Małgorzata Turewicz-Lafranchi to artystka w Polsce jeszcze nieodkryta. Rzeźbiarka, w latach 80. studiowała na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Brała udział w zrywie Nowych Dzikich, wystawiała pośród śmietanki towarzyskiej w Pracowni a później Galerii Dziekanka, współpracowała z Andrzejem Bonarskim, wyjeżdżała na zachodnie stypendia. Mimo że jej kariera nabierała tempa, pod koniec lat 90. artystka zniknęła z polskiego świata sztuki. Kim jest i jaka jest jej historia?
Małgorzatę Turewicz-Lafranchi w zależności od miejsca nazywają różnie: dla przyjaciół z Polski jest Małgosią, dla Szwajcarów, nieobytych ze słowiańską wymową, staje się niezręczną „Malgorcatą”, a sąsiedzi wołają za nią „Margherita! Tutto bene?”. Z każdym z tych imion wiąże się historia, bo też droga artystki była kręta − zaczęła się w Szczecinie, dalej biegła przez Warszawę, Dornach, wreszcie po Ticino – włoskojęzyczną część Szwajcarii, gdzie mieszka do dziś.
Artystkę poznałam w Warszawie w 2022 roku, a niniejszy artykuł stanowi podsumowanie ostatnich lat wspólnych rozmów i studiów nad twórczością artystki.
*
W 1961 roku w śródmiejskim domu w Szczecinie, blisko parku Kasprowicza, parze nauczycieli urodziła się córka − Małgorzata. Matka prowadziła zajęcia techniczno-praktyczne, a ojciec uczył matematyki. Mimo że jej historia dowiedzie inaczej, w młodości Turewicz-Lafranchi myślała, że będzie naukowczynią. Uczęszczała do liceum matematyczno-fizycznego, gdzie zachęcona przez nauczycielkę plastyki w 1979 roku przystąpiła do olimpiady z historii sztuki. Została finalistką, a jej praca o esencjonalnym designie Shakersów zdobyła drugie miejsce w Polsce. Sukces ułatwił jej dostanie się na studia: wybór padł na Wydział Architektury Wnętrz na stołecznej Akademii Sztuk Pięknych. Swoją decyzję motywowała przekonaniem, że były to studia nowoczesne i wychodzące poza ramy jednej dziedziny: obok malarstwa czy rzeźby studenci mogli także robić filmy oraz rozwijać swoje zainteresowania instalacją. Z Akademii Turewicz wspomina kilka osób i miejsc, które w szczególny sposób wywarły wpływ na jej dalsze losy: są wśród nich profesorowie Andrzej Dłużniewski oraz Henryk Wiśniewski, a także Pracownia Dziekanka − galeria studencka powstała w latach 70., miejsce towarzyskiego fermentu, gdzie młodzi artyści próbowali swoich sił artystycznych wraz ze starszymi, bardziej doświadczonymi członkami sceny artystycznej Warszawy.
Artystka wspomina jedno z uczelnianych zadań:
Text
Profesor Wiśniewski uczył nas myślenia fenomenologicznego, co miało nam się później przydać w projektowaniu. Zadanie było proste: mieliśmy wybrać sobie jedną profesję i pokazać ideę przestrzeni tejże. Oczywiście nie chodziło o zrobienie zwykłego modelu wnętrza. Ja wybrałam fryzjera i stałam przed zadaniem pokazania idei fryzjerstwa. To była wiosna, trwał stan wojenny, myślałam o napięciach w społeczeństwie. Owocem moich rozmyślań była praca Napięcie, którą zrealizowałam na wewnętrznym dziedzińcu Pracowni Dziekanki. Z pomocą koleżanki podwiesiłam swoje włosy nitkami do balustrad − tak powstała fryzura-aureola, którą Tomek Sikorski uchwycił na zdjęciu. Tej dokumentacji użyłam do zadania o fryzjerze.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Małgorzata Turewicz Lafranchi, Napięcie, 1982, fot. dzięki uprzejmości artystki
Jako młoda artystka Turewicz interesowała się happeningiem i sztukami performatywnymi, konceptualizmem oraz (krótko) malarstwem. Była członkinią grupy performance zainicjowanej przez Mela Somerowskiego, a później kontynuowanej przez performerów: Joannę Cibę, Marię Lewandowską oraz Grzegorza Piątkowskiego. Jeździła na warsztaty oraz spektakle Grotowskiego, przyjaźniła się z regularnymi bywalcami Dziekanki − Akademią Ruchu.
Podczas studiów tworzyła prace eksplorujące zagadnienia z fizyki oraz matematyki, interesowały ją uwikłania kwantowe, czarne dziury czy ciąg Fibonacciego. Jak sama wspomina, była zainteresowana zgłębianiem tajemnic Wszechświata i ta fascynacja doprowadziła ją do profesor Haliny Tomasik. W ramach programu wolnych studiów podczas strajków studenckich poprzedzających stan wojenny profesor Tomasik, ucząca przyszłych architektów wnętrz matematyki, zainicjowała wykłady o antropozofii. Wpierw na Akademii, później w prywatnym mieszkaniu pani Halina wraz z grupą najbardziej pilnych studentów analizowali filozofię Johanna Wolfganga von Goethego i studiowali wykłady Rudolfa Steinera. Spotykali się przez kolejne kilka lat, aż w grupie pozostały jedynie dwie najpilniejsze studentki. Jedną z nich była Turewicz.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Małgorzata Turewicz-Lafranchi, Pomiędzy smutkiem a ekstazą, 1995, fot. dzięki uprzejmości artystki
W połowie lat 80., czasie po stanie wojennym, polityka partyjna pozwalała na większą swobodę. Artyści coraz częściej mieli okazję wyjeżdżać na zachód: na stypendia, wymiany, konkursy – rzecz nie do pomyślenia jeszcze na początku dekady. W 1985 roku Turewicz po raz pierwszy wyjechała do Szwajcarii, z którą w przyszłości finalnie się zwiąże. Zaraz po dyplomie wyjechała na roczne stypendium do Dornach, kontynuować naukę w Goetheanum − duchowym epicentrum społeczności antropozofów. Artystka wróciła z Dornach ogromnie zainspirowana:
Text
Antropozofia dawała mi nadzieję, że możemy te tajemnice [Wszechświata] zgłębiać. Filozofia Steinera oraz to, w jaki sposób opisywał świat, oferowały intuicyjny język, który dawał wgląd w więcej, niż się dotychczas wydawało, że jest możliwe.
Podczas wyjazdu Turewicz zgłębiała podstawy eurytmii, Sprachgestaltung – ćwiczenia mowy teatralnej, rzeźbę oraz malarstwo podług dogmatów obowiązujących w Goetheanum. Jednocześnie rosło w niej postanowienie o indywidualnym korzystaniu z tych inspiracji. Po powrocie do Polski kategorycznie porzuciła łatkę artystki antropozoficznej. Stworzyła nowe prace malarskie, które Andrzej Bonarski, w latach 80. postać kluczowa dla rozwoju polskiego rynku sztuki, postanowił wystawić. Tak doszło do organizacji pierwszej dużej solowej wystawy Turewicz w pawilonie SARP w 1988 roku. Żywność na święto to pokaz „malunków” − obrazów-rysunków, często stanowiących punkt wyjścia do jej późniejszych rzeźb. Epizod malarski był krótki, niemniej esencjonalny. Stanowił podsumowanie ówczesnych zainteresowań artystki, był swego rodzaju elementarzem form i idei eksplorowanych w następnej dekadzie.
Kolejne lata przyniosą artystce dynamiczny rozwój kariery. Małgorzata Turewicz znalazła swoje medium, które będzie eksplorować przez kolejne dekady. Jej pierwsza stricte rzeźbiarska wystawa pod tytułem Zawsze przy mnie stój odbyła się ówczesnej Galerii Rzeźby w Warszawie (dzisiejszej Galerii XX1). Następnie między 1990 a 1995 rokiem artystka wystawiała swoje prace aż 20 razy w kraju oraz za granicą, w tym osiem razy indywidualnie. Jej solowe ekspozycje z tego czasu to kolejno: Do rany przyłóż w warszawskiej Galerii Dziekanka (1990), Apetyt na kamienie w BWA Zamek w rodzimym Szczecinie (1990), Jak na górze tak i na dole w Galerii Laboratorium CSW Zamku Ujazdowskiego (1992) w Warszawie, Chińczyk w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie (1992), Prace w Galerii Arsenał (1992) w Białymstoku, potem w BWA Galeria Stara w Lublinie (1993) oraz w Galerii Zderzak w Krakowie. To imponujące kalendarium dowodziło zainteresowania pracami artystki, które w swojej formie były zdecydowanie różne od tego, co wybiło się jako dominujący ruch w sztuce polskiej lat 90., tj. sztuka krytyczna.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Małgorzata Turewicz-Lafranchi, Lazarus, 1992, Orońsko, fot. dzięki uprzejmości artystki
W 1995 roku rzeźbiarka, już jako Turewicz-Lafranchi, pokazała swoje prace w Oranżerii Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku. Na pięknych zdjęciach autorstwa artystki możemy oglądać grupy rzeźb − metalowych pionków z blachy, mosiądzu oraz miedzi. Prace te stanowiły kulminację zainteresowań artystki z tego okresu:
Text
Inspirowały mnie baśnie i bajki, w sposób symboliczny pokazujące życiowe inicjacje, różnorakie próby. W szczególności pojawiający się motyw trzech metali, w postaci monet lub pucharów: srebro, złoto i miedź. W zależności od tego, jak bohater baśni ich użyje, rezultat będzie różny. W tym czasie [początek lat 90. – przyp. ZW], kiedy używałam kolorowych metali, chodziło mi o grę poziomów widzenia świata i różnych intensywności kontaktowania się z rzeczywistością. Trzy różne metale symbolizują właśnie trzy poziomy.
[…]
Interesowałam się również symboliką gier. Szczególnie naszej prostej gry „chińczyk”, w którym wszystko wydaje się takie proste. Chodzi przecież o los i szczęście. A przecież tak zupełnie nie jest.
[…]
[O rzeźbie Pomiędzy smutkiem a ekstazą – przyp. ZW] Ta praca przedstawia początek gry, kiedy jeszcze wszystko jest możliwe. Robiłam tę pracę w Szwajcarii, gdzie przebywałam na półrocznym stypendium.
Podczas wspomnianego stypendium poznała swojego partnera życiowego, pochodzącego z Ticino wydawcę literatury anarchistycznej Fiorenza Lafranchi. W 1993 roku para przywitała na świat syna Olka. Niedługo po tym doszło do tragedii – artystka straciła męża. Emigrowała do Szwajcarii i przez kilka następnych lat nie wracała do Warszawy. Jej kariera, rozwijająca się prężnie według polskich standardów, nie znaczy dużo dla zachodniego, szwajcarskiego świata sztuki. Od tego czasu Turewicz-Lafranchi będzie zmagać się „z wpadaniem w szczeliny kanonów sztuki”, rozdarta między dwa kraje. W Polsce już zawsze będzie tą, która wyjechała do Szwajcarii. W Szwajcarii zaś, słynącej z zamknięcia i ekskluzywności, pozostanie tą z Polski o trudnym do wymówienia imieniu.
Styl wyświetlania galerii
wyświetl slajdy
Małgorzata Turewicz-Lafranchi do dziś pozostaje aktywną artystką. Od czasu wyjazdu z kraju jej twórczość znacznie się rozwinęła − rzeźbiarka otworzyła się na wpływy sztuki zachodniej, eksplorowała minimalizm oraz geometryzm. Miała epizody pracy z land artem, interweniując w Szwajcarskie krajobrazy (Billboard, 2005), z fotografią (Adonis’ Garden, 2007; Love me do, 2008; Miss you, 2008) oraz wideo (Kalejdoskop 2008). Nieprzerwanie rzeźbi, odchodzi jednak od używanych wcześniej materiałów. W jej pracach pojawiły się plastik (Łańcuch alpejski, 2003), wata stalowa (Kokony, 2003), kable (Rozróżnienie, 2005; Kłębek Nerwów 2020), różnego rodzaju siatki (Pułapki, 2016; Meteoryty. 2016), gąbki (Początek, 2019) i rurki (Mały kłębek, 2024). Słowem, materiały industrialne, używane często na budowach. W jej sztuce z XXI wieku widać silne wpływy włoskiego nurtu arte povera.
W 2026 roku otworzyła się wystawa retrospektywna Małgorzaty Turewicz-Lafranchi Pramateria w Erich Lindenberg Art Foundation w szwajcarskiej wiosce Porza, którą miałam okazję zobaczyć. To pierwszy tego typu pokaz w Szwajcarii. Poprzednie retrospektywy − Prace Ręczne oraz Uwikłanie − odbyły się w Polsce: w 2015 roku w szczecińskiej Zonie Sztuki Aktualnej oraz w 2023 roku w CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie. Przy okazji Pramaterii artystka podzieliła się swoimi najnowszymi dziełami. Moją uwagę przykuły w szczególności: wykonana z dibondu Poligamia (2025) oraz drewniana Łyżwa (2025). Pierwsza z rzeźb ukazuje nienaturalnie dużych rozmiarów formę do robienia maślanych ciasteczek, używaną przez matkę artystki. Druga, również przerysowanego rozmiaru, przedstawia krzywik, narzędzie wykorzystywane przy sporządzaniu rysunków technicznych w celu poprawnego wykreślenia linii krzywych. Oba przedmioty „urosły” do rangi obiektów magicznych, bowiem Turewicz za ich pomocą przywołuje i zamyka w formalnej prostocie wspomnienie dziecięcej wyobraźni. A dokładnie momentu ekscytacji, którą czuła jako dziecko, kiedy pofalowane ciasto przeciśnięte przez formę stawało się ulubionym deserem albo kiedy krzywik przymocowany za pomocą sznurka do butów stawał się łyżwą. Są to piękne prace o pamięci i czasach dzieciństwa.
Format wyświetlania obrazka
standardowy (864px desktop)
Małgorzata Turewicz Lafranchi, Łyżwa, 2025, fot. G. Gianini / Fondazione Erich Lindenberg, Porza
Ważnym elementem wystawy były także szkice artystki pokazane w zacisznym skrzydle biblioteki fundacji. Zostały zebrane i wydane w solidnie przygotowanym i pięknie wydanym katalogu wystawy. Prace te, abstrahując od ich teoretycznego wymiaru, mają w sobie dużo napięcia i energii. Są rysowane szybko, intuicyjnie, jakby obrazy same chciały wyrwać się artystce z głowy.
Kiedy przyjechałam po raz pierwszy do domu Małgorzaty Turewicz-Lafranchi w Giubiasco, moją uwagę zwróciła praca w kunsztownej drewnianej ramie. Za szkłem wisiał prostokątny, papierowy talerzyk – taki, z którego każdy z nas jadł kiedyś frytki nad morzem. Joseph Beuys, autor dzieła, niewyraźnym pismem ołówka napisał na nim zdanie: „Ich ernähre mich durch Kraftverguedung”. W wolnym tłumaczeniu: „odżywiam się traceniem energii”. Nieoficjalne jest to życiowe motto artystki. W twórczości Małgorzaty Turewicz-Lafranchi widzę właśnie ten proces wymiany: przyjmowanie i oddawanie siły witalnej.