Piotr Milewski w Japonii spędził w sumie dziewięć lat. W tym pięć pracując na stanowisku specjalisty zagranicznego w dziale sprzedaży korporacji produkującej precyzyjne maszyny i podzespoły dla zakładów różnych branż, z motoryzacyjnymi i elektronicznymi włącznie. Podczas rozmów w sprawie pracy pozytywnie zaskoczył menedżerów informacją, że ma żonę z Hokkaido i spodziewają się przyjścia na świat potomka.
Praca w japońskiej firmie dla Europejczyka okazała się nie lada wyzwaniem. Emocje nowicjusza Mirefusuki Piotoru (Piotra Milewskiego), jedynego obcokrajowca wśród 600 zatrudnionych, wahały się między podziwem a zdumieniem. O szok mógł przyprawić nie sam nakład pracy, po 10 i więcej godzin dziennie – co było do przewidzenia – lecz silne zhierarchizowanie zarządzania i wiernopoddańcze stosunki, niedopuszczające ze strony podwładnych jakichkolwiek uwag.
Takie traktowanie ludzi, którym nie wolno było odezwać się w swojej obronie na zarzuty, często niesłuszne, mogłyby zrazu budzić litość. Tymczasem wykorzystywani, choć pogodzeni z losem pracownicy znosili reprymendy z niewzruszonym spokojem. Z pochyloną kornie głową zapewniali, iż tym bardziej dołożą starań, żeby pomnażać dorobek kraju, firmy i rodziny, jaką ona (firma) jest.
Po zmianie obuwia na pantofle – stan półek od razu wskazywał nieobecnych – w jednakowych uniformach z logo firmy K. oraz z "metką informującą, że zostały one wykonane z butelek PET", rozpoczynali dzień pracy od zbiorowej gimnastyki. Nowo zatrudnionych ustawiano w pierwszym rzędzie, żeby mieć na nich oko. Wręczana im "Lista kontrolna właściwego zachowania w miejscu pracy", zawierała 13 punktów, poczynając od potrzeby wypowiadania pozdrowień pełnym energii głosem, przez uśmiech, który nie powinien im schodzić z ust, kończąc na apelu o właściwe przestrzeganie higieny, dbałość o czystość włosów i stan zdrowia.
Z kolei pięć "Zasad postępowania pracownika przedsiębiorstwa K." odwoływało się do ich uczuć wyższych. Do poczucia dumy, że włożony wysiłek zatrudnionego przyniesie korzyść przedsiębiorstwu, ale i całemu społeczeństwu, co nada sens ich istnieniu. Dokument zamykało zdanie: "Kochając swoją pracę, miejsce pracy i rodzinę, prowadzi się pełne radości, nadziei i zdrowia życie".
Łatwo powiedzieć! Jako że regulamin firmy nie przewidywał zwolnień chorobowych, zakatarzeni koledzy pojawiali się w maseczkach na ustach. Mimo przeziębienia, nie korzystali z płatnych dni urlopu: "Do firmy nie przychodzili tylko ci, którzy nie byli w stanie ustać na nogach". Nikt latami nie brał urlopów, tylko pieniężną rekompensatę za ich niewykorzystanie.
Rygor obejmował też imprezy organizowane przez stowarzyszenie pracowników (gdzie każdy zapisywany był z automatu) rozplanowane na cały rok. Było to np. marcowe zbieranie truskawek, majowa wycieczka krajowa, czerwcowy turniej gry w kręgle, jesienne wycieczki krajowe dla szeregowych pracowników oraz stosownie dobrane wyjazdy zagraniczne dla starszyzny z 10-, 20- i 30-letnim stażem.
Piotoru cieszył się względami samego Prezesa, który zaszczycił go odwiedzinami przy jego stanowisku pracy i zaprosił na wspólną wycieczkę: "Cieszyłem się z tej wizyty i propozycji Prezesa, ale jednocześnie czułem skrępowanie z powodu wyróżnienia, którego nikt wokół do końca nie rozumiał. Nie wynikało ono bowiem z moich specjalnych zasług dla firmy". Autor obawiał się, że bliskość z szefem sprawi, iż koledzy zaczną trzymać się od niego z daleka, co na szczęście nie nastąpiło. Wycieczka historyczno-krajobrazowa z Prezesem i Jego Żoną należała do udanych, podobnie, jak i kilka następnych.
Wkrótce przypadł mu w udziale test maszyny wyprodukowanej dla dużego konsorcjum samochodowego. Piotoru wraz z przełożonym udał się na to spotkanie wozem tegoż koncernu – korporacja K. posiadała marki wszystkich krajowych firm motoryzacyjnych i dopasowywała auto do klienta. Po udanym teście odbyło się tradycyjne przyjęcie dla obu stron w wytwornym lokalu, gdzie w ruch poszły czarki sake.
Po narodzinach syna i powrocie żony ze szpitala, zamieszkali wszyscy razem. Młody ojciec, "wyrzucany" przez Wiceprezesa już pół godziny po syrenie kończącej dzień pracy – na ogół wszyscy chcieli się wykazać i pracowali jeszcze po dwie, trzy godziny dłużej – z radością wracał do domu. Sielanka trwała do momentu, gdy zgodnie z kontraktem zdecydował się na wyjazd do filii przedsiębiorstwa w Tokio, choć zdaniem zwierzchności potrzebny był w centrali.
W stolicy trafił na humorzastego Dyrektora, który własną niekompetencję nadrabiał krzykiem: "Nie wiem, co ty w ogóle robisz!". "Jeśli nie wie pan, co robię, to proszę po prostu zapytać – powiedziałem spokojnym tonem. – Z przyjemnością zaraz wyjaśnię. […] Na moje słowa Dyrektor zamilkł, wyraźnie zbity z tropu. Nie był przygotowany na taką reakcję. Chyba jeszcze nigdy podobnej nie doświadczył".
Żaden tradycyjnie wychowany Japończyk nigdy nie zdobyłby się na podobne słowa wobec przełożonego. Najlepiej to obrazują rozmaite burze mózgów:
Dwudziestu mężczyzn o twarzach pozbawionych wyrazu i wzroku utkwionym w nieznanym punkcie zamarło w bezruchu, chowając się pod maską oczekiwania i neutralności. Mijały kolejne minuty. Długie i krępujące. Nikt się nie odezwał.
– Rozumiemy, że to bardzo trudna kwestia – mówił prowadzący spotkanie. – Wymaga ona głębokiego namysłu i analizy.
Wszyscy kiwali głowami, pokazując, jak bardzo się z nim zgadzają.
Tuż po Nowym Roku zwyczajowo następował dzień deklaracji pracowników na kolejnych 12 miesięcy: "Chcę sprawniej niż w ubiegłym roku…", "Podejmę jeszcze większy wysiłek…", "Z całej siły postaram się…", "Uczynię wszystko, by…", "Zrobię, co w mojej mocy, by zadbać o…". I nagłe déjà vu: skąd my to znamy?
Nadszedł dzień, kiedy autor mógł zakomunikować pozyskanie wartościowego klienta w Europie. Przedstawił kalkulację, z której wynikało, że przedsiębiorstwo K. może na tym dobrze zarobić. Przyszły kontrahent przyjął warunki.
Po dwóch dniach cena końcowa wzrosła dwukrotnie. Zarząd firmy zaryzykował – i to mimo ustawicznych narzekań na zagrożenie ze strony nieuczciwej konkurencji Państwa Środka. Kontrahent się wycofał, a sumienny pracownik korporacji stracił motywację do szukania nowych klientów.
Zwyczajem wracających z terenu było obdarowanie najbliższego grona koleżeńskiego upominkami. Piotoru z krótkiego wyjazdu do Polski przywiózł słodycze. "Prawdziwym hitem stały się śliwki w czekoladzie – zniknęły błyskawicznie. Toruńskie pierniki również przypadły im do gustu, ze szkoły pamiętali jeszcze lekcje poświęcone Kopernikowi i jego teorii". Ostatnie zeszły krówki.
Przyjazd Prezesa z Żoną do Tokio był łabędzim śpiewem firmy K. w dotychczasowym kształcie. Przy okazji odwiedzin we Wschodnim Ogrodzie Cesarskim, z pozostałościami feudalnego zamku szogunów z rodu Tokugawa, służący im za kierowcę autor usłyszał z ust zwierzchnika teorię o samurajach, porównanych do płatków wiśni. Ich życie poświęcone służbie panu i doskonaleniu się w sztuce walki, było "piękne, krótkie i ulotne" – ideał, dziś nie do powtórzenia.
Podobnie kruchy okazał się z nagła los firmy K., nastąpił bowiem ogólnoświatowy regres gospodarczy i finansowy. W wewnętrznej korespondencji zaczął powtarzać się zwrot: "kryzys, jaki zdarza się raz na sto lat". Miał usprawiedliwić decyzje o cięciach kadrowych, bytowych i socjalnych.
Największe od wieku trzęsienie ziemi, jakie wkrótce dotknęło Japonię, a w ślad za nim ewakuacja tysięcy ludzi po uszkodzeniu przez wysokie fale elektrowni atomowej w Fukushimie, nie spowodowały równie bolesnych strat, co konieczność dobrowolnych zwolnień. Odejście deklarowane przez niezastąpionego w pozyskiwaniu europejskich klientów Piotoru, okazało się jednak nie na rękę Dyrektorowi.
Po wielu perturbacjach Prezes przyjął po czterech miesiącach rezygnację Piotra, który ostatnio w firmie prawie wyłącznie zajmował się uczeniem personelu języka angielskiego. Spakował rzeczy, które "w sam raz zmieściły się w pudełku po butach".
Oddałem komputer i metalową odznakę firmy K., którą otrzymałem pierwszego dnia pracy. Chyba po raz pierwszy, odkąd zacząłem pracować, równo po godzinie siedemnastej trzydzieści wyszedłem z biura. […] Stałem i patrzyłem, jak wokół toczy się tokijskie życie. Nic się nie zmieniło. Świat się nie zawalił, ani nie skończył. Tylko ja nie oglądałem go już z wnętrza klatki.
Piotr Milewski – urodził się w 1975 roku w Chełmie, a wychował w Opolu. Studiował w Poznaniu, Wiedniu, Pasawie, Filadelfii, Sapporo i Otaru. Dziewięć lat spędził w Japonii. Autor bestsellerowych książek "Transsyberyjska. Drogą żelazną przez Rosję i dalej" (2014) i "Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia" (2015) oraz "Islandia albo najzimniejsze lato od pięćdziesięciu lat" (2018). Współautor książek "Hokkaido – Japonia bez gejsz i samurajów" (2006), "Azja. Opowieści podróżne" (2018) oraz "Wyspa. Opowieści podróżne" (2019). Trzykrotny laureat Nagrody Magellana Magazynu Literackiego "Książki". Nominowany do nagrody magazynu "National Geographic Traveler". Współpracuje z polskimi i japońskimi czasopismami oraz z prasą polonijną.