Dlatego nie zagadka kryminalna, lecz odmalowanie komplikujących się konfliktów narodowościowo-religijnych w Polsce po zamachu majowym stanowi rzeczywisty przedmiot "Portretu wisielca". Kryminalna otoczka ma być jedynie ramą i pretekstem dla odmalowania skomplikowanego portretu tamtych czasów. Klimat powieści kryminalnej, suspens i proces śledczy zostają oczywiście zachowane, lecz nie zaryzykuję wiele, pisząc, że jest to chyba najmniej "sensacyjna" książka Wrońskiego. Nie ma tu pościgów, strzelanin, nadmiaru przemocy fizycznej. Standardowe pytanie "kto zabił?" przeradza się w pytanie "kto lub co skłoniło do samobójstwa?". Powieść jednak wcale na tym nie traci, a może nawet zyskuje. "Portret wisielca" wciąga bowiem bardziej niż wcześniejsza „Kwestja krwi”, której zdecydowanie bliżej było do wzoru klasycznego kryminału.
Miejsce krwi i przemocy fizycznej, zajmują (choć nie całkowicie!) przemoc psychologiczna, symboliczna i systemowa, a wymiary społeczny i narodowościowo-religijny stanowią nie tylko kontekst, ale też źródło akcji i jej prawdziwego bohatera. Wroński nie zadowala się powierzchownym odmalowaniem nierównego konfliktu między grupami, ale wchodzi butami do każdej z nich, postrzeganej z zewnątrz jako jednolita i zamknięta. W społeczności żydowskiej rządzi różnorodność: spierają się ze sobą ortodoksyjni chasydzi, bundowcy i wyemancypowani żydowscy intelektualiści; także "większość polska" nie jest monolityczna. Antysemityzm i nacjonalizm nie ogarnął wszystkich, a w oddziale Maciejewskiego panuje, komiczny trochę, "multikulturalizm": dowódca jest „z pochodzenia” socjalistą, Kraft to protestant, Fałniewicz katolik, a Zielny "wierzy tylko w erotykę".