Mity, przodkowie i rękodzieło
Praca „A Kiss on the Eyes” Nilbara Güreşa, Pawilon Turecki w Arsenale podczas 61. Międzynarodowej Wystawy Sztuki – La Biennale di Venezia, 2026, fot. Massimiliano Donati/Getty Images
Zespół Kouoh, podobnie jak Adriano Pedrosa dwa lata temu, daje uprzywilejowane miejsce fizycznym dziełom rąk ludzkich – malarstwu, tkaninom, ceramice, rzeźbie, haftom, wyszywankom. Momentami na wystawie można poczuć się tak, jakby rewolucja cyfrowa nigdy się nie wydarzyła – ba, jakby nie było nawet tej przemysłowej.
Ostentacyjna analogowość i rękodzielniczość In Minor Keys to polemika z paradygmatem technologicznego postępu. W dyskursie wystawy utożsamiany jest on z kolonizatorską przemocą europejskiej nowoczesności, której ofiarami przez stulecia padały zarówno Globalne Południe, jak i globalna natura.
„Kapitał i imperializm dyskredytowały lokalne, rdzenne i zakorzenione w relacji z naturą formy wiedzy jako nienaukowe urojenia i przesądy, a będące ich wyrazem praktyki artystyczne sprowadzały do rzemiosła, dekoracji i obrzędowych rytuałów —– pisała Kouoh w swoim kuratorskim manifeście. – Tak zwana »misja cywilizacyjna« spłaszcza wszystko z protekcjonalną pogardą, spisując na straty całe społeczności i ekosystemy jako koszty uboczne ślepego dążenia do wzrostu napędzanego przez bezwzględność i chciwość”.
Kuratorka zaznaczała przy tym, że jej wystawa nie była pomyślana jako „litania komentarzy do światowych wydarzeń”. Zamiast tego oferowała połączenie z tym, co „wizualne, zmysłowe, afektywne i subiektywne”, i zapraszała do „zachwytu, medytacji, marzenia, świętowania, refleksji i wspólnotowego doświadczenia w przestrzeniach, gdzie czas nie jest własnością korporacji ani zakładnikiem bezwzględnie zwiększanej produktywności”.
Czas prawdziwej sztuki
Zwiedzając wystawę, zadawałem sobie pytanie, czy mam na tyle mocne nerwy, żeby oddać się zachwytom, marzeniom i medytacji, kiedy zalatuje III wojną światową, AI zmienia się w narzędzie nadzoru, a szefowie Big Techów publikują faszyzujące manifesty, których ton rezonuje z dyskursem wielu politycznych liderów.W In Minor Keys trudno odnaleźć obraz rzeczywistości naznaczonej tymi zagrożeniami, w każdym razie nie jest dostępny bezpośrednio. Przesłaniają go metafory i symbole przywołane z marginalizowanych przez dyskurs kolonialny kultur, zastępy mitologicznych figur i fantastycznych stworzeń przedstawianych na obrazach i w formie rzeźb, odwołania do tradycji i mądrości przodków.
Nie lekceważąc tej mądrości, nie potrafiłem pozbyć się wątpliwości, czy na pewno w opowieściach owych przodków kryją się odpowiedzi na dzisiejsze wyzwania. Trudno mi było też uciec od myśli, że gdyby w In Minor Keys w rolach głównych zamiast osób artystycznych z Globalnego Południa obsadzić białych Europejczyków, wystawa spełniałaby wiele prawicowych wyobrażeń o tym, jak powinna wyglądać „prawdziwa sztuka”.
Koniec z wybrykami konceptualizmu, artystyczną publicystyką, obrazoburczymi prowokacjami, obscenicznymi żartami i antysztuką. Jest za to szacunek dla warsztatu, rzemiosła, tradycyjnych technik i tradycyjnych wartości, kult przodków, zainteresowanie historią i mnóstwo duchowości. Czyż nie jest to prawdziwy zwrot konserwatywny?
Trolle kontra Jeleń Origami
Żanna Kadyrowa „The Origami Deer” podczas 61. Międzynarodowej Wystawy Sztuki – La Biennale di Venezia w Giardini della Biennale, 2026, fot. Simone Padovani/Getty Images
Do melodii granej w molowej tonacji na wystawie głównej Biennale nie przebija się wiele z konfliktów rozdzierających współczesny świat. Co innego w uniwersum narodowych pawilonów – tu antagonizmów zamieść pod dywan już się nie da.
Kiedy dopływam vaporetto do Giardini, widzę na nabrzeżu ubrane w różowe kominiarki aktywistki z Pussy Riot, które właśnie skończyły protestować pod pawilonem Rosji.
Pierwszą pracą, na którą natykam się w Giardini, jest ciężarówka z dźwigiem, na którym zawieszony został Jeleń Origami – praca reprezentantki Ukrainy, Żanny Kadyrowej (Zhanny Kadyrovej). Do lata zeszłego roku rzeźba stała w przestrzeni publicznej Pokrowska w Donbasie; została ewakuowana wraz ze wszystkimi mieszkańcami, kiedy do miasta zaczęli zbliżać się Rosjanie. Potem rozpoczęła – podobnie jak miliony Ukraińców – uchodźczą tułaczkę.
Zimą dotarła do Białegostoku, gdzie była pokazywana na wystawie Kadyrowej Awulsja, o której pisałem w Culture.pl. W Wenecji eksponowana jest w ogrodach Giardini, ponieważ nie zmieściłaby się do ukraińskiego pawilonu, który jest nie tyle salą wystawową, ile niewielkim przedsionkiem wykrojonym przez Biennale dla naszych sąsiadów w kompleksie Arsenału.
W odróżnieniu od Ukrainy Rosja cieszy się własnym, wielopoziomowym budynkiem. Przez dwie ostatnie edycje nie urządzała w nim wystaw. Tegoroczny powrót Rosjan do Wenecji to manewr w wojnie hybrydowej, którą prowadzą z demokratycznym światem. Rozpalanie złych emocji i destabilizacja zachodnich instytucji to podstawowe elementy taktyki stosowanej na tym froncie.
Żeby nie było żadnych wątpliwości, że mamy do czynienia z prowokacją, do przygotowania rosyjskiego pawilonu oddelegowano córki notabli ze szczytów putinowskiego establishmentu – ojcem jednej kuratorki jest Nikołaj Wołobujew, emerytowany generał FSB i szycha branży zbrojeniowej. Tata drugiej to sam Siergiej Ławrow, niesławny minister spraw zagranicznych Federacji.
Rosjanie swój cel osiągnęli o tyle, że w tygodniach poprzedzających Biennale mówiło się o nim głównie w kontekście kontrowersji związanych z rosyjskim pawilonem.
W czasie preview dla branży, obecność putinowców przyciągała już mniej uwagi. Owszem, trawnik przed pawilonem był sceną nieustannych protestów; ten zorganizowany przez aktywistki z Pussy Riot wyszedł spektakularnie, kolejne miały skromniejszy, często indywidualny charakter. Na straży bezpieczeństwa Rosjan stali karabinierzy w pełnym rynsztunku do tłumienia zamieszek, ale choć obozowali od rana do wieczora przed wejściem na putinowską wystawę, nie mieli zbyt wiele do roboty.
Zdarzali się widzowie, którzy przechodząc obok pawilonu, wystawiali środkowy palec albo spluwali. Byli też tacy, którzy zaglądali do środka; słyszało się, że wewnątrz nie ma wprawdzie zbyt wiele do oglądania, ale przez cały dzień gra muzyka taneczna i non stop leje się darmowy alkohol. Niektórych ten poczęstunek kusił, ale generalnie branża artystyczna podczas preview nie zawracała sobie głowy ruskim trollingiem – miała zbyt wiele do zobaczenia, była zbyt zajęta networkingiem albo staniem w kolejce do pawilonu austriackiego.
Odbywająca się w nim apokaliptyczna, performatywna wystawa Florentiny Holzinger to hit tej edycji Biennale; o tym mówiło się najwięcej i na to również najdłużej się czekało [Więcej o niej tutaj]. Trzy, cztery godziny oczekiwania na wejście do jednego pawilonu to sporo, kiedy do obejrzenia jest ich ponad sto.