28 kwietnia 2001 roku z kosmodromu Bajkonur w Kazachstanie wystartowała rakieta z pierwszym kosmicznym turystą. Dennis Tito, amerykański multimilioner, za wyprawę w kosmos zapłacił Rosjanom 20 milionów dolarów. Za sumę równoważną cenie małej wyspy krezus zza oceanu poczuł autentyczny stan nieważkości, ale nie dotknął "obcej ziemi". W swoim albumie-zagadce Maciek Jeziorek proponuje znacznie tańszą alternatywę dla ekstrawaganckiej turystyki w kosmicznej rakiecie, co więcej - kończącą się na obcej planecie.
Indie. Kraj, który wielkością dorównuje powierzchni Unii Europejskiej, to inna planeta na Ziemi. Tematem Jeziorka jest Nowe Delhi, które wraz z aglomeracyjnymi przyległościami liczy sobie ponad 20 mln mieszkańców. "Miasto piekło" – mówi fotograf, ale w jego oczach widać raczej ekscytację, aniżeli przerażenie.
Książka zaskakuje już przy próbie otworzenia. "317 days to Mars" to publikacja, której opisać słowami doprawdy nie można: kostka Rubika, logiczna zagadka z nieskończoną ilością dobrych odpowiedzi. Na pierwszy rzut oka widać, że zaburzone w niej są kierunki. Nie funkcjonuje orientacja prawo-lewo, góra-dół. Wszystko miesza się i przenika, stanowiąc jedno wielkie "miejsce niedookreślone". Zagadek jest jednak więcej.
Po pierwsze: tytuł. 317 dni, czyli tyle, ile liczyła pierwsza zakończona sukcesem wyprawa droga morską z Europy do Indii Vasco da Gamy.
Po drugie: forma. To sklejonych na gorąco 8 arkuszy wydawniczych, obłożonych w wielokrotnie złożoną współczesną mapę ruchu Marsa względem Ziemi, nawiązującą do tzw. "mandali" rozrysowanej w XVI wieku przez Jana Keplera. Jak wspomniano wcześniej: nie wiadomo, jak książkę należy trzymać, zmiana perspektywy wymaga dostosowania ciała czytelnika lub samego albumu. Punktami orientacyjnymi są rozkładówki. Każda z nich w sposób bezpośredni odwołuje się do marsjańskiej Misji.
Po trzecie: fotografie. Maciek Jeziorek z zawodu jest technikiem fotografem. Panowanie nad kadrem, wieloplanowość, szparowanie, dostosowywanie optyki aparatu do tematu, to dla niego żadna trudność. Wszystkie fotografie zostały wykonane przy użyciu stałego obiektywu 50 mm. Oznacza to, że fotografujący musiał być bliżej niż blisko. Niemal dotykając wypukłym szkłem fotografowanych ludzi, którzy patrzą bezpośrednio w obiektyw. Ich wzrok nigdy nie ucieka, styka się bezpośrednio ze wzrokiem fotografa, a przez niego i z okiem oglądającego kolejne karty książki.
Jedna z rozkładówek albumu "317 days to Mars" Macieja Jeziorka, fot. dzięki uprzejmości artysty
Jeżeli ludzie z New Delhi nie gapią się na nas bezwstydnie, to odwróceni, wskazują na coś wysoko na niebie. Tylko na co? Na rakietę? Na smog? Na słońce? Na panteon hinduskich bóstw? Z nieba fotograf przenosi naszą uwagę na obrazy chodników i ulic, a na nich szczury, kolorowe proszki, dziury w czerwonej ziemi. Fotografie Jeziorka, zrobione z bliska, kolorowe, perfidnie wdzierają się w percepcję "czytelnika", który bodźce przypisane innym zmysłom nagle odbiera wzrokiem. Synestezja na 128 stron.
Książka Jeziorka to podróż w nieznane, jazda bez trzymanki, spacer po piekle bez przewodnika. Samemu trzeba szukać i odkrywać zależności, choć tak naprawdę przez całą książkę jesteśmy prowadzeni jak za rękę. Odnajdujemy optyczne zabawy: oto mężczyzna niosący nie-wiadomo-co, z czego zwisa ogrom kabli i wtyczek, okazuje się trójwymiarowy; jak przy stroboskopowym oświetleniu widzimy jego twarz, by kilka mignięć/stron dalej odwrócił się do nas plecami. W tłumie obrazów powtarza się niejeden bohater, choć zawsze robi to niepostrzeżenie.