie jest myślenie, że ludzie nie chcą czytać tekstów pisanych przez kobiety. Wiadomo, że jest problem, chociaż nie da się go dokładnie zmierzyć. Grupa Kilroys zaczęła organizować spotkania, panele i spotkania z producentami. I na początku producenci i reżyserzy mówili: "Oj, naprawdę chciałbym wystawić sztuki pisane przez kobiety, ale nie mogę ich znaleźć". Kilroys postanowiły to zmienić. Od kilku lat publikują coroczną listę kilkunastu bardzo dobrych ale niedocenionych sztuk teatralnych autorstwa kobiet. Kiedy moje nazwisko pojawiło się na tej liście, bardzo mi to pomogło.
Czy The List grupy Kilroys zmienia krajobraz teatralny w Stanach?
Bardzo. To uruchomiło pewną rozmowę. Szczególnie wśród osób decyzyjnych. Ja nie mam dostępu do pokoi, w których podejmuje się decyzje. Nawet nie wiem, co mnie omija, bo mnie tam nie ma. Jest takie myślenie w teatrze, że jesli akcja dzieje się w domu i dotyczy kobiety, to od razu jest inaczej oceniania. Nawet jeśli jest to sztuka polityczna, to opisuje się ją jako "dramat rodzinny" albo "słabszą wersję". Kobiece postaci są zawsze inaczej oceniane, bo krytycy myślą, że te teksty mówią tylko o kobietach i o problemach domowych. Podobnie jak Afroamerykanie, Latynosi albo Azjaci – krytycy myślą, że oni mówią tylko w swoim imieniu, a nie o nas wszystkich. Tylko biały mężczyzna mówi w imieniu ludzkości.
Skąd czerpiesz energię do pisania?
Nie wiem, co innego mogłabym robić. Mam się załamać, usiąść i płakać? To wynika też z mojej klasy społecznej. Jestem z klasy robotniczej. Jestem dzieckiem emigrantki. Ludzie, którzy mają w Stanach pieniądze, to dzieci rodzin, które są tu od pokoleń. Ostatnio odwiedziłam koleżankę, która czytała wypracowanie swojej córki, by poprawić błędy. Córka jest nastolatką i chodzi już do college’u. Zaciekawiło mnie to, bo moja mama nie czytała moich prac. Nie znała dobrze angielskiego. Inni rodzice rozmawiają z dziećmi o sztuce, kinie czy innych sprawach. Nie miałam takich doświadczeń. Nie było żadnej siatki zabezpieczającej. Jak bym sobie nie poradziła, to nikt by się nie pojawił z walizką pełną gotówki, żeby mnie uratować. Pracuję na swój rachunek.
Czy kiedyś planowałaś zarabiać na życie jako artystka?
Kiedyś marzyłam, by być malarzem. Mój dziadek był malarzem, to był najważniejszy mężczyzna w moim życiu. Nie znam mojego ojca, a mój ojczym nie był dobrym człowiekiem. Mój dziadek to nie był znany artysta. Nie miał wystaw.
Ile waży Pulitzer? Jak on wygląda?
Ha, ha, ha – jeszcze nie wiem. Rozdanie nagród jest 30 maja. Można powiedzieć, że dla mnie waży ponad tonę. Nagroda jest w formie dyplomu. Myślałam, że to medal, ale okazało się, że medal dostają tylko dziennikarze – na dodatek nie wszyscy. Gdyby to był medal, to bym go nosiła w torebce cały czas ze sobą jak talizman.
Nagroda była niespodzianką. Na Facebooku prosiłaś, by ktoś pomógł ci się skontaktować z mamą, bo nie odbiera telefonu. Kiedy opadły emocje, rozdzwoniły się telefony. Co się zmieniło?
To było duże zaskoczenie. Mój agent do mnie zadzwonił ale myślałam, że to żart. Nie uwierzyłam mu przez 10 minut. Moja mama była akurat w Polsce I kiedy w końcu mogłyśmy porozmawiać, nie mogłyśmy opanować radości. Szkoda, że nie było jej ze mną. Mój mąż był ze mną, kiedy odebrałam telefon – siadaliśmy właśnie do zeznania podatkowego. Kiedy dowiedzieliśmy się o nagrodzie, zostawiliśmy wszystko i pobiegliśmy świętować ze znajomymi. To był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Dostałam dużo maili, smsów i wiadomości – dzwonili nawet ludzie, z którymi dawno temu utraciłam kontakt. To była dobra okazja, by porozmawiać. Dostałam też dużo próśb o wywiad od gazet i telewizji. Chyba dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo cenię sobię moją prywatność. Dostałam też kilka intratnych propozycji współpracy. Marzyłam, o tej nagrodzie od kiedy wiedziałam, że jest przyznawana dramatopisarkom. Ale to, jak piszę i o czym, się nie zmieniło.
Nad czym teraz pracujesz?
Nad kilkoma projektami. Dwa z nich to musicale – jeden z nich opowiada o Czarnobylu, piszę go dla Public Theatre w Nowym Jorku. Pracuję też nad nową wersją sztuki “queens”, która miała swoją premiere w lutym w Lincoln Center. W lutym 2019 zaczną się próby do mojej nowej sztuki “Sanctuary City”, którą wystawi New York Theatre Workshop. Przygotowuję się też na festiwal Sundance. Dostałam propozycję, by przygotować nową sztukę dla Bush Theatre w Londynie. W marcu 2019 moją sztukę “Ironbound” wystawi Teatr Narodowy w Warszawie. Bardzo chcę przyjechać na premierę. To będzie moja pierwsza polska produkcja.
Rozmowę przeprowadził Szymon Wróblewski dla Culture.pl