Andrzej Wajda twierdził, że Umarła klasa (1975) Tadeusza Kantora to największe dzieło teatralne, jakie powstało w XX wieku. Sam Kantor przez lata obrósł legendami, napisano o nim niezliczoną liczbę artykułów, był bohaterem wielu książek i inspiracją dla twórców światowego teatru. Emilio García Wehbi, członek argentyńskiego kolektywu El periférico de objetos, mówił mi niedawno w wywiadzie dla Culture.pl, że spotkanie z teatrem Kantora było dla niego formacyjnym doświadczeniem.
Na jednym poziomie Kantor jest więc znanym na całym globie teatralnym mistrzem, na innym – cholerykiem, o którego wybuchach i awanturach do dziś krążą opowieści. Często podnosił głos, rzucał rzeczami, bywał apodyktyczny, despotyczny i trudny w komunikacji, łatwo się denerwował. Iwona Kienzler, autorka publikacji Kantor. Sztuka ponad miłość (2020), tak opowiadała o jego zachowaniach w „Gazecie Wyborczej”:
W przypadku Kantora sztuka była zawsze na pierwszym planie i wszystko musiało być jej podporządkowane, a prozaiczne zajęcia dnia codziennego nader często napawały go odrazą […] szefem i reżyserem był okropnym, co trzeba sobie otwarcie powiedzieć. Z czasem to się nasilało: na próbach krzyczał, nie przebierając w słowach, urządzał aktorom dantejskie sceny. Pewnie dzisiaj niektórzy pozwaliby go do sądu, albo przynajmniej nasłali na niego kontrolę z Państwowej Inspekcji Pracy, ale wówczas nikomu to nawet nie przyszło do głowy.
Szczerze nie znosił urzędników – z wzajemnością. Długo sprzeciwiali się powstaniu Cricoteki, powołanej do życia ostatecznie w 1980 roku, pełniącej funkcję archiwum Teatru Cricot 2 (Kantor założył go z Marią Jaremą w 1955 roku), a obecnie też muzeum: „mamy dawać pieniądze na te graty?” – odgrażali się. Nic więc dziwnego, że reżyser Niech sczezną artyści (1985) notorycznie nazywał ich „skurwysynami”.