Jest rok 2025 – Dawid Podsiadło wraz z Arturem Rojkiem śpiewa piosenki Myslovitz, T.Love wespół z Krzysztofem Zalewskim są headlinerami Męskiego Grania, Justyna Steczkowska reprezentuje Polskę na Eurowizji, a Edyta Bartosiewicz świętuje trzydziestolecie płyty Sen jubileuszową trasą. Jak widać, nostalgia za latami 90. wciąż ma się dobrze w polskim mainstreamie, więc trudno wyobrazić sobie lepszy moment na publikację książki o historii polskiej muzyki pop tej dekady. Opracowań epoki transformacji od pewnego czasu na krajowym rynku pojawia się pewnie kilka tuzinów rocznie, więc nawet nieco zaskakujący jest fakt, że ta akurat książka pojawia się dopiero teraz.
W publikacji Tomasza Lady scenę pop lat 90. poznajemy jednak przede wszystkim nie oczami artystów – oni w końcu mieli więcej okazji do opowiedzenia swojej historii w licznych wywiadach czy autoryzowanych biografiach – lecz wydawców, menedżerów i ludzi mediów.
To już druga książka tego autora, w której portretuje polską scenę muzyczną, sięgając po formułę historii mówionej. Pierwszą była Zagrani na śmierć (2022) – opowieść o trzech zasłużonych dla krajowej alternatywy postaciach (Dariuszu „Skandalu” Hajnie, Januszu Rołcie i Robercie Sadowskim), do których przedwczesnej śmierci przyczyniła się siejąca spustoszenie w transformacyjnej Polsce heroina. O ile jednak w tamtej książce mieliśmy galerię wyrazistych postaci i zajmujące, gęste opowieści świadków wydarzeń, tutaj niektóre historie o kulisach przystosowywania się polskiego szołbizu do realiów rynkowych bywają wygładzone i bezbarwne jak wiele radiowych powerplayów z tego okresu – chociaż mowa o dekadzie, o której można powiedzieć wszystko, lecz na pewno nie to, że była pozbawiona kolorytu. Trudno o to obwiniać autora – podejrzewam po prostu, że wiele intrygujących opowieści nie zostało wypowiedzianych na głos lub pojawiły się w wywiadach off the record. Zresztą wiele z pierwszoplanowych postaci ówczesnego rynku muzycznego nie chciało się wypowiedzieć (Lada na dowód przytacza w książce maile, które im wysyłał) – to między innymi Kuba Wojewódzki (w owym czasie m.in. redaktor naczelny miesięcznika „Brum”) czy współtwórczyni wytwórni Izabelin Studio, Katarzyna Kanclerz, która przyczyniła się do sukcesów Heya, Edyty Bartosiewicz, Kasi Kowalskiej czy Ich Troje. Tak samo żadna ze stron – ani Piotr Klatt, lider Róż Europy, ani właściciel wytwórni Eska, nieżyjący już Krzysztof Szwed – nie chciała opowiedzieć o kulisach sensacyjnego kontraktu z zespołem na wydanie płyty Poganie! Kochaj i obrażaj (1992), który zwiastował pojawienie się na rynku fonograficznym dużych pieniędzy i wedle medialnych doniesień opiewał na miliard złotych (na stare).
Mimo to łatwo się w ten wielogłos wciągnąć. Jedna z moich ulubionych historii z książki dotyczy tego, jak do zespołu Varius Manx trafiła Anita Lipnicka. Nie będę tu za wiele zdradzał, ale swoją rolę w wydarzeniu, które zmieniło oblicze polskiego popu, odegrało między innymi kino Hawana w Piotrkowie Trybunalskim, łódzkie zakłady odzieżowe wraz ze spółką handlu zagranicznego Bartimpex i dom kultury w syberyjskim Tiumeniu.
Świetne są też fragmenty o ówczesnych mediach, relacjach redakcji z wytwórniami (czasem urągających zasadom etyki dziennikarskiej), szczególnie zaś o drodze, jaką przeszli giganci krajowej radiofonii – RMF, Radio Zet i Eska – od rozgłośni działających na wariackich papierach po (parafrazując pojawiającą się w książce wypowiedź Piotra Metza) „szafy grające do sprzedaży reklam”. Szokujące są też historie o wszechwładzy ówczesnych medialnych decydentów – jak o tym, że RMF wymógł na zespole Myslovitz przearanżowanie jednego ze swoich singli, żeby był bardziej radioprzyjazny. Albo opowieść o tym, jak radiowymi playlistami zaczęły rządzić badania fokusowe piosenek:
Miałem kiedyś problem z umieszczeniem pewnego utworu w dużej stacji komercyjnej. Rozmawiam o tym z bardzo ważnym człowiekiem z tej stacji, a on mi mówi coś takiego: „No, zagralibyśmy ten utwór od ciebie, ale w badaniach wyszło mu siedemdziesiąt procent ocen bardzo dobrych i trzydzieści negatywnych”. Ja na to, że super, świetny wynik i w ogóle, a więc dlaczego go nie gracie? Jaki wynik jest dla was dobry? A on, że dla nich idealny wynik to pięćdziesiąt procent ocen dobrych i pięćdziesiąt obojętnych. Dziwię się i pytam: „Dlaczego?”, a on, że te trzydzieści procent złych ocen oznacza, że trzydzieści procent słuchaczy przełącza się na inną stację.
Wiele jest też tu historii karier typowych dla epoki: jednego dnia jesteś skromnym, acz osłuchanym studentem, nazajutrz zaczynasz współtworzyć polski oddział zachodniego koncernu płytowego, dostajesz audycję w ogólnopolskiej rozgłośni albo zaczynasz pisać do kulturotwórczego czasopisma muzycznego. Nikt w twojej robocie do końca nie wie, jak właściwie powinna funkcjonować taka radiostacja czy gazeta, więc intuicyjnie uczycie się tego metodą prób i błędów.
Jako że oglądamy tu branżę muzyczną od kuchni, to czasem sama muzyka – przesłonięta strategiami marketingowymi i słupkami sprzedaży – gdzieś umyka (choć czasem może to i lepiej). Lada z grubsza odnotowuje jednak najważniejsze trendy, które podchwytywały wówczas wytwórnie – od zachłyśnięcia się grunge’em, przez rozpaczliwe próby wykreowania polskiej odpowiedzi na Spice Girls, po eksplozję folko polo u kresu dekady. Bardziej szczegółowo – i z ich udziałem – zostały opowiedziane historie wykonawców, których przemysł muzyczny przemielił i wypluł: zespołów Latawce, Golden Life i Big Day, a także producenta i rapera (?) Yara. W kategorii powroty gwiazd estrady lat 80. opowiedziana jest historia Białej drogi Urszuli (1996) – i jej tu należy się palma pierwszeństwa – choć bardziej spektakularny (także pod względem artystycznym) zdaje się comeback Beaty Kozidrak (płyta Beata z 1998 roku, która osiągnęła podwójną platynę i wylansowała takie single, jak Siedzę i myślę i Taka Warszawa).
Książka liczy niemal pięćset stron, ale że dużo się wówczas działo, wciąż można wskazać wiele istotnych dla krajobrazu polskiej sceny muzyki pop lat 90. wątków, które zostały ledwie muśnięte lub znalazły się poza tą opowieścią. Od połowy dekady rynek fonograficzny, krzepnący już po wprowadzeniu w 1994 roku ustawy o prawach autorskich, poznajemy z perspektywy wielkich koncernów, a przecież zdarzały się wtedy przypadki wskazujące na to, że poza majorsami również istnieje życie – choćby takie spektakularne strzały, jak Sax & Sex Roberta Chojnackiego (ponoć 1,5 miliona sprzedanych egzemplarzy) wydane przez bytomską wytwórnię Box Music czy Nic nie boli, tak jak życie Budki Suflera (ponad milion sprzedanych egzemplarzy), którego wydawcą była lubelska New Abra. Podobnie z prasą muzyczną – Lada kreśli sylwetki trzech opiniotwórczych redakcji: „Rock’n’rolla”, „Brumu” (i jego technoidalnego odprysku, „Plastiku”) i „Machiny”. To bardzo ważne tytuły (na dwa ostatnie zdążyłem się załapać w młodości, ale daruję sobie rytualne opowieści o tym, w jakich okolicznościach sięgnąłem po raz pierwszy po „Machinę”, czy w której z popowych wokalistek podkochiwałem się skrycie w czasach podstawówki), które z pewnością były łabędzim śpiewem mainstreamowej prasy muzycznej w kraju. Ale skoro mowa o popie, to progiem wejścia do zainteresowania się muzyką i źródłem wiedzy o twórczości idoli były dla rzeszy nastolatków przede wszystkim „Popcorn” i „Bravo”. Co prawda oba tytuły bazowały w dużej mierze na przedrukach z niemieckich wydań, ale z drugiej strony jeśli ktoś chciał dowiedzieć się więcej o chłopakach z Just 5 (o których też jest mowa w książce), to prosił w kiosku o którąś z tych gazet, a nie o nieco snobistyczną „Machinę” czy rockocentryczny „Brum”. Wyobrażam sobie, że insiderskie historie ze tych redakcji to też mogłaby być ciekawa rzecz! Takim wielkim pominiętym wydaje się też lista przebojów 30 Ton z telewizyjnej Dwójki, która odrywała od niedzielnych obiadów tysiące młodych ludzi. Nie dowiemy się również o początkach telewizji muzycznej w Polsce – istniejącej od 1997 roku stacji Atomic TV, którą w 2000 roku wchłonęło MTV Polska (w tym samym roku na antenie pojawiła się także konkurencyjna Viva Polska).
A sam dorobek popowej fonografii tego okresu? Parę fajnych płyt się znajdzie, parę koszmarków też. Najlepiej w książce ten czas podsumowała osoba, która pojawiła się w ówczesnej branży z zewnątrz – Biljana Bakić, która na przełomie wieków była dyrektorką zarządzającą BMG Polska:
Chyba największym zaskoczeniem na początku mojej pracy w Polsce była jednowymiarowość treści muzycznej. Tu wszystko było do siebie bardzo podobne. No i jeszcze wszyscy byli ślepo zapatrzeni w Zachód. Jakby nie doceniali, że Polska to kraj ze swoją kulturą i tradycją. Popularne były smutne gitarowe piosenki. Nie było to robione źle, ale było wtórne i mało oryginalne, pozbawione wyrazu. Dziwiłam się, że na tak głębokim rynku, gdzie jest miejsce na tyle różnych rzeczy, nikt nie próbuje iść pod prąd, nawet nie stara się przełamać schematu, jakby nikt nie miał odwagi zaszaleć. Jasne, coś się pojawiało, jak świetna „Dziewczyna szamana” Justyny Steczkowskiej, ale tych innych, świeżych rzeczy było bardzo niewiele. Ona na tle innych wyglądała i brzmiała jak artystka awangardowa, choć to był po prostu pop. Tyle że zrobiony z pomysłem. Wszystko było bardzo zachowawcze. Chyba dopiero to, co stało się z Kayah i Bregoviciem, spowodowało, że polscy wydawcy zobaczyli, że można działać wbrew schematom, i zaczęli się rozglądać za czymś nowym, innym niż na Zachodzie. [...]
Tomasz Lada, Wszystko jak leci. Polski pop 1990-2000
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025
Liczba stron: 472
ISBN: 978-83-8396-149-1