Pojęcie "antropocen" zostało zaproponowane w 2000 roku przez dwóch przyrodoznawców, Eugene’a F. Stoermera i Paula J. Crutzena. Zasugerowali oni, że ze względu na intensywność i zakres naszego wpływu na litosferę, hydrosferę i atmosferę Ziemi współczesną epokę geologiczną powinniśmy nazywać "antropocenem" czyli "epoką człowieka". Ich propozycja była tak doniosła, dająca do myślenia i przykuwająca publiczną uwagę, ponieważ wskazywała na to, że homo sapiens do tego stopnia zmienił życie na naszej planecie, że powinien być traktowany wręcz jako siła o znaczeniu geologicznym. Dramaturgii dodaje jej też to, że epoka człowieka byłaby wyjątkowo krótka jak na standardy geologii – zazwyczaj setki tysięcy lub miliony lat – co uzmysławia nam skalę i tempo naszych ingerencji.
Wedle Stoermera i Crutzena za początek antropocenu powinnyśmy przyjąć początek rewolucji przemysłowej – czyli symbolicznie rok 1774 rok, w którym to James Watt opatentował silnik parowy. To wraz z nią radykalnie wzrosła emisja gazów cieplarnianych do atmosfery. Nie wszyscy badacze się z nimi zgadzają, dlatego punktem wyjścia debaty na temat antropocenu były dwa częściowo ze sobą powiązane spory. Jeden dotyczy usytuowania początku tej epoki (niektórzy widzą go już w epoce intensywnego wymierania megafauny, inni dopiero w okresie Wielkiego Przyspieszenia po II wojnie światowej) , drugi dotyczy samej nazwy (są sugestie, że bardziej adekwatną nazwą byłby kapitalocen lub plastikocen). Choć antropocen nie został jeszcze oficjalnie uznany za epokę geologiczną, wielu badaczy – również Ewa Bińczyk – nie ma wątpliwości co do tego, że żyjemy w antropocenie. Dane naukowe mówią o zmianach klimatycznych, degradacji gleb, zakwaszaniu oceanów, zaburzeniach cykli biogeochemicznych Ziemi, szóstym wielkim wymieraniu (do ostatniego wymierania gatunków na taką skalę doszło pod koniec okresu kredy, kiedy uderzenie asteroidy zakończyło epokę dinozaurów). Wszystkie te zmiany – zwłaszcza anomalie pogodowe – stają się coraz bardziej odczuwalne i nie sposób ich ignorować. A jednak – jako ludzkość – tak właśnie robimy.
Arogancja i marazm
Dyskusja na temat antropocenu akcentuje hipersprawczość człowieka. Paradoksalnie jednak w zakresie zapobiegania destrukcyjnym skutkom naszej działalności cechują nas apatia i bezwład. Ta bezczynność i towarzysząca jej swoista melancholia są tak charakterystyczne, że Bińczyk swojej książce nadała podtytuł "Retoryka i marazm antropocenu". Jak pisze we wstępie:
(…) kondycję refleksji środowiskowej antropocenu charakteryzuje rozczarowanie i bezradność. Epokę antropocenu określa się wręcz jako epokę wyparcia, krótkowzroczności, chowania głowy w piasek oraz denializmu. Z tego powodu w tytule pracy pojawia się pochodzący z języka greckiego termin "marazm" (gr. marasmós). Oznacza on gaśnięcie i uwiąd. W naukach medycznych marazm odnosi się do takiej kondycji organizmu, która poważnie zagraża sprawności myślenia i działania, wiodąc do apatii. Nie ma wątpliwości, że w odniesieniu do bezpieczeństwa klimatycznego znaleźliśmy się dzisiaj w stanie tego rodzaju bezwładu i otępienia.
Jest to niezwykle niepokojąca i trudna do racjonalnego wytłumaczenia sytuacja: pomimo powtarzanych od lat przez naukowców coraz bardziej alarmujących ostrzeżeń, pomimo wielu sensownych dostępnych rozwiązań tkwimy w impasie, nie robimy właściwie nic, by uratować "świat, jaki znamy", a więc również samych siebie. Wielkie koncerny w większości prowadzą buisness as usual, a większość obywateli jest zbyt pochłoniętych zmaganiami z codziennością, by się zaangażować. Próbując zrozumieć ten impas, Bińczyk przygląda się różnym – ekonomicznym, psychologicznym, socjologicznym – próbom jego wyjaśnienia. Czy chodzi o chciwość i przyzwyczajenie do konsumpcyjnego stylu życia? O skalę celowo wywoływanej dezinformacji? Czy może o brak wyobraźni? O skuteczne mechanizmy wyparcia? A może to ogrom i złożoność problemu działają paraliżująco? Lub też uważamy, że jako ludzkość nie zasługujemy na to, by przetrwać?