W opowiadaniu "Organizacja snu w przedszkolu" mężczyznę zatrzymuje widok wiszącego w łazience kranu. Dziwi mu się – że istnieje, że leci z niego woda, że – wedle uznania – raz ciepła, raz zimna. "I już zawsze tak?" – pyta drepczące za nim kobiety. Pewny jest, że kurek, odkręcony i chytrze zabrany do domu, będzie niósł w sobie tę wodę.
Świat, do którego zabiera czytelnika Weronika Murek, wydaje nam się znajomy. Znajome zwyczaje jego mieszkańców, znajome wnętrza i przestrzenie, po których się poruszają – czy kiedyś my sami tam nie byliśmy…? Próbujemy określić, dokąd trafiliśmy, jaka epoka trwa. Coś nam podpowiada – choć pewni nie jesteśmy - że może to wieś za czasów komunizmu. Albo niewielkie miasteczko. A może i stolica. Że może to Polska – bo parę szczegółów prowadzi nas w te rejony. Pogrzeb generała Sikorskiego, powiewające flagi papieskie, pajda chleba z salcesonem. I jeszcze zachowania, które nieraz już widzieliśmy, choćby na rodzimych straganach, na przystankach wiecznie spóźnionych autobusów. Ale swojskość, którą zdążyliśmy odnaleźć po tym, jak zdanie otwierające każde z siedmiu opowiadań, zbiło nas z tropu, za chwilę znów zostanie zakłócona. W jednym z wywiadów Murek przyrównuje to wrażenie do momentu, gdy schodząc po dobrze znanych schodach, których odległość i ilość znamy już na pamięć, nagle osuwa nam się noga. Autorka wyposaża swoje światy w "jeden czy drugi lufcik, wypustkę (…), takie włazy i luki, które otwierają jeszcze jakąś inną atmosferę"[1]. Rolę tych "lufcików", "włazów" pełnią drobiazgi; połyskują, mienią się, emanują niepokojącą energią: co znajdzie się w ich obszarze, poddaje się temu dziwnemu spektaklowi, wyłania się, jakby na scenie.
Widzimy obrzędy tak nietypowe, że aż chce się zapytać, czy aby nie zmyślone; elementy ubioru czy wystroju, w których czujne oko Murek dostrzega niepowtarzalny rys – odpychający i intrygujący równocześnie. To wokół tych szczegółów, precyzyjnie wkomponowanych w "scenografię", rozrasta się porządek życia bohaterów: bohaterów wyposażonych w znaki szczególne, nakreślonych mocnym konturem, bardziej przypominających marionetki, niż prawdziwych ludzi.
Ale ta umowność jest tylko pozorna, bo życie postaci, ich pragnienia i klęski, okazują się bliskie. Tak - komiczne są ich podrygi, czarny humor króluje, a obserwacja Murek - celna i bezwzględna. Jednak w jej spojrzeniu obecne jest coś jeszcze: dalekie od sentymentu zrozumienie, czułość nawet, żal. Bohaterowie, pokraczni i szpetni, w niezgrabnych ciałach, w nietwarzowych ubraniach i fryzurach, prężą się, by choć trochę wypięknieć, choć trochę wysmukleć, uwieść, rozkochać. By uszczknąć sobie odrobinę przyjemności, wygrać coś, przeżyć. Ale próby przynoszą mizerne efekty. I wciąż krąży za nimi śmierć.
Niektórzy, z rezygnacją, choć nie bez niechęci, przystali na nią (bo bohaterami są również zmarli, swobodnie odwiedzający żywych). Inni nie godzą się na odejście, ale protest ten jest nieporadny, a rozpacz niema. Szczęśliwie, w opowiadaniach Murek nie pada ani słowo o smutku, ani słowo o strachu. Emocje ukryte są gdzie indziej, w obrazach, ale i wokół słów, między nimi. To zresztą świetna umiejętność autorki: słuch językowy.