Na jednym terenie żyli więc ludzie oderwani od swojej ziemi albo ci, którzy musieli się nią podzielić. To bardzo trudna sytuacja.
Bardzo nieufnie przyglądały się sobie nawzajem te różne grupy, na dodatek było to podsycane politycznie. Dotarły tutaj pociągi z Łemkami, wysiedlonymi w ramach Akcji "Wisła". Sprowadzano ofiary wojennych deportacji i prześladowań stalinowskich z różnych stron Związku Radzickiego. Można powiedzieć, że w zasadzie każdy miał za sobą traumatyczną przeszłość wojenną. Polityczna propaganda próbowała napiętnować różne grupy, na przykład właśnie Łemków, rozgłaszając, że to ludzie "podejrzani", którzy swoich sąsiadów zamordują i spalą. Rodziny łemkowskie, zanim zaczęły się organizować, odnajdywać, były "wrzucane" w społeczność danej miejscowości pojedynczo, były rozpraszane. To od przyzwoitości sąsiadów zależało, czy i jak dana rodzina odnalazła się w nowym miejscu. Wszyscy wiedzieli, że to "obcy", choć tamci starali się przecież swojej odmienności nie manifestować, choć strój czy określone rytuały świąteczne ją potwierdzały.
Z opowieści ludzi wynika, że najczęściej sami nie wiedzieli, czy lepiej jest wtopić się w tło, nie wyróżniać, czy wręcz przeciwnie, bo wtedy można było się rozpoznać ze "swoimi".
Ludzie zawsze migrowali, przemieszczali się. Czym różnił się ten konkretny casus?
To nie był wyjazd dobrowolny czy wynikający z chęci poznania świata lub polepszenia sytuacji ekonomicznej. Ludzie zostali poddani wielkiej politycznej manipulacji, inżynierii społecznej na ogromną skalę. Działo się to na dodatek tuż po kilkuletniej, wyniszczającej wojnie. Byli rozrzucani po całej Europie. Często los jakiejś konkretnej rodziny zależał od zwykłego kaprysu pijanego komendanta, przewodniczącego komisji, partyjnego kacyka, który nawet nie umiał dobrze czytać i pisać.
W przypadku Pomorza było to zaplanowane.
Tak, choć organizacja tych przesiedleń nie była dobrze przemyślana. Zresztą chyba nikt nie byłby w stanie tego wszystkiego sensownie i systematycznie zaplanować na taką skalę.
W moim osobistym podejściu do prowadzenia badań terenowych jestem najpierw słuchaczką konkretnych osób, poznaję ich losy i wierzę w ich wersję "wielkiej" historii. Dopiero potem sięgam po podsumowania historyczne i te dwa źródła wiedzy ze sobą konfrontuję. Współcześnie trudno nam uniknąć pewnych szablonów, kiedy patrzymy na tamte realia. Wyobrażenie jest takie, że wszyscy, którzy przyjechali na ziemie zachodnie, nie tylko przybysze z najbiedniejszych rejonów kieleckiego, radomskiego czy Kresów, wywodzili się z nędzy, z drewnianych chałup bez kanalizacji, pracowali w polu rękami, bez maszyn.
I ci ludzie zostali nagle skonfrontowani z wysokim poziomem cywilizacji, z technologiami rolniczymi. Wprowadzili się do domów z piękną porcelaną, dywanami, zegarami, bieżącą wodą, kranami, którymi nie umieli się posługiwać.
Oczywiście, poziom życia był zdecydowanie wyższy na Zachodzie niż na Wschodzie, ale nie chodzi przecież o to, czy ktoś umie korzystać z kranu, tylko jak podchodzi do domu w ogóle, jak go rozumie. Czy ma w sobie przekonanie, że dom to coś, co się szanuje, bo jest sercem rodziny, jądrem tożsamości. Jak w ogóle podchodzi do pojęcia własności i godności człowieka. Moja 97-letnia rozmówczyni, która urodziła się pod Mińskiem na Białorusi, pochodzi z dość zamożnego, ale chłopskiego domu. Mieli duże gospodarstwo, wynajmowali ludzi do pracy. Sąsiedzi dziwili się, czemu wyjeżdżają, a tam przecież powstawały kołchozy i "pod nóż" szli na pierwszy ogień właściciele dużych majątków. Ta kobieta, która na Pomorze przyjechała jako nastolatka mówi: "złości mnie, kiedy słyszę, że przyjechaliśmy w takie niewyobrażalne bogactwo. To krzywdzący stereotyp, że byliśmy prostakami, którzy jedzą tylko czarny chleb. Mieliśmy na Wschodzie piękny, ładnie urządzony, wygodny dom, jadało się skromnie, ale nikt nie głodował. Nie mieliśmy wody w kranie, ale za to była kryształowa woda w studni".
Co ci ludzie zabierali ze sobą do jedzenia na drogę?
Krowę, która była żywicielką w czasie podróży – jeśli mieli i mogli ją zabrać. Poza tym żywność, która się nie psuła: suchary, smalec w kamiennym garnku, kasze, ziemniaki, jesienią trochę warzyw i owoców, rzadziej suszone ryby i mięso. W wagonie czasem było miejsce do przygotowania ciepłego jedzenia, ale zwykle dopiero na postojach rozpalano ognisko, organizowano prowizoryczną kuchnię. Ludzie sobie radzili, jak mogli. Stałym motywem w opowieściach starszych ludzi jest zdanie: "kiedy mama dowiedziała się, że będziemy wyjeżdżać, to natychmiast zaczęła robić suchary". Rozmawiałam z panem Romanem, który był dzieckiem w czasie deportacji przez NKWD w 1940 roku. Na Pomorze Zachodnie przyjechali z mamą i rodzeństwem z Kazachstanu, wiosną 1946 roku. Wspominał, że udało im się na drogę zabić kozę. Mieli z niej skórę, a mięso wysuszyli na słońcu. Wieźli ze sobą kilkanaście kilogramów ryżu, gotowali go na wodzie, dodając po kawałku tego suszonego mięsa. "Przyjechaliśmy bez głodu" - podsumował. Ale to wyjątkowa opowieść.
Jedzenie to także święta, obrzędy, celebracje. Osadziwszy się, ludzie zapewne wracali do swoich tradycji?
Jedzenie niesie znaczenie. Korowaj, czyli obrzędowe, weselne ciasto ze Wschodu, musiał być dobrze wyrośnięty i bogato ozdobiony nie dlatego, żeby pochwalić się przed sąsiadami, tylko dla celów rytualnych. Im bardziej był dorodny i piękny, tym lepszą był wróżbą dla młodej pary, dla ich późniejszego dostatku, płodności i zdrowia zwierząt, obfitości całej przyrody wokół nich. Ciasto to robi się na drożdżach, a drożdże zmieniają materię, coś dzięki nim rośnie, dojrzewa, są po prostu niezbędne, również w sensie symbolicznym. Pytałam najstarszych rozmówców ze Wschodu, czy po wojnie robili korowaja, a kobiety często odpowiadały: "przyjechaliśmy z głodu, marzyliśmy o garstce mąki, która nie byłaby spleśniała, nie myśleliśmy o ciastach". Poza tym musiałby być w danej rodzinie ktoś, kto by przeniósł pamięć o znaczeniu korowaja. Dodatkowo niezbędne są okoliczności i społeczność, dla której to ma znaczenie, która rozpoznaje symbolikę, kod, wierzy w magiczną sprawczość obrzędu. Jedzenie jest nośnikiem znaczenia na poziomie tożsamościowym. W tych społecznościach najszybciej poznawało się "swoich" po codziennym, zwykłym jedzeniu, od razu wiadomo było, kto jest "z moich stron". Kresowiacy do dzisiaj trzymają się tam razem, solidaryzują ze sobą, pielęgnują swoje tradycje. Po wojnie, tuż po przesiedleniu, ktoś z Kieleckiego nie szedł tak po prostu w gości do rodziny z Kresów. Ale gdyby jednak poszedł i zobaczył, że Kresowiak je na śniadanie kartofle ze skwarkami, to by myślał, że mają w tej rodzinie jakieś wielkie święto. Moi dziadkowie, którzy spędzili całe życie na Kielecczyźnie, jedli rano chleb z poprzedniego dnia, kruszony do mleka, a w niedzielę bardziej elegancko – kluski lane zamiast chleba. Na niedzielny obiad był rosół, ale w tygodniu często była na przykład kapusta kiszona wrzucona na wrzątek, tzw. zarzutka, zalewajka lub po prostu ziemniaki ze zsiadłym mlekiem.
Po wojnie zaczęto hodować świnie, władza wspierała hodowlę trzody.
Świniobicie także jest miernikiem historycznych zmian. Moi dziadkowie starali się całe mięso zapeklować, przerobić, żeby można było korzystać z niego w nadchodzących miesiącach. Pamiętam, że dziadek i babcia jedli po kawałku kiełbasy w Wielkanoc i Boże Narodzenie i nigdy nie słyszałam z ich ust pretensji do losu, że nie ma mięsa na co dzień, nie byli do niego przyzwyczajeni. Rodzice z kolei po świniobiciu szykowali dużo wędlin, szynki, które były do spożycia bardziej w ciągu najbliższych tygodni, niż miesięcy.