Krzysztof Kieślowski, fot. Wojciech Druszcz / Reporter / East NewsKrzysztof Kieślowski, fot. Wojciech Druszcz / Reporter / East News

O czym marzył, gdy był małym chłopcem? W jaki sposób „kolaborował” z komunistami? Dlaczego kolejowe dworce były jego przekleństwem? Skąd wziął się mistycyzm jego kina? Oto mniej znane oblicze Krzysztofa Kieślowskiego.

Przeprowadzki

Dzieciństwo spędził na walizkach. Wraz z rodziną przenosił się z jednego miasteczka do drugiego. Jego ojciec chorował na gruźlicę, więc rodzina przenosiła się do miejsc, gdzie były sanatoria, lepszy klimat, gdzie nie było dużych zakładów przemysłowych. Jednym z przystanków na drodze jego przeprowadzek było uzdrowiskowe Sokołowsko. W małej sudeckiej wiosce nazywanej Śląskim Davos od kilku lat odbywa się festiwal Hommage á Kieślowski poświęcony twórczości i życiu słynnego reżysera.

Dom Krzysztofa Kieślowskiego w Sokołowsku, fot. WikipediaDom w Sokołowsku, w którym mieszkała rodzina Kieślowskich.

Palacz-strażakiem

Prawdę mówiąc, w ogóle nie chciałem chodzić do szkoły – przyznawał w filmie "Krzysztof Kieślowski: I'm So-So". - Chciałem być palaczem. W domach, w których mieszkaliśmy, było centralne ogrzewanie, paliło się w kotłach. Był taki kolega, który się nazywał Skowron. I on już był palaczem, a ja myślałem, że to jest najlepsza rzecz, jaką można w życiu robić. Rodzice nie podzielali mojego entuzjazmu do palenia w piecu centralnego ogrzewania, więc próbowali mnie wsadzić do jakiejś szkoły. Ojciec wysłał mnie do szkoły pożarniczej, co było niezwykle inteligentne z jego strony (...), ponieważ tam zrozumiałem, że na pewno nie chcę być strażakiem. Pewnie gdyby ojciec pozwolił mi palić w piecu, szybko bym zrozumiał, że nie chcę być palaczem”.

W teatralnej garderobie

Nie został ani strażakiem, ani palaczem. Rodzice posłali go do Warszawy, by tutaj uczęszczał do szkoły średniej kształcącej technicznych pracowników dla teatru. Jego wuj był wicedyrektorem, więc ojcu udało się załatwić miejsce dla Krzysztofa, a niedługo później do tej samej szkoły poszła jego siostra.

Szkoła była fantastyczna. Uświadomiła mi, że w ogóle istnieje coś innego niż produkowanie rzeczy użytecznych (...) że istnieje jakaś inna sfera życia, która dostarcza innego pokarmu. Można górnolotnie powiedzieć, że pokarmu dla duszy czy umysłu".

Chciał pracować w teatrze, ale nie chciał być malarzem czy garderobianym, lecz reżyserem. Żeby jednak dostać się na studia do szkoły teatralnej, trzeba było mieć dyplom innej szkoły wyższej.

Filmówka

Kieślowski w studenckim epizodzie w filmie "Don Gabriel" Ewy i Czesława Petelskich, fot. Fototeka.Filmoteki NarodowejKieślowski w studenckim epizodzie w filmie "Don Gabriel" Ewy i Czesława Petelskich, fot. Fototeka.Filmoteki Narodowej

„Pomyślałem, że skoro muszę skończyć studia, to po co kończyć historię, polonistykę, czy socjologię, skoro można od razu pójść w kierunku, który narzuca sama nazwa 'reżyseria teatralna'. Pomyślałem, że jak skończę reżyserię filmową to siłą rzeczy coś o reżyserii teatralnej będę wiedział (...) To miał być etap, nie cel".

Do szkoły go jednak nie przyjęto. Zanim trafił w mury Filmówki, dwa razy odrzucano go na egzaminach. "Wtedy się uparłem (...) Jak mnie skurwysyny nie chcą, to ja się właśnie dostanę" - wspominał po latach. Kiedy za trzecim podejściem udało się przejść przez egzaminacyjne sito, wyszedł z egzaminu, z radości fiknął koziołka na trawniku, rzucił na ziemię swoje okulary i rozgniótł je butem.

Kobiety

Kadr z filmu "Trzy kolory. Niebieski", reż. Krzysztof Kieślowski, na zdj. Juliette Binoche, fot. MK2/CED/FRANCE 3/East NewsKadr z filmu "Trzy kolory. Niebieski", reż. Krzysztof Kieślowski, na zdj. Juliette Binoche, fot. MK2/CED/FRANCE 3/East News

Miał duże powodzenie. Licealni koledzy zazdrościli mu, gdy co i rusz zmieniał "narzeczone". Na studiach wszystko się zmieniło. Pewnego dnia wraz z kolegą umówili się na podwójną randkę. Kieślowski miał się spotkać z dziewczyną, która już wcześniej mu się podobała, ona zaś miała przyprowadzić koleżankę. Podczas wieczoru kumpelski kontrakt uległ zmianie. Maria Cautillo, owa dziewczyna przyprowadzona z myślą o przyjacielu, szybko wpadła w oko Kieślowskiemu. Po dwóch tygodniach zaproponował jej małżeństwo. Maria Kieślowska była jego żoną aż do jego śmierci.

Po sukcesach "Krótkiego filmu o miłości", a później filmu "Trzy kolory: Biały" aktorki z całego świata marzyły o zagraniu u niego. Catherine Denevue chciała zrzec się honorarium, byle wystąpić w "Trzy kolory: Niebieski", a wśród tych, które głośno przyznawały się do fascynacji kinem Kieślowskiego była także Nicole Kidman.

Kieślowski-aktor

Kieślowski jako partyzant w "Stawce większej niż życie" Janusza Morgensterna, fot. Fototeka Filmoteki NarodowejKieślowski jako partyzant w "Stawce większej niż życie" Janusza Morgensterna, fot. Fototeka Filmoteki Narodowej

Kiedy rozpoczął studia w Filmówce, nie tylko asystował przy pracach innych reżyserów i tworzył pierwsze etiudy. Raz po raz stawał  przed kamerą, by występować w epizodach. We własnym „Koncercie życzeń” występował jako rowerzysta odprowadzający krowę, w filmie Ewy i Czesława Petelskich „Don Gabriel” był jednym z żołnierzy, a aktorską karierę zakończył epizodem w „Przepraszam, czy tu biją?” Marka Piwowskiego.

Dokument - świat w kropli wody

W Szkole Filmowej wyznawał trzech bogów. Bresson, Bergman, Karabasz– tak wyglądała ta triada. Najbliżej był Karabasz, wykładowca łódzkiej Filmówki, wybitny dokumentalista i pedagod. Nauczył Kieślowskiego, że aby móc robić filmy, trzeba mieć własny świat do opowiedzenia.

Więcej zdjęć (4)

Świat dookoła był bardzo smutny - wspominał Kieślowski w dokumencie Krzysztofa Wierzbickiego - Nawet nie był czarno-biały tylko czarny. Może szary. To się wiąże z miejscem, w którym jest dziś szkoła filmowa, czyli z Łodzią. Ona jest niesamowicie fotogeniczna, brudna, obdrapana. Takie jest całe miasto, a więc w pewnym sensie – cały świat. Tak samo jak mury wyglądają ludzkie twarze – zmęczone, smutne, z jakimiś dramatem w oczach, dramatem poczucia bezsensu, dreptania, z którego nic nie wynika".

W dokumentach opisywał te komunistyczne mikroświaty, pokazując zwykłych ludzi w ich zwykłym życiu. To były światy w kropli wody. „Szkoła podstawowa”, „Szpital”, „Fabryka”, „Urząd” - z tych maleńkich fragmentów rzeczywistości Kieślowski składał obraz prawdziwego świata PRL.

"Listy do władz" 

Po Szkole Filmowej rozpoczął pracę w Wytwórni Filmów Dokumentalnych na Chełmskiej. Realizował Kroniki Filmowe. Tu spotkał Jacka Petryckiego, młodego operatora, który później stał się jego wieloletnim współpracownikiem. I choć nigdy bezpośrednio nie angażował się w politykę, opisując rzeczywistość, obnażał fałsz komunistycznego systemu. "To były 'listy do władz'" – mówił o jego filmach Tomasz Zygadło. Kieślowski cały czas balansował na granicy między tym, na co władza mogła pozwolić, a tym, co podlegało zabiegom cenzury. "Baliśmy się narazić i narażaliśmy się ciągle" - wspominał po latach.

"Niezłego kretyna z faceta zrobiłeś" - koniec dokumentu

Kadr z filmu "Z punktu widzenia nocnego portiera", reż. Krzysztof KieślowskiPrzełomowym dokumentem w jego dorobku okazało się "Z punktu widzenia nocnego portiera". Pokazał w nim totalitaryzm w miniaturze. Historia portiera, który upaja się swą "władzą", była oskarżeniem systemu, który demoralizuje. Kieślowski zaprzyjaźnił się ze swym bohaterem, a po latach zatrudniał go w epizodycznych rolach.

„No, niezłego kretyna z faceta zrobiłeś” - powiedziała Kieślowskiemu Agnieszka Holland, gdy na Krakowskim Festiwalu Filmowym zaprezentowano jego film. Patrząc na zachowania bohatera publiczność raz za razem wybuchała śmiechem, a Kieślowski z każdą minutą coraz głębiej zapadał się w fotel. Celem jego filmu nie było wywoływanie śmiechu. "To się chyba tam zaczęło – przestał chcieć dokumentu" - mówił o tej sytuacji Jerzy Stuhr.

Sam tak mówił o swoim odejściu:

Przez 10 lat robiłem filmy dokumentalne. Kochałem ten gatunek i porzuciłem go z żalem i wstydem; czułem się jak człowiek, który ucieka z tonącego okrętu zamiast ratować go lub z honorem pójść na dno. Film dokumentalny utonął. Zniknął przy ogólnym braku zainteresowania”.

Majsterkowicz 

Krzysztof Kieślowski na planie "Krótkiego filmu o zabijaniu", fot. Romuald Pieńkowski/Fototeka Filmoteki NarodowejLubił majsterkować. Koledzy ze szkolnych ław wspominali, że każde wolne chwile, których nie poświęcał swoim narzeczonym, wykorzystywał na szukanie w sklepach śrub, łożysk do motocykla, narzędzi. "Dzięki niemu przyjaciele poznali wszystkie sklepy motoryzacyjne w Warszawie" – mówił Janusz Skalski, przyjaciel z tamtego okresu.

„Potrafił rozebrać zegarek i złożyć zegarek. Rozebrać motocykl i złożyć motocykl. Rozebrać silnik samochodu i go złożyć. Kiedy miałem jakieś roboty domowe, przyjeżdżał ze swoimi skrzynkami i przykręcał wszystkie śruby, żyrandole, demontował zamki w drzwiach” mówił Krzysztof Piesiewicz, przyjaciel i współpracownik reżysera.

Przyjaciele chętnie wykorzystywali jego zapał do prac domowych. Sławomir Idziak żartował nawet: "Wiele osób miało taką strategię, że zaczynało grzebać w samochodzie w jego obecności, wiedząc o tym, że za chwileczkę Krzysztof odsunie go na bok i sam naprawi”.

Jego hobby było stolarstwo. "Lubię robić coś w drewnie - mówił w filmie dokumentalnym Krzysztofa Wierzbickiego. - Niestety nie mam do tego kompletnie talentu. Zrobiłem już pewnie ze sto rzeczy z drewna, zwykłe rzeczy użyteczne, w których są niezbędne kąty proste. I nigdy nie udało mi się jeszcze zrobić kąta prostego".

Dworce kolejowe

Kadr z filmu "Przypadek". Na zdjęciu: Bogusław Linda, fot. Filmoteka Narodowa / www.fototeka.fn.org.plKadr z filmu "Przypadek". Na zdjęciu: Bogusław Linda, fot. Filmoteka Narodowa / www.fototeka.fn.org.pl

Pojawiały się w większości jego późnych filmów. Bohaterowie ciągle żegnali się na peronach i na nich się witali, tu decydowała się przyszłość jednych postaci, a inne przy akompaniamencie pociągu żegnały się z przeszłością. W młodości dużo podróżował po Polsce i prowadził prywatny ranking najlepszych dworcowych knajp. Wiedział, gdzie dają najlepsze sznycle, a gdzie warto zjeść kotlety mielone.

Na dworcowym planie "Przypadku" z Tadeuszem Łomnickim i Bogusławem Lindą, fot. Romuald Pieńkowski/ Fototeka Filmoteki NarodowejNa planie "Przypadku" z Tadeuszem Łomnickim i Bogusławem Lindą, fot. Romuald Pieńkowski/ Fototeka Filmoteki Narodowej

Ale w pewnym momencie kolejowe dworce stały się jego przekleństwem.

Lubię jeździć pociągiem (...) - mówił w telewizyjnym programie "100 pytań do". - Ale okropnie nie lubię robić zdjęć na dworcach, nie lubię scen ze zwierzętami i dziećmi. Tymczasem cokolwiek nasmarujemy z Piesiewiczem ostatnio to zawsze jest tam i dworzec, i pociąg, i dzieci, i zwierzęta".

Partyjne kuszenia

Gdy nakręcił film „Robotnicy 71'”, smutny zbiorowy portret klasy pracującej, władza uznała, że nie nadaje się on do pokazywania szerokiej publiczności, ale pokazuje społeczne zaangażowanie reżysera. Kieślowskiego skierowano więc na szkolenie polityczne i chciano uformować na komunistyczną modłę. Bezskutecznie.

"'Życiorys', film zrealizowany poniekąd na zlecenie partii, był zarazem jej oskarżeniem" – mówił Tadeusz Sobolewski, krytyk i znakomity znawca twórczości Kieślowskiego. Robił go ramię w ramię z komunistyczną władzą, która liczyła, że wykorzysta gotowe dzieło w celach propagandowych. Ale film Kieślowskiego zupełnie się do tego nie nadawał. Bo Kieślowski cały czas robił swoje – ani nie oddał swej niezależności ówczesnej władzy, ani też nie dał się pochłonąć opozycyjnej gorączce, która trawiła wówczas znakomitą część jego środowiska.

"Piewca partyjnych łez"

Kiedy zmarł, świat filmu wygłaszał na jego cześć niekończące się peany. Ale nie zawsze cieszył się zrozumieniem środowiska. Koledzy nazywali go ironicznie „piewcą łez partyjnych”, wspominała Agnieszka Holland. Mieli mu za złe, że „kolaboruje” z systemem, odmawia podpisywania listów protestacyjnych, nie robi filmów o Solidarności tylko o ludziach, którym marzy się maleńka stabilizacja: dom, rodzina, życiowe minimum.

Z Jerzym Nowakiem na planie "Amatora", fot. Romuald Pieńkowski/ Fototeka Filmoteki NarodowejZ Jerzym Nowakiem na planie "Amatora", fot. Romuald Pieńkowski/ Fototeka Filmoteki Narodowej

Tam, gdzie inni oczekiwali czarno-białej narracji, on widział wieloznaczności. W jednej ze scen „Amatora” oddawał rację komunistom, za co środowisko filmowe bardzo go krytykowało. Gdy w „Bez końca” adwokat grany przez Aleksandra Bardiniego przekonywał opozycjonistę, by zaniechał pustego buntu wobec władzy i ratował swoją wolność, Kieślowski otrzymał ciosy ze wszystkich stron: opozycji, środowiska, Kościoła i komunistów, którym także nie podobała się ogólna wymowa filmu. Nawet dotychczasowi przyjaciele przestali podawać mu rękę.

Polityka

Na planie "Krótkiego filmu o zabijaniu", fot. Fototeka Filmoteki NarodowejZdjęcie z planu "Krótki film o zabijaniu", 1987. Na zdjęciu: Krzysztof Kieślowski, fot. Filmoteka Narodowa/www.fototeka.fn.org.pl

Interesowały go portrety zwykłych ludzi, a nie wielka polityka. Nie rozsądzał racji. Jako reżyser starał się być jak anioł z „Dekalogu” – obserwatorem pełnym empatii i wyrozumiałości. Od polityki nie można było jednak uciec. Mówił o niej po swojemu, bez łatwych diagnoz i rewolucyjnego żaru. Kiedy on zabierał się za „Dekalog”, nie mógł nawet znaleźć operatorów, bo wszyscy dookoła twierdzili, że po 13 grudnia trzeba robić filmy o Solidarności, komunizmie i podziemnych gazetkach.

Polityczne wydarzenia odciskały jednak swe piętno na jego filmach. „Przypadek” i „Krótki dzień pracy” były jego reakcją na fenomen Solidarności, „Bez końca” - odpowiedzią na stan wojenny. Śmierć bohatera granego przez Jerzego Radziwiłowicza, pamiętnego „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy, była symboliczną śmiercią pewnej idei.

Moskwa, 1979. Krzysztof Kieślowski (trzeci z lewej) na Kremlu pije toast z przyjaciółmi za sukces swego filmu "Amator". Wśród gości Wojciech Marczewski, Krzysztof Mętrak, fot. Jerzy Kośnik / ForumMoskwa, 1979. Krzysztof Kieślowski (trzeci z lewej) na Kremlu pije toast z przyjaciółmi za sukces swego filmu "Amator". Wśród gości Wojciech Marczewski, Krzysztof Mętrak, fot. Jerzy Kośnik / Forum

Po stanie wojennym mówił, że filmowanie już go nie interesuje. Chyba że w obiektywie kamery dałoby się umieścić karabin maszynowy, a ją samą traktować jako broń w walce. Jednocześnie konsekwentnie odmawiał podpisywania protestacyjnych listów.

Polityka jest ohydna. Mnie teraz interesuje tylko, żeby mieć papier toaletowy, kiedy idę do ubikacji” – mówił swemu studentowi Andreasowi Veielowi.

Świat niewidzialny czyli słoń w Głupczycach

Kadr z filmu "Duże zwierzę" Jerzego Stuhra według scenariusza Krzysztofa KieślowskiegoKadr z filmu "Duże zwierzę" Jerzego Stuhra według scenariusza Krzysztofa Kieślowskiego

Kiedy miałem 6 lat, widziałem słonia na ulicy. Jestem pewien, że go widziałem. Potem mi tłumaczyli, że to niemożliwe, że nie widziałem słonia, bo skąd by się wziął słoń na rynku w Głupczycach".

Wspominał tę historię, gdy pytano go o źródło "mistycyzmu" jego kina. Wierzył w tajemnicę. Niepokoiło go, że świat namacalny, w którym żył, nie jest wszystkim, że istnieje coś ponadto. To przeczucie transcendencji nie zrodziło się z lektury filozofów czy wielkich filmowych odkryć, ale towarzyszyło mu od najmłodszych lat, kiedy jako dzieciak zobaczył słonia na rynku prowincjonalnego miasteczka.

Z tamtej sytuacji zrodził się także pomysł na scenariusz "Dużego zwierzęcia", który już po jego śmierci zrealizował Jerzy Stuhr.

Plakat

Więcej zdjęć (12)
 

To nie jest wszystko jedno, kto robi plakat – pisał pod koniec lat 80-tych. -Do jednych mam zaufanie – jeżeli zrobił plakat, staram się o bilet. Do innych nie mam – wszystko mi jedno, co im się podoba. W tym sensie autora plakatu staje się współautorem filmu, opowiedział się po jego stronie”. Uważnie dobierał autorów swoich plakatów, stawiając na tych, którym ufał. Tym ostatnim dawał wolność.

„Ty robisz plakaty, ja robię filmu, ty się nie wtrącasz w moje film, to dlaczego ja miałbym wtrącać się do Twoich plakatów?” - pytał Pągowskiego, swojego stałego plakacistę i autora plakatów do większości jego obrazów.

Zachód

Krzysztof Kieślowski, Irene Jacob oraz Marin Karmitz na premierze filmu"Trzy kolory: Czerwony"
, Festiwal Cannes, 1994, fot. Jerzy Kośnik ? ForumKrzysztof Kieślowski, Irene Jacob oraz Marin Karmitz na premierze filmu"Trzy kolory: Czerwony"
, Festiwal Cannes, 1994, fot. Jerzy Kośnik ? Forum

Po sukcesie „Dekalogu” stał się bywalcem największych filmowych imprez. Ale nigdy nie pałał miłością do Zachodu.

"Gdziekolwiek za granicą bym nie był - mawiał - zawsze się czuję obco i zawsze się czuję źle. I zawsze, prawdę mówiąc, chcę jak najszybciej wracać do domu”. Nie pociągało go Hollywood.

W Ameryce jest coś, co mi bardzo nie odpowiada - mówił. - To jest gadanie o niczym z dobrym, zdecydowanie dobrym, a nawet bardzo dobrym samopoczuciem. Spotykam mojego amerykańskiego agenta i pytam go: "jak się masz?". On zawsze mówi: "extremely well". Już nie może być "ok", czy "well". Musi być "extremely well". Ja tymczasem nie jestem "extremely well". A nawet w ogóle nie jestem "well". Po prostu jestem: "so-so”.

Pesymizm

Zawsze widział szklankę do połowy pustą. „Ja mam bardzo dobrą cechę charakteru polegającą na tym, że jestem pesymistą – mówił żartobliwie. - Wszystko sobie wyobrażam jak najgorzej. Przyszłość to jest dla mnie czarna dziura. Jeśli się czegokolwiek boję, to boję się przyszłości”.

Bóg? Pobudka!

Plakat Andrzeja Pągowskiego, fot. GAPLA. Rzadko mówił o własnej religijności. Kiedy po premierze „Bez końca” Krzysztof Kłopotowski w recenzji dla katolickiego pisma napisał, iż Kieślowski nie jest żadnym katolikiem i ostrzegał, by publiczność nie dała się nabrać na jego udawaną metafizykę, poczuł się strasznie dotknięty. Po latach obracał to w żart, ale zawsze czuł się człowiekiem spoza Kościoła, rzeczywistość dogmatów i prostych odpowiedzi na eschatologiczne pytania.

W połowie lat 90-tych w wywiadzie dla francuskiej telewizji zapytano go: „Gdyby Pan,twórca „Dekalogu”, umarł i po śmierci trafił do nieba, jak Pan myśli, co by powiedział Bóg? Odpowiedział: „Gdybym tam trafił ,musiałbym go obudzić. Bo jeżeli tam jest, to śpi. Powiedziałbym mu: Obudź się! Zobacz, co się dzieje!”

 

Bartosz Staszczyszyn 19.12.2013

Źródła:

  • Krzysztof Kieślowski, "Autobiografia", opr. Datuna Stok, Kraków 2006 r.
  • Stanisław Zawiśliński [red], "O Krzysztofie Kieślowskim: refleksje, wspomnienia, opinie", Warszawa 1998 r.
  • Stanisław Zawiśliński, "Kieślowski: ważne, żeby iść", Warszawa 2005 r.
  • Mikołaj Jazdon, "Dokumenty Kieślowskiego", Poznań 2002 r.
  • "Krzysztof Kieślowski: I'm So-So", reż. Krzysztof Wierzbicki
  • "Still alive. Film o Krzysztofie Kieślowskim", reż. Maria Zmarz-Koczanowicz