W zeszłym roku byłaś na rezydencji artystycznej w ramach programu Eastern European Network Akademie Schloss Solitude w Stuttgarcie. Jak kategorie Mitteleuropa czy Eastern-European artist mają się do artystek/ów twojej generacji? Jak je rozumiesz w kontekście własnej praktyki twórczej?
Mój wyjazd na studia do Niemiec i projekty realizowane poza Europą zachęciły mnie do ponownego przyjrzenia się polskiej tożsamości. Zbiegło się to z pracą nad pierwszą edycją "Przesilenia" w 2018. W dużym skrócie jest to otwarte wydarzenie nawiązujące do słowiańskiego zwyczaju celebrowania zmian pór roku, czyli Nocy Kupały. Dodatkowo nasze wydarzenie, zrealizowane z Joanną Rajkowską w Nowogrodzie, wiązało się z lokalną historią najstarszego (74. rocznica w tym roku) Koła Gospodyń Wiejskich w Polsce oraz kopcem Grodzisko z epoki żelaza, schowanym za olbrzymim kościołem. Nie ma żadnej tablicy ani drogowskazu, szukałam drogi długo i nie znalazłam, dopiero Joanna (Rajkowska) zaprowadziła mnie tam przez prywatną posesję, bo jak się później okazało kopiec był od niedawna własnością prywatną.
Do tego projektu doprowadziło mnie kilka doświadczeń. Po powrocie z Brazylii w 2016 roku i pracy w fawelach Rio de Janeiro rozpisałam roczny projekt na 2017 rok; głównym zamierzeniem była podróż przez różne wsie w Polsce. Miałam walizkę ze sznurkami i innymi materiałami plastycznymi, proponowałam mieszkańcom wsi Budy, Kuźnica, Saczkowce, Dzieczewo, Paliwodzizna, Macikowo i Nowogród warsztaty plastyczne. Była to forma researchu, szansa na rozmowę z ludźmi i poznanie nowych miejsc, ale też ponowne spojrzenie na peryferyjne miejsca w Polsce. W mojej głowie migotały też obrazy ze wsi mojej młodości; Pustków, Zaklików, Irena... Ciekawe też, że w Kujawsko-Pomorskim jest największe zagęszczenie KGW w Polsce oraz że w takiej skromnej wiosce jak Nowogród znajduje się kopiec - osada z epoki żelaza.
Z jakimi reakcjami się spotkałaś na polskiej prowincji?
Łysa baba z walizką pełną sznurków, o co jej chodzi?! (śmiech) W Nowogrodzie jednak to od razu zatrybiło. Pożyczyłam rower od Joanny Rajkowskiej i wpraszałam się na herbatki. To było wspaniałe, uwielbiam te herbaty w szklankach ze spodkiem i podawane z domowym plackiem. Joanna się śmiała, że w końcu poznaję swoich sąsiadów. Dla mnie jako artystki zainteresowanej praktykami wspólnotowymi opartymi na współpracy kumulacja tych dwóch faktów zadziałała na wyobraźnię jako miejsce mocy. Malutka wioska jako ognisko współdziałania ludzi. Jak wspomniałam, w Nowogrodzie mieszka od jakiegoś czasu Joanna Rajkowska i z nią zdecydowałyśmy zrobić pierwszą edycję "Przesilenia". Chodziło nam o zebranie ludzi na szczycie kopca i umieszczenie tam wspólnie zrobionej rzeźby-szałasu. Jako że historia grodziska i wioski sięgała czasów przedchrześcijańskich, pomyślałyśmy, żeby wydarzenie to zrobić w dzień przesilenia letniego, które przez Słowian było celebrowane jako silnie związane z cyklami przyrody. "Mitologię" Parandowskiego i wszystkich bogów greckich znałam na pamięć, zaczęłam się więc zastanawiać, gdzie jest wiedza o mitologii naszej szerokości geograficznej i dlaczego nie jest obecna w polskiej szkole.
Byłaś w Solitude w bardzo specyficznym czasie. Nad czym chciałaś pracować i co udało ci się osiągnąć w Stuttgarcie?
Zafascynowało mnie to, że Stuttgart jest drugim po Budapeszcie miastem w Europie pod względem wielkości złóż wód mineralnych i termalnych. W samym Stuttgarcie znalazłam jednak zaledwie trzy baseny z wodą mineralną. Zdążyłam odwiedzić dwa (trzeci jest w ciągłym remoncie), tuż przed lockdownem. Próbowałam również odnaleźć fontanny z wodą pitną, niegdyś bardzo popularne w całym Stuttgarcie – nie było to łatwe. Nie istnieje mapa choćby dla turystów, która by takie miejsca lokalizowała. Duża ich część jest trudna do odnalezienia, a te, które udało mi się znaleźć, są często interesujące architektonicznie; niestety, znakomita ich część jest nieczynna. Stuttgart mógłby wiele zyskać na promocji tej tradycji. Świadomość potężnej ilości wody przepływającej pod ziemią bardzo zadziałała na moją wyobraźnię.
Co się robi na rezydencji artystycznej w środku lockdownu, w zamku otoczonym lasami, 40 minut piechotą od najbliższych zabudowań?
Byliśmy dosyć zgraną grupą rezydentów (około 20 osób) i dobrze było doświadczyć życia w pewnej określonej społeczności. Był to dla mnie moment skupienia i wyciszenia, po dosyć burzliwym czasie w głowie huczało mi od bogatych doświadczeń, między innymi po drugiej edycji "Przesilenia" (z zaproszoną m.in. wspaniałą performerką Marią Magdaleną Kozłowską), moje sny były bardzo głośne. Później był czas pisania i planowania nowych projektów – między innymi kolejnej edycji "Przesilenia", projektu wokół idei spółdzielczości, projektu "Garden Gang" we Frankfurcie nad Menem, gdzie obecnie studiuję w Staedelschule. Jeździłam też bardzo dużo na rowerze.
Akademie Schloss Solitude to jedna z niewielu międzynarodowych rezydencji, które nie zawiesiły programu wizyt w trakcie pandemii. Bardzo wygodnie było przebywać w pałacu, w bezpiecznej instytucjonalnej bańce. Obecność lasu miała charakter terapeutyczny. Pierwszego dnia, idąc prostą drogą w dół zamkowego wzgórza, natknęłam się na supermarket z żywnością z Europy Wschodniej, Mixt Markt, który w samotni Solitude spełnił kulinarne marzenia o kaszy gryczanej i kiszonych ogórkach!
Temat wody i związanych z nią rytuałów oczyszczania, leczenia i transformacji przewija się w twoich poprzednich pracach. Koncentrujesz się na wierzeniach Prasłowian, współczesnej kulturze wizualnej i wierzeniach pozaeuropejskich. Jak łączysz ze sobą te wszystkie wątki?
Od jakiegoś czasu badam rytuały w kontekście wody właśnie. Również znaczenie wody w kontekście społecznym – jak w ruskiej bani, gdzie spotykali się nawet politycy, by omawiać sprawy w oczyszczającej parze. Polecam przy okazji świetną książkę amerykańskiego badacza, Ethana Pollocka, "Without Banya We Would Perish", wydaną przez Oxford w 2019 roku.
O wodzie jako nośniku traumy traktowała moja ostatnia wystawa we Frankfurcie nad Menem, jednak początek tych zainteresowań sięga traumatycznego doświadczenia z dzieciństwa. Mama robiła Marzannę dla klasy mojej starszej siostry. Obserwowałam, jak szmaty, papier i drewno za sprawą zręcznych rąk mamy nabierają kształtów postaci kobiety. Miała białą głowę z prześcieradła, oczy i uśmiech narysowane flamastrami. Rozczapierzone dłonie z papieru były "ukrzyżowane" pinezkami na drewnianym stelażu. Później ku wspólnej uciesze dzieci i nauczycieli kukła została podpalona i utopiona w pobliskiej rzece. Wystawa we Frankfurcie była próbą rozliczenia z tą traumą, ale też rozliczeniem innego doświadczenia w kontekście wody – rytuału chrztu, który włącza cię bez możliwości wyboru do Kościoła katolickiego. Wspomnę tylko że mój proces apostazji zaczęłam już 5 lat temu. Przemówiła tu do mnie jedna z interpretacji zwyczaju topienia Marzanny, który miał powstać po chrzcie Polski w 966 roku jako swego rodzaju sposób radzenia sobie z traumatycznym doświadczeniem Słowian – zniszczenia wszelkich figur, reprezentacji słowiańskiej religii, poprzez ich spalenie i utopienie. Zastanawia mnie też, czemu te współczesne strachy, które topi się w rzece, są zwykle reprezentacjami kobiety…
Historię Marzanny z pewnością uzupełniły też późniejsze tropy. Jak wiadomo, czarownice nie pływają lepiej niż zwykli ludzie. W czasach nowożytnych karą za rzekome paranie się magią była tzw. kąpiel czarownicy, zatapianie skrępowanej i często obciążonej balastem oskarżonej w zbiorniku wodnym; jeśli utrzymała się na powierzchni, była winna i należało ją zabić, jeśli tonęła, umierała jako niewinna. Ciekawi mnie, jak w tym kontekście pracujesz z prasłowiańskimi tradycjami. W wielu wypadkach ciężko jest dotrzeć do źródeł i tego, jak naprawdę rytuały wody wyglądały, stopniowo nadpisywane przez kolejne tradycje...
Trauma i woda mają dla mnie również odzwierciedlenie w tradycji biblijnej i Arce Noego, gdzie Bóg postanowił utopić niepokornych ludzi i ocalić jedynie rodzinę patriarchy. Również osoby, które nie chciały przejść na chrześcijaństwo, miały być topione. Inny, bardziej afirmatywny rytuał wody, to śmigus-dyngus, przejęty przez chrześcijaństwo w formie lanego poniedziałku, oryginalnie związany z obrzędami wiosennej równonocy. Współcześnie strywializowany. Oblewanie wodą miało zapewniać dobrobyt, tak jak w wypadku słomianej miniaturowej kukiełki kobiecej, którą umieszczano w naczyniu z wodą na całą zimę, na lepszy urodzaj. Dziś ksiądz święci wieńce dożynkowe, tak jak niegdyś skrapiano owe słomiane laleczki. Po dyngusie chłopcy chodzili po wiosce z jednym przebranym za niedźwiedzia, zbierali dla niego dary, by następnie utopić jego skórę w wodzie. Czy w jakimś momencie ten niedźwiedź stał się słomianą kukłą reprezentującą kobietę, Marzannę? W jakim momencie skrapianie na dobry urodzaj przerodziło się w dramatyczny akt topienia? W jakim Marzanna, słowiańska bogini cyklu narodzin i śmierci, stała się złą panią zimą, którą trzeba uśmiercić?