To, co w wersji Tomaszewskiego jest chyba najbardziej dojmujące, to zręcznie wpleciony w dramaturgię przeszywający humor. Komediowa forma może być – i tutaj akurat jest – dużo ostrzejsza niż tragedia, bo w bezpośredni sposób demonstruje kruchość, chaotyczność, przypadkowość rzeczywistości. Powtarzalność gagów, scen i gestów, wpisana choćby w formułę stand-upów, często wywleka bowiem na wierzch wpisaną w działania i postawy śmieszność czy bezsens, a publiczności nie przynosi upragnionej ulgi ani katharsis.
U mnie wszystko w porządku zaczyna się od wyjścia z szafy. A właściwie: od sytuacyjnego żartu z tym związanego, bo nad drzwiami, przez które przechodzi Tomaszewski, wisi kartka z napisem szafa. Tyle że sam proces wychodzenia bardziej niż z ujawnianiem swojej orientacji psychoseksualnej (do czego nawiązuje to sformułowanie) wiąże się tu raczej z opuszczaniem pozornie bezpiecznej strefy komfortu i odsłanianiem przed publicznością sfery prywatnej.
Po chwili pada pierwszy kawał, a po nim – śmiech z puszki. Ta emocjonalna proteza, automatycznie przejmująca od widzów ich rozbawienie i śmiech, ujawnia społeczny, zbiorowy, a nie indywidualny charakter humoru oraz kulturowo akceptowalnych sposobów jego wyrażenia. Wykorzystanie dobrze znanego z sitcomów narzędzia służy tu dramaturgicznemu rozmontowywaniu narastających w narracji napięć i budowaniu dysonansu między samą opowieścią o żałobie a teatralnym środkami używanymi do jej przetworzenia. Dlatego śmiech z puszki powraca w U mnie wszystko w porządku wielokrotnie, a wraz z nim – podrzucane w powietrze srebrne konfetti.
Tomaszewski performuje, śpiewa, gra na keyboardzie, tańczy, puszcza bańki mydlane, wspomina zmarłego partnera, jego wizyty u lekarzy – i robi to wszystko, zwracając się wprost do kameralnej, otaczającej scenę z trzech stron publiczności. A tytuł spektaklu, U mnie wszystko w porządku, z każdą chwilą nabiera coraz bardziej gorzkiego wydźwięku, mimo że teksty Bajana pozostają ostre, zabawne i przenikliwe. Pewnie, gdybym zobaczyła pierwszą wersję jego performansu, byłoby mi bardziej do śmiechu, zwłaszcza że w utworach o prokrastynacji czy mechaniku z łatwością rozpoznać można prozę życia (szczególnie: freelancerów i osób pracujących w sektorze kultury), podobnie jak w tym o byciu oszukanym przez wizję świata przedstawianą w bajkach Disneya, kreskówkach czy Magdzie M.
Nie ma jednego dobrego sposobu na przeżywanie żałoby ani opowiadanie o niej. Tomaszewski robi to tak, jak czuje, chce i potrafi – za pomocą choreografii, humoru, ironicznego języka performatywnego, w rytm przebojów Britney Spears, Taylor Swift czy Urszuli. Są tu momenty, w których wyraźnie załamuje mu się głos, są też takie, w których żywa materia spektaklu wymyka się spod kontroli – nie wszystko zawsze od razu wychodzi tak, jak powinno, czasem trzeba coś powtórzyć, zacząć jeszcze raz. Na przykład: piosenkę.