Pana książka opowiada o różnych pomysłach zamorskiej kolonizacji, które pojawiały się w II RP. Na początek chciałbym jednak zapytać o zagadnienie, które pojawia się gdzieś na marginesie tej opowieści – czy Pana zdaniem Polska kiedykolwiek była krajem kolonialnym?
Ma Pan na myśli, na przykład, to, czy ziemie ukraińskie lub białoruskie były przedmiotem kolonizacji?
Tak, w książce pojawia się zresztą szereg cytatów dotyczących tego zagadnienia, począwszy od Stefana Batorego, zwracającego się do jezuitów, żeby nie zazdrościli "Portugalczykom i Hiszpanom obcych w Azji i Ameryce światów, [bo] są tu w pobliżu Indie i Japony w narodzie ruskim", po Żeromskiego piszącego po odzyskaniu niepodległości o tym, że "zmaganie się jedynie ze Wschodem znów toczy nasz organizm i nasze jestestwo".
Jeśli chodzi o sposób władania tymi terytoriami, to rzeczywiście możemy znaleźć pewną analogię, ponieważ one także były przedmiotem wyzysku. Z drugiej strony, odbywało się to przy pewnym udziale ludności miejscowej, czyli rusińskich elit, a ziemie te były przedmiotem ciągłej rywalizacji między Polską, Rosją i Turcją. To dość zawiła sprawa, z którą ciężko się uporać w kilku zdaniach. Współcześnie w zachodniej historiografii dość często pojawiają się stwierdzenia, że były to ziemie poddane kolonizacji. Patrząc z tego punktu widzenia, to większość dzisiejszego terytorium rosyjskiego było kolonią. Na potrzeby książki przyjąłem jednak węższą definicję kolonii – to terytorium zamorskie, leżące poza granicami danego państwa, w którym stanowiąca większość ludność rdzenna jest pozbawiona praw do decydowania o sobie.
A dlaczego, Pana zdaniem, przez wieki Rzeczpospolitą charakteryzował ten brak zainteresowania morskimi wyprawami? Generał Orlicz-Dreszer, który w Pana książce często się pojawia jako szczególnie wpływowa postać w środowisku propagatorów idei kolonialnej, pisał nawet o potrzebie pokonania "polskiej choroby morskiej", czyli strachu przed zamorskimi inwestycjami itd.
Okładka książki "Bzik kolonialny. II Rzeczpospolitej przypadki zamorskie", autor: Grzegorz Łyś, 2023, fot. wydawnictwo W.A.B
Z jednej strony ta wspomniana wcześniej ekspansja na wschód, historycznie – z chwilą osłabnięcia państwa tatarskiego – wydawała się dość zdroworozsądkowa. Interesy morskie Rzeczypospolitej reprezentował Gdańsk na zasadzie takiego jakby outsourcingu, jednak dostęp do tych bezkresnych wschodnich stepów wydawał się łatwiejszy niż organizowanie dalekich wypraw zamorskich.
Istotny był też czynnik strukturalny. Rzeczpospolita była krajem szlacheckim i przez to nie była szczególnie zainteresowana rozwijaniem handlu czy przemysłu – wzmacniałoby to warstwy mieszczańskie, które mogłyby stać się konkurencją dla władzy szlacheckiej.
Czyli krótko mówiąc, zarówno z przyczyn geograficznych, jak i tych wynikających z wewnętrznej struktury państwa, morza były mało interesujące, dalekie, trudno dostępne, nie było żadnych sił w państwie, które byłyby zainteresowane tymi podróżami, nie mówiąc już o jakiejś ekspansji gospodarczej. Ale trzeba też pamiętać, że na przykład Niemcy, które miały o wiele szerszy dostęp do morza, miały silne mieszczaństwo, firmowały tak potężną organizację jak Hanza, też właściwie do XIX wieku nie były krajem kolonialnym.