Agnieszka Sural: Spotykamy się w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie dwa lata temu zorganizował Pan międzynarodową konferencję i seminarium poświęcone polskiemu artyście – Andrzejowi Wróblewskiemu. Wynikiem tych wydarzeń jest wystawa "Recto/Verso". Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan ze sztuką Wróblewskiego?
Éric de Chassey: Nie pamiętam tego momentu. Na pewno widziałem jeden jego obraz, który znalazł się na wystawie zbiorowej poświęconej polskiej sztuce. Odbywała się ona we Francji pod koniec lat 90. Znam ten obraz z katalogu tej wystawy.
Zainteresowałem się jego malarstwem i generalnie polską twórczością powojenną w czasie pracy nad wystawą o sztuce z lat 1945-49, którą przygotowywałem w Musée des Beaux-Arts w Lyonie. Wystawa nazywała się "Zaczynając od zera, tak jakby malarstwo nigdy nie istniało". Wtedy po raz pierwszy postanowiłem włączyć do pokazu sztukę nie tylko z Nowego Jorku i Paryża. Joanna Mytkowska, przebywająca w tym czasie w Paryżu, poradziła mi, żebym pojechał do Warszawy, gdzie akurat trwała wystawa ważnego malarza, którego nazwiska wówczas nie znałem: Andrzeja Wróblewskiego.
Przyjechałem do Muzeum Narodowego, to było w 2007 roku, i byłem zelektryzowany tym, co tam zobaczyłem. Myślę, że dla kogoś, kto nie ma pojęcia o kontekście, zobaczenie jednego obrazu Wróblewskiego może być niewystarczające. Można odnieść wrażenie, że on nie wiedział do końca, co robił, że sobie zaprzeczał, że jego malarstwo jest niezdecydowane, niejasne. Dopiero gdy widzisz grupę obrazów, zdajesz sobie sprawę, że to tak właśnie miało być, że to miało być sprzeczne.
Jakie miejsce zajmuje jego malarstwo w kontekście międzynarodowym?
Jego szczególny sposób tworzenia sztuki w czasach powojennych był jedyny w swoim rodzaju. Chcę powiedzieć, że Wróblewski robił rzeczy, które normalnie uznalibyśmy za niemożliwe w jego czasach. Pojawiły się one dopiero pod koniec lat 80. i na początku 90. u takich artystów, jak Luc Tuymans, Wilhelm Sasnal, Raoul de Keyser czy René Daniëls. Łączyli oni abstrakcję z figuracją, nie zastanawiając się nad różnicami pomiędzy tymi dwoma sposobami malowania. Fakt, że u Wróblewskiego działo się to już w późnych latach 40., stawia go w kompletnie odmiennym i wyjątkowym świetle.
Wróblewski jest całkowicie indywidualną figurą. Jest unikatowy zarówno w kontekście globalnym, jak i lokalnym. Nie znam żadnego innego artysty, który zrobiłby to, co on na I Wystawie Sztuki Nowoczesnej w 1948 roku w Krakowie, gdzie pośród malarstwa abstrakcyjnego pokazał swój obraz z rybami bez głów, tytułując go "Obraz na temat okropności wojennych". Zwykle, gdy myślimy o takich artystach, jak np. Jean Hélion, to widzimy fazę abstrakcyjną, po której następuje figuratywna i czasami powrót do tej pierwszej. Ale nigdy nie dzieje się to symultanicznie. To, że Wróblewski tworzył jedynie w ciągu niespełna dziesięciu lat, jest także niesamowite. Zaczął, gdy miał 20 lat, a skończył w wieku 30. To samo w sobie jest nadzwyczajne.
Wróblewski wydaje się dziś artystą bardzo współczesnym, podczas gdy za życia był odosobniony w tym, co robił. Był postacią tragiczną, indywidualistą skonfliktowanym ze wszystkimi liczącymi się wówczas ugrupowaniami malarskimi. Nowocześni widzieli w nim szalonego realistę, kapiści z kolei nie zgadzali się z jego malarstwem, w którym estetyka splatała się z ideologią. Nawet socrealiści nie widzieli go wśród siebie.
Według mnie, jego odosobnienie czy samotność jest mitem. Jednym z jego przyjaciół był np. Andrzej Wajda. Wiem, że nie był dobrze przyjęty przez wszystkich i że miał dość tragiczne życie, ale to w ogóle nie tłumaczy jakości jego malarstwa i rysunków. Co jest ważniejsze, to fakt, że jako artysta zajął zdecydowane stanowisko, utopijne, ale jednak pozostał prawdziwy i szczery wobec samego siebie i tego, co widział w otaczającym go świecie. To właśnie go odizolowało od innych i wciąż decyduje o jego unikatowości.