Wystarczyło użyć jednoznacznie identyfikującego tytułu oraz ozdobić okładkę stereotypowym zdjęciem (przedstawiającym graffiti, na którym pseudokibice prężą muskuły), aby książka jeszcze przed premierą wywołała burzliwe dyskusje. Rzeczywiście początkowo można ją odebrać jako antyreklamę miasta i całego regionu. Podobny zarzut zresztą padł z ust mieszkańców Poznania, gdy Kącki w reportażu "Maestro. Historia milczenia" opisał skandal pedofilski w chórze Polskie Słowiki. I tym razem jest ostro, czasem wydaje się, że za bardzo. Jednak po zagłębieniu się w lekturze "Białegostoku" nietrudno dostrzec pewne uniwersalne treści, które dotyczą wszystkich: wyparcie z pamięci drażliwych tematów i wydarzeń, budowanie tożsamości opartej na własnej wersji historii oraz na sztucznie stworzonym wizerunku, strach przed Innym.
Reporter spotyka swoich bohaterów na ulicy, między blokami, zagląda do klubów, kościołów, puka do domów i siedzib władz miasta, naukowców, lokalnych aktywistów. Każdemu daje prawo głosu, choć nie każdy z niego korzysta. W rezultacie tworzy się łańcuch postaci wywodzących się z różnych środowisk, z pozoru ze sobą niezwiązanych. Ich drogi w pewnym momencie przecinają się czy to poprzez więzy rodzinne (właściciel klubu piłkarskiego i twórca discopolowej potęgi jest kuzynem żony białostockiego prezydenta), czy zaskakujące zbiegi okoliczności (pod gabinetem profesora badającego wielokulturowość znajduje się dzierżawiony od uniwersytetu pub, którego właściciel – ps. "Staszyn" – ma na plecach wytatuowane dwie swastyki).
Takich paradoksów ocierających się o groteskę jest znacznie więcej. Prokurator, powołując się na Wikipedię, uznaje swastykę za symbol szczęścia. Neofaszysta, na co dzień operator sceny Opery Podlaskiej, w "Skrzypku na dachu" wciela się w rolę Żyda. Skin na jednym przedramieniu ma wytatuowaną swastykę, na drugim – znak "Polski Walczącej". Niedaleko miejsca pracy profesor, która stwierdziła, że na cudownej hostii z Sokółki "jest fragment tkanki mięśnia sercowego w stanie agonalnym", znajduje się klinika, gdzie urodziło się pierwsze w Polsce dziecko z in vitro.
Przyglądając się losom bohaterów, można odnieść wrażenie, że uczestniczy się w walce bokserskiej. Są ciosy, kontrataki, uniki, zdarza się nokaut. Bitwa – rzadziej na argumenty, częściej na emocje – rozgrywa się w kilku rundach. W jednej z nich naprzeciwko siebie stają ci, którzy walczą o pamięć oraz ci, którzy walczą z pamięcią. Stawką jest przypomnienie przedwojennych dziejów miasta, które dotknięte epidemią amnezji napisało "historię na nowo, bez menory i mezuzy". W Białymstoku nie mówi się o tym, że trzy czwarte mieszkańców stanowiła ludność żydowska ani o tym, że zbrodni dopuszczali się również Polacy. Przeszłość jest wybielana. Jednak pojawiają się osoby, które ją przypominają, oraz dzieła, które demitologizują polską historię. Michał Olszewski w recenzji "Białegostoku" podkreślił, że już Anna Bikont w reportażu "My z Jedwabnego" wydobyła na światło dzienne fakty i obrazy, o których nie da się zapomnieć. Dramat Tadeusza Słobodzianka "Nasza klasa" dotyka trudnych stosunków polsko-żydowskich. Tę tematykę coraz odważniej podnosi również polskie kino, a mimo to prawda nie trafia do wszystkich. Kącki dodaje do tego kilka przejawów białostockiego antysemityzmu; pokazuje na konkretnych przykładach, że rana się jeszcze nie zabliźniła, a wydarzenia z przeszłości się nie przedawniły. Niektóre dopiero po wielu latach mają szansę zapisać się na kartach historii, gdyż wcześniej je przemilczano.
Na ringu pojawiają też zawodnicy z napisem "White Power" na koszulkach, "kibice" Jagiellonii Białystok, siłą wciągnięci są nań cudzoziemcy, homoseksualiści, społecznicy. Tych ostatnich, lokalnych bohaterów, w książce pojawia się kilkoro. Organizują warsztaty, festiwale, tworzą teatr, publikują artykuły i książki jako antidotum na nienawiść i brak akceptacji. To kropla w morzu, w której widać jasną stronę miasta. Ale nie każdy chce podjąć terapię i zmierzyć się z samym sobą.
Kącki słucha, drąży, zadaje proste pytania (które zręcznie wplata w narrację), szukając odpowiedzi na te fundamentalne: o prawdę, tolerancję, wolność sumienia. Jedni chcą rozmawiać, mówią wprost o swoich namiętnościach i słabościach, inni wolą milczeć. Poznajemy bohaterów na tyle, na ile nam na to pozwolą. Autor nikogo nie rozlicza, nie daje gotowych rozwiązań. Poprzez krótkie, ale niezwykle wyraziste i w miarę szczegółowe historie dostarcza czytelnikowi emocji – od gniewu po smutek – niemniej oddaje rzeczywistość z dystansem. Dzięki wielu poruszanym kwestiom, nie czuje się niedosytu, chociaż wątki mniejszości narodowych czy różnic wyznaniowych można by mnożyć w nieskończoność. Reportaż nie wyjaśnia wszystkiego, ale wskazuje na pewne mechanizmy i układy, myśli, z którymi odbiorca musi się skonfrontować.
Opowieść wymownie spina klamra idei Ludwika Zamenhofa, który chciał stworzyć wspólny język będący płaszczyzną porozumienia dla skłóconego, wielonarodowego społeczeństwa. Jednak żydowskie pochodzenie białostockiego twórcy esperanto jest niewygodne dla części mieszkańców wciąż myślących kategoriami "swój-obcy", więc jego nazwisko wymazuje się z pamięci. Na bilbordach wpisanych w panoramę regionu pojawiają się hasła wielokulturowości, miasta otwartego, przyjaznego. Kącki podważa ten wizerunek uświadamiając, że nieodrobiona lekcja historii może prowadzić do antysemityzmu, rasizmu, kibolskich porachunków. Stolica Podlasia skupia w sobie jak w soczewce problemy, z którymi boryka się cały naród. Niektórzy już przełknęli tę gorzką pigułkę, innym stanęła w gardle.
Agnieszka Warnke, listopad 2015
Marcin Kącki
"Białystok. Biała siła, czarna pamięć"
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015
Liczba stron: 288
ISBN: 978-83-8049-165-6