Łódzka filmówka to również estetyka i filozofia tworzenia kina. Polacy żartują często, że będzie to film o kolorystyce butelkowej zieleni czy migawki kapiącego kranu, odzwierciedlającego systemową beznadzieję. Czy studiując na łódzkiej filmówce, czułeś, że spotykasz się z utartym już filmowym systemem i estetyką?
Myślę, że łódzka filmówka zdążyła trochę się zmienić na przestrzeni wielu dekad. Ciągle ewoluuje. Gdy studiowałem, byłem sceptyczny, bo swobody było niewiele, a wszystko przypominało dość autorytarny system. Absolutem miała być wiedza przekazywana przez wykładowców, którzy otwarcie mówili nam, że jeżeli marzy nam się wolność twórcza, to lepiej żebyśmy szukali jej poza murami szkoły. Byłem młody, miałem swoje bunty, ale filmówka dała mi podstawy. Były tam sztywne reguły, ale okazały się pomocne. Polański uważał, że proces zostawania filmowcem jest o tym, że zapominasz to, czego nauczyłeś się w szkole. W moim przypadku bardzo to się zgadza. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale tak właśnie jest. W czasie studiów miałem takie przemyślenia po pijaku – gadaliśmy często ze znajomym z roku, że te filmy nie mają sensu. Śmialiśmy się z tego, że każda produkcja studentów z Łodzi jest o niechcianej ciąży i aborcji albo o dzieciach, które mają siniaki na ciele. Myśleliśmy wtedy, że może filmy nie powinny być tylko o ludzkich nieszczęściach. Z tych rozmów wyłapaliśmy nowe kierunki: Magnus von Horn tworzy swoje rzeczy, a Leszek Dawid jest teraz dziekanem na wydziale reżyserskim. Kiedyś marzyliśmy, by się postawić, a teraz te osoby tworzą coś z zupełnie inną energią.