Wśród ważnych dla siebie projektów artysta wymienia ilustracje do książki Science Fiction Jeffa Vandermeera Unicestwienie:
O ile okładka jest wynikiem jakiegoś tam kompromisu, o tyle ilustracje wewnątrz zostały wszystkie zaakceptowane w takiej formie, jaką zaproponowałem; to cieszy najbardziej przy realizacjach komercyjnych.
Dużą przyjemność przynosi mu współpraca z Teatrem Improwizowanym Klancyk oraz warszawskim Klubem Powiększenie, dla których projektuje plakaty.
Swoboda przy projektowaniu dla nich plakatów jest praktycznie nieograniczona. I efekty wtedy sprawiają obopólną radość.
Inspiracji nie szuka, bo znajduje go sama, jak mówi, nawet zbyt często. Pomysły do zrealizowania musi ustawiać w kolejce i odpowiednio segregować.
Do czego innego służy usłyszana na przystanku rozmowa lub nietypowa obserwacja, do czego innego przyjemność obcowania z filmami Gregga Arrakiego czy literaturą Breta Eastona Ellisa. Wszystko to gdzieś się miesza i trzeba jakoś sprawnie to destylować.
Książki-albumy
Światło na proces twórczy artysty, nie tylko samego Mogilnickiego, rzuciła głośna publikacja jego autorstwa pt. Nie ma się co obrażać. Nowa polska ilustracja z 2017 roku (Wydawnictwo Karakter). Był to album wyjątkowy pod różnymi względami. Po pierwsze, Mogilnicki zaprosił do współpracy ponad 20 znanych polskich ilustratorów, m. in. Macieja Sieńczyka, Annę Goszczyńską, Małgorzatę Herbę, Aleksandrę Niepsuj czy Pawła Jońcę, którzy zaprezentowali ponad 400 kolorowych reprodukcji, częściowo wcześniej niepublikowanych. Po drugie, autor zaprosił ich do opowiedzenia o swojej artystycznej drodze, szkołach, wpływach, ulubionych technikach i planach zawodowych, ale też o twórczych „napędach i blokadach” czy miejscu pracy.
To ostatnie, jak celnie zauważył w recenzji dla „Kultury Liberalnej” Piotr Kieżun, zbliża ilustratorów do redaktorów oraz innych tzw. wolnych zawodów. Wolność pracy w domu niesie jednak zasadnicze wyzwania, choćby dlatego, że przestrzeń zawodowa miesza się z prywatną. Życie i praca stają się w zasadzie jednością, zauważa sam Mogilnicki. Jego nietypowy album podsuwa więc odbiorcy nie tylko nieznane dzieła współczesnych mistrzów polskiej ilustracji, ale też daje szansę na podejrzenie ich przy pracy. Nic dziwnego, że kilkutysięczny nakład rozszedł się w całości i krótkim czasie.