Dziesięcioosobowy warszawski zespół, który przeszczepia na polski grunt funkową mitologię Parliament-Funkadelic.
Początki P.Unity sięgają 2005 roku, kiedy gitarzysta Maciej Sondij i wokalista Jędrzej Dudek zaczęli wspólnie wykonywać covery swoich ulubionych wykonawców. Mieli wówczas trzynaście, może czternaście lat i tak naprawdę dopiero uczyli się grać. Funkcje jakie obierali w grupie wynikały raczej z potrzeby chwili niż z doświadczenia, bo tego ostatniego po prostu nie było. Powstawanie P.Unity było więc długotrwałym procesem i pierwsze muzyczne próby od pierwszych nagrań dzieliły długie lata. – W rzeczywistości nie ma jasnego, historycznego momentu "założenia zespołu" – tłumaczy Dudek. – Tego składu nikt nie zakładał w sensie zbierania konkretnych ludzi skupionych na konkretnej muzycznej stylistyce. Nawet nazwa ewoluowała wraz ze zmianami zachodzącymi w zespole. Fakt, że P.Unity skrystalizowało się pod tą nazwą i z tym stylistycznym profilem jest wynikiem naturalnego i dość spontanicznego muzycznego rozwoju.
Na wspomniany profil składają się przede wszystkim inspiracje funkową sceną lat siedemdziesiątych, ze szczególnym uwzględnieniem dyskografii zespołów George’a Clintona: Parliament i Fukadelic. Wpływ na twórczość P.Unity z pewnością mieli także artyści związani z neosoulowo-hiphopowym kolektywem Soulquarians, tacy jak Bilal, Erykah Badu czy D’Angelo. Fakt, że polska scena nie cierpiała na klęskę urodzaju w tych stylistykach bynajmniej nie działał na muzyków deprymująco. – To się dotarło samoistnie, więc na żadnym etapie nie było myśli o tym, czy projekt z takim lub innym profilem wypali lub nie – wspomina Dudek. – Mieliśmy idealistyczne, nastoletnie podejście. Uznawaliśmy, że muzyka, którą lubimy jest najlepsza i oczywiste było, że wszyscy chcą jej słuchać. W kwestiach muzycznych naprawdę zupełnie nie myślimy o tym czy coś się przyjmie, czy nie.
Warto dodać, że nazwa P.Unity odnosi się nie tylko do muzyki, lecz także do filozofii czy też mitologii, która towarzyszyła albumom nagrywanych przez zespoły Clintona – afrofuturystycznej wizji świata wyrosłej z literatury Ishmaela Reeda, którą określa się mianem Mitologii P-Funk.
Dorzuć do kotła!
Zanim P.Unity zadebiutowało epką "Mango", skład zespołu znacząco się rozrósł. Pierwszą płytę grupa nagrała w nonecie – obecnie tworzy ją aż dziesięcioro muzyków. Obok Sondija (gitara) i Dudka (wokal) w skład grupy wchodzą: Miłosz Oleniecki (klawisze), Rafał Dutkiewicz (perkusja), Adrian Manowski (bas), Michał Łuka (saksofon), Radek Nowak (trąbka), Witold Haliniak (puzon), Sara Jaroszczyk i Weronika Grzesiewicz (wokale). – Poznawaliśmy się zwykle na sali prób, graliśmy razem, rozrastaliśmy się – tłumaczy Dudek. – Zwykle powiększenie składu wychodziło z chęci poszerzenia możliwości brzmieniowych i potrzeby dodawania kolejnych warstw muzycznych.
Mówiąc o procesie kompozytorskim, Dudek używa metafory z kręgu gastronomii, która wyrasta bezpośrednio z filozofii Clintona. – Osobiście bardzo bliskie jest mi podejście traktujące muzykę jak wielki kocioł, do którego nieustannie się dorzuca, z którego wypływają składniki dodane w przeszłości przez innych twórców. Wszystko zlewa się w całość, w której nie chodzi o wkład konkretnych osób, ale o smak całości.
Choć utwory P.Unity rzeczywiście zbierają ostateczne szlify podczas zespołowego grania, za ich szkice odpowiada trójka muzyków. Pierwszy impuls wychodzi zwykle od Sondija, którego propozycje trafiają później do Dudka i Olenieckiego. Jeśli szkice ich przekonują, właśnie w tym trio dopracowywane są kolejne elementy: aranże i teksty. W innym wypadku, pomysły wracają do szuflady.
A pomysłów w P.Unity nigdy nie brakowało, choćby z tego powodu, że dziesięcioro tworzących grupę muzyków udziela się również w innych składach. Nierzadko zakorzenionych w innych gatunkach i scenach. Dudek i Sondij występują w psychodeliczno-soulowym Beluga Stone, Oleniecki gra jazz m.in. z Jazzpospolitą, Dutkiewicz występuje ze Skalpelem, a Jaroszczyk ma na koncie solowe nagrania utrzymane w stylistyce R&B. A przecież to wciąż tylko wycinek wszechstronnej działalności kolektywu. Aktywności, która oczywiście nie pozostaje bez wpływu na P.Unity. – Każdy niesie ze sobą swoją wrażliwość muzyczną i nie da się jej wyciszyć czy wymazać – tłumaczy Dudek. – Też nikt nie próbuje. Nawet, jeśli ktoś wykonuje pomysły innych, bo tak układa się proces komponowania, to przepuszcza je przez własny styl i sposób działania, więc siłą rzeczy wychodzą wpływy każdego z osobna.
Dudek zauważa, że zaangażowanie muzyków w poboczne projekty ma jeszcze jedną korzyść. Ostatecznie zespół działa w określonych stylistycznie ramach, z którego to powodu nie wszystkie pomysły mogą zostać zrealizowane pod nazwą P.Unity. Fakt, że członkowie grupy mają możliwość realizowania swoich idei także w innych składach, sprawia, że łatwiej zachować artystyczną spójność dziesięcioosobowego zespołu.
Energia i logistyka
Debiutancki album P.Unity, zatytułowany "Pulp", ukazał się w 2018 roku nakładem wytwórni U Know Me Records. Podpisanie kontraktu z oficyną historycznie wyrastającą z hiphopowego środowiska i nagranie singla z raperem Kubą Knapem sprawiło, że twórczość funkowej grupy zyskała nową publiczność. Zresztą dla członków P.Unity nigdy nie było to obce środowisko. – Większość z nas słuchała rapu na którymś etapie życia lub słucha go dalej – tłumaczy Dudek. – Zawsze istniały jakieś połączenia między nami a sceną rapową: towarzyskie czy bardziej zawodowe. Część składu grywała w live bandach raperów od Ortega Cartel, przez Eldo po Otsochodzi.
Nadpisz opis powiązanego wpisu
Pierwszy polski rap? Jedni powiedzą Franek Kimono, drudzy przywołają Małe WuWu. O rap otarł się też m.in. punkowy Deuter w piosence "Nie ma ciszy w bloku" z 1987 roku.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
P.Unity, "Pulp", fot. U Know Me
Obrazek
p.unity_front-1000-600x600.jpg
Artysta przyznaje, że po wypuszczeniu utworu z Knapem, na koncertach funkowej orkiestry zaczęli pojawiać się odbiorcy spodziewający się raczej hip-hopu. Pomimo takiego nieporozumienia, wielu z nich wracało na kolejne występy grupy. – To […] niewątpliwa moc dużego składu – niezależnie od preferencji stylistycznych, mało ludzi potrafi się oprzeć energii generowanej w tyle osób – twierdzi Dudek. – Dla dużej części publiczności to też często szok, że zespół może brzmieć zupełnie inaczej na żywo, niż na albumach. Dotyczy to szczególnie publiczności stricte rapowej, która często ma na koncie głównie koncerty grane w składzie: DJ, raper, hypeman.
Rzeczywiście, w środowisku recenzenckim panuje w tej kwestii konsensus: koncerty P.Unity są prawdziwym wydarzeniem. O ich występach Bartek Chaciński pisał na łamach blogu "Polifonia": "Dziewięcioosobowa orkiestra funkowo-soulowo-jazzowa, grająca z zapałem dzisiejszych muzyków skupionych wokół Daptone, z energią Jamiroquai i wdziękiem Prince’a […]".
Jeśli P.Unity biegunowo różni się czymś od młodego George’a Clintona, to z pewnością częstotliwością wydawania albumów. Wynika to z filozofii, która nie pozwala im na wypuszczanie muzyki, dopóki grupa nie będzie miała absolutnego przekonania do jej jakości. Z drugiej strony nie bez znaczenia jest logistyka, która stanowi wyzwanie w przypadku tak rozbudowanych składów. – Materiał na drugi album został zamknięty już w lipcu 2021, a nagrania zakończyliśmy dopiero 2-3 miesiące temu – przyznaje Dudek. – Album już się miksuje, więc mamy cichą nadzieję podzielić się nim na początku 2023 roku.