Kiedyś na pytanie o własny rozwój artystyczny odpowiedział mi pan: "Zawsze ryzykowałem". Wychodzi na to, że na poznańskim gruncie jest to o wiele trudniejsze, niż gdziekolwiek indziej. Czy czuje się pan " poznańskim Fellinim ", jak niekiedy pana określają?
Trochę czasu minęło, odkąd się tak o mnie wypowiadali… Ostatnio zrobiłem film "Kamerdyner" – o Kaszubach, Pomorzu i jego dziejowej sytuacji, więc przesunąłem się trochę na północ. Z Poznaniem jestem związany kulturowo. Z Poznaniem jestem związany przez pewne zrozumienie – co nie oznacza jednoznacznej akceptacji – poznańskiej duchowości. Jestem z Poznania, bo każdy w końcu skądś musi być. Ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami jest to jedyne polskie mieszczańskie miasto.
Przepraszam, powiedział pan: jedyne?
Tak. Poznań to jedyne mieszczańskie miasto w Polsce. Ostoja mieszczaństwa wielopokoleniowego… Nie ma innych. Kraków to nie jest ten sam rodzaj mieszczaństwa. Kraków to arystokracja wymieszana z mieszczaństwem. Natomiast Poznań jest prawdziwie mieszczańskim miastem od co najmniej dwunastu pokoleń.
Czy Poznań i warunki, które pana z racji urodzenia i wychowania we wczesnych latach szkolnych ukształtowały, znajdują właściwe odzwierciedlenie w pana literackiej i filmowej twórczości? W "Cieniu po dniu", pana na poły eseistycznej, a na poły wspomnieniowej książce, Poznań odmieniany jest przez wszystkie przypadki oraz utworzone odeń przymiotniki występują bodaj kilkaset razy…
Nie liczyłem, ale całkiem możliwe. Jest to miasto, z którego wyjechałem bez chęci powrotu. Ale wracałem. Lubiłem wracać, pójść na spacer po tym wyjątkowym układzie urbanistycznym, choć pisząc autobiografię zdałem sobie sprawę, że był we mnie strach, który zapamiętałem na całe życie. Bo Poznań to była dla mnie przeszkoda. Poznań dla mnie to był opór. Poznań dla mnie to była pewna iluminacja. Ale i pierwsze zapamiętane przyjaźnie. Pierwsze lektury, pierwsze wyprawy do kina Apollo czy Muza. To wszystko składało się na mój Poznań. Przy czym od razu wiedziałem, że nie będę się z tym afiszował, bo albo cię wyśmieją, albo ci dokopią do dupy, albo cię zlekceważą. Poznań to jest miasto, w którym był jeden dobry teatr – myślę o Teatrze Nowym. To stanowczo za mało. Gniezno, które jest wielokrotnie mniejsze od Poznania, też miało jeden teatr. Coś tu nie grało. Było to miasto wojskowych, które postarało się o uniwersytet. Miasto kulturowo przez to ciekawe, że był w nim pewien element chłopski, choć z drugiej strony pewien element arystokratyczny i naprawdę przeważający żywioł mieszczański, o czym już wspomniałem. Przy czym nie powinniśmy lekceważyć elementu kultury niemieckiej, z jego świadomością państwa prawa, co niestety jest deptane we współczesnej Polsce.
Z "Cienia po dniu" wynika również, że nieobca jest panu gwara poznańska. Jeden z nowojorskich znajomych, niegdyś z Poznania, w rozmowie potrafi używać dobrze panu znanych terminów: "słowa dawno zapomniane, ale przecież słyszane i wypowiadane, wypowiadane w dzieciństwie na Jeżycach, Łazarzu i Wildzie: lauwa, gemela, kista, sztender, bimba, kufta, kluka; obracaliśmy tymi słowami, odbijaliśmy je między sobą, tworzyliśmy zdania i tworzyliśmy obraz Poznania z lat 50., kiedy ulice służyły do gry w palaja, bimby do wskakiwania, podwórka do gry w kraje, a samochody marki Warszawa, Dekawka czy Fiat do jazdy za zderzakiem po śniegu". Żadnego z tych poznańskich terminów nie znam, choć jeśli bimba służy do wskakiwania, to mogę domyślać się, że chodzi o tramwaj.
Słusznie. Generalnie słowa te oddają nasze najbliższe otoczenie. Gwara poznańska, w przeciwieństwie do innych gwar Polski, nigdy nie była gwarą oficjalną, tak jak gwara śląska czy góralska. Język kaszubski stał się nawet oficjalnie uznanym językiem, drugim obok polskiego. Gwary poznańskiej nie wynosiło się z domu, bo w Poznaniu niczego się z domu nie wynosiło na zewnątrz. Ale gwara poznańska też nie była wynoszona na zewnątrz. Na przykład w szkole podstawowej czy w liceum nie mówiliśmy gwarą, choć wszyscy ją znaliśmy. Na podwórzu mówiliśmy tylko gwarą. Panowie grający w brydża nagle zaczynali żartować mówiąc gwarą poznańską, bo świetnie się nią posługiwali, ale było w tym coś wstydliwego. Natomiast na Śląsku była to gwara, z której Ślązacy do dzisiaj są dumni. Usytuowanie tej gwary było zupełnie inne niż w pozostałych częściach Polski.