Kompozytorka, pianistka, wokalistka, autorka tekstów i nieoczywistych piosenek, w których pobrzmiewają zarówno jej szkolne doświadczenia w zakresie klasyki i jazzu, jak i ciągoty w stronę muzycznej alternatywy.
Tym, co z pewnością wyróżnia Maję Laurę i jej podejście do tworzenia, jest nieuznawanie kompromisów – dążenie, które realizuje się na dwóch poziomach. Po pierwsze artystka swoje nagrania wydaje sama. Nie ukrywając przy tym, że duże wytwórnie, jak chociażby Kayax, odrzuciły jej debiut, uznając go za zbyt awangardowy. Kompozytorka nie stara się przypodobać także dziennikarzom, twierdząc na swojej stronie internetowej, że radiowe redakcje bały się puszczać jej piosenki na swoich falach. Tym, być może zuchwałym, hasłom towarzyszą muzyczny idealizm i codzienna praca, które sprawiły, że ukazujące się nakładem Maja Laura Records nagrania powoli, powoli trafiają do szerszej świadomości.
W przypadku Laury „stawianie na swoim” można rozumieć także jako pisanie własnej historii w oderwaniu od kariery ojca – Krzysztofa Jaryczewskiego, pierwszego wokalisty Oddziału Zamkniętego. Dlatego też artystka nie eksponuje swojego nazwiska, a wspólnych wywiadów z tatą zaczęła udzielać tylko po to, by popularyzować wiedzę na temat uzależnień i olbrzymich kosztów, z jakimi się wiążą. Swoją artystyczną drogą artystka podąża jednak sama, a jeśli rodzina miała na nią wpływ, to głównie w tym sensie, że dała jej dom wypełniony muzyką. Jak wspomina:
Text
Ona była dla mnie jak oddychanie, od zawsze. I tak jest do dzisiaj, co chyba już ostatecznie zaakceptowałam. Miałam moment, kiedy chciałam sprawdzić, czy uda mi się żyć bez muzyki, ale nie wyszło. Zorientowałam się wtedy, że to nie jest dla mnie coś zewnętrznego, tylko że jestem z nią zrośnięta, że ogromna część mojej tożsamości to właśnie muzyka – czy tego chcę, czy nie. Dzisiaj myślę, że to piękne.
Ambicja i czarna dziura
Kiedy inne dzieci otaczały się zabawkami, Maja Laura bawiła się mikrofonami, instrumentami – nie tylko tymi należącymi do ojca, bo ważne było także babcine pianino. Nic więc dziwnego, że szybko postawiła na muzyczną edukację. Miłości do dźwięków towarzyszyło jednak umiłowanie niezależności, co sprawiło, że jej relacja ze szkołą była bardzo złożona. W rozmowie z Bartoszem Nowickim dla „Dwutygodnika” tak wspominała naukę gry na fortepianie w stylu klasycznym: „Nazwałabym to czarną dziurą. Bardzo stresowało mnie granie klasyki pomimo mojego zamiłowania do twórczości niektórych kompozytorów, zwłaszcza Chopina, Rachmaninowa czy Bacha. Lubiłam grać te rzeczy, ale bardzo stresował mnie system oceniania i egzaminowania. Konkursy, strach, aby nie pomylić nawet jednej nuty”.
Z drugiej strony to właśnie szkoła muzyczna okazała się niezmiernie pomocna, kiedy niezdiagnozowana choroba afektywna dwubiegunowa oraz trudna sytuacja rodzinna popchnęły ją w stronę substancji psychoaktywnych.
Text
Bycie w muzycznym rytmie, czyli w planach nagraniowych, koncertowych, czy po prostu szkolnych, później akademickich, trzymało mnie w ryzach. Również w tych najtrudniejszych momentach. Myślę, że to chodzi o fascynację. To jej zawdzięczam przetrwanie. Kolejne pomysły tworzą się we mnie same, nigdy nie narzekałam na ich brak. Jestem bardzo wdzięczna, że mam w głowie jakąś taką małą fabrykę.
Choć artystka przyznaje, że były lata, kiedy jej pierwszym lekarstwem na ból były narkotyki, nie muzyka, to nigdy nie dopuściła do tego, by z powodu uzależnienia nabawić się problemów w szkole. Jak przyznaje, jako osoba uzależniona umiała świetnie lawirować, ukrywać swoje problemy. „O dziwo nigdy realnie zagroziło mi żadne wydalenie ze szkoły – myślę, że nikt nie podejrzewał wzorowej uczennicy o tego typu historie, a szkoda. Więc z jednej strony była miłość do muzyki i ambicja naukowa, a z drugiej wciągała mnie czarna dziura”.
Muzyka i mury
Po ukończeniu szkoły średniej Maja Laura rozpoczęła naukę na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Podjęła studia na kierunku Jazz i muzyka estradowa, gdzie rozwijała się jako pianistka pod okiem Włodzimierza Nahornego i Sławomira Jaskułke. Niedługo później rozpoczęła także studia z zakresu kompozycji pod okiem Pawła Mykietyna. Jak przyznaje, choć dorobek tych twórców miał duży wpływ na taki właśnie wybór specjalizacji, znaczenie miały nie tylko nazwiska pedagogów: „Na jazz poszłam szukać artystycznej wolności, ale się przeliczyłam. Na kompozycji szukałam tego samego – z podobnym skutkiem. Nauczyłam się w tych murach wiele, mogłam obcować z ikonami, które były dla mnie inspiracją. Są do dzisiaj. Ale to jednak były mury. A uważam, że to niedobrze, by muzykę otaczać murem”.
Z semestru na semestr Maja Laura zauważała, że obrany przez nią artystyczny kierunek coraz bardziej odbiega od tego, który próbuje narzucić jej akademia. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego tuż przed dyplomem licencjackim rzuciła studia. Stan zdrowia artystki wyraźnie pogorszył się po śmierci jej mamy. „Byłam w bardzo ciężkiej depresji. Zaczęły się zwolnienia lekarskie, długie okresy niedyspozycji, a jednocześnie było dla mnie najważniejsze, by muzycznie tworzyć i nagrywać, a nie chodzić na zajęcia. To było dla mnie oczywiste ustawienie priorytetów w świetle mocno ograniczonych zasobów. Niestety, Akademia też nie wsparła mnie w tamtym czasie”.
Choć artystka opuściła uczelnię, to nie porzuciła klasyki. Przyznaje, że do dzisiaj ma głęboko w sercu muzykę rozbrzmiewającą za jej murami. Najczęściej słucha nagrań Feldmana, Prokofiewa, Chopina czy Pendereckiego, a sama w domu najchętniej wykonuje klasyczny repertuar. Niemniej, jak podsumowuje, „ten świat za wiele zabierał, a za mało ofiarowywał”.
Być może pianistce było łatwiej zrezygnować z akademii o tyle, o ile za jej murami zacieśniała się współpraca z inną ikoną. Jeszcze podczas studiów, w 2020 roku, Laura dołączyła do nowego składu Ścianki – kultowej formacji polskiej alternatywy, nieustająco dowodzonej przez Macieja Cieślaka. „To było spełnienie nastoletnich marzeń. Zawsze chciałam mieć taki zespół. Spełniło się, ale trwało to krótko, z różnych powodów. Czułam się tam zrozumiana muzycznie, a niewiele jest miejsc i ludzi, wśród których czuję się pod tym względem zrozumiana. Do dzisiaj na palcach jednej ręki mogę policzyć muzyków, z którymi naprawdę się rozumiem”.
Emocjonalne improwizacje i nieoczywiste piosenki
Nic więc dziwnego, że Maja Laura zaprosiła Cieślaka do współpracy przy swoim debiutanckim albumie, który, zatytułowany Bardo, ukazał się w końcu wiosną 2022 roku. Artystka próbowała zainteresować materiałem różne wytwórnie, ale jednocześnie nie zgadzała się, by potencjalny wydawca ingerował w materiał, którym żegnała zmarłą niewiele wcześniej mamę. „Każdy chciał coś zmieniać, przede wszystkim było to dla tych ludzi zbyt eksperymentalne. A ja, jeśli chodzi o materiał z Bardo, nie mogłam zmienić niczego, było to dla mnie zbyt ważne i osobiste. Zderzyłam się ze ścianą. Zabrałam zabawki i zrobiłam to sama”.
Debiut Mai Laury nie spotkał się może z szerokim odzewem, natomiast ci recenzenci, którzy go zauważyli, wypowiadali się o nim bardzo entuzjastycznie. Symptomatyczne wydaje się, że na łamach magazynu „Vogue” docenił go Adam Suprynowicz – związany z Dwójką krytyk, specjalizujący się na co dzień w klasyce i muzyce współczesnej. W swojej recenzji dziennikarz nie szczędził debiutantce pochwał: „...coś kusi, żeby zacząć słuchanie od początku, pobyć jeszcze w tym stanie i dobrze zapamiętać płytowy debiut Mai Laury. Jeden z najciekawszych, najbardziej uskrzydlonych, jakie przyniosły ostatnie miesiące”. W podobnym tonie pisał Jarek Szubrycht, który na łamach „Gazety Wyborczej” przymierzał album do tytułu „debiut roku”.
Dwa lata później do tej płyty powrócił Bartosz Nowicki, który na łamach „Dwutygodnika” również nazywał Bardo jednym z najciekawszych polskich debiutów ostatnich lat i pisał: „Słychać na nim te wszystkie muzyczne przystanki, które kolejno odhaczała artystka. Awangardowe pasaże, jazzowe suity, nieoczywiste piosenki (do dziś kojarzące mi się z kompozycjami Julii Holter) spaja tu nastrój głębokiej zadumy”.
Jeśli debiut artystki zrodził się z cierpienia, to jego następca – z miłości. Takim właśnie uczuciem Maja Laura darzy muzykę jednego z jazzowych gigantów – Theloniousa Monka. Dzięki wsparciu Narodowego Centrum Kultury artystka nagrała płytę Monk, My Dear (Maja Laura Records, 2024) z autorskimi aranżacjami utworów amerykańskiego pianisty. Jego utwory pianistka rozpisała na oktet, a w studio nagrań pracowała nad nimi z Kamilą Drabek (kontrabas), Teo Olterem (perkusja), Łukaszem Korybalskim (trąbka), Dominikiem Strycharskim (flety), Krzysztofem Hadrychem (gitara), Krzysztofem Kuśmierkiem (saksofon tenorowy) i Jakubem Klemensiewiczem (saksofon barytonowy). Na łamach „Ery Jazzu” tak pisał o tym albumie Dionizy Piątkowski:
Text
Powstała […] płyta stanowiąca znakomity zapis emocji oraz kreatywnej wolności wrażliwych artystów. Kompozycje Theloniousa Monka (od Ruby, My Dear po kultowy Round Midnight i Straight, No Chaser) stają się dla muzyków septetu [sic!] doskonałą bazą do budowania własnych koncepcji: z pełnym szacunkiem do jazzowej tradycji, reżimu kompozycji oraz naturalnej, emocjonalnej improwizacji.
W stronę popkultury
W tym samym roku Maja Laura napisała utwór promujący film Minghun w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. Kompozytorka przyznaje, że o tworzeniu na potrzeby dziesiątej muzy zaczęła myśleć późno, bo dopiero podczas studiów pod wpływem Mykietyna. Artystka zauważa, że z jednej strony to jej wymarzona praca, bo może siedzieć w domu sama i po prostu pisać muzykę. Z drugiej strony, zdaje sobie też sprawę, że w tym fachu trzeba często porzucić bezkompromisowość, z którą czuje się przecież najlepiej.
W odróżnieniu od zdominowanego przez język angielski Bardopiosenkę Minghun Laura napisała po polsku. W 2025 roku poszła niejako za ciosem, wydając epkę Czerwone Słońce – najbardziej popową płytę w swoim dorobku, którą w całości zaśpiewała w rodzimym języku.
Text
Uważam, że w momencie, w którym moje myśli skorelowane z uczuciami żyją we mnie w języku polskim, to tylko on jest w stanie w pełni wyrazić to, co czuję. Inaczej mam wrażenie, że esencja przekazu się ulatnia. Ostatnio piszę tylko po polsku, ale pewnie angielski wróci. A mam nadzieję, że też inne języki. Marzę o płycie, na której pośpiewam po francusku.