Słychać go z daleka. Energicznie, nieco monotonnie, krótkimi seriami przecina głuszę, wystukując rytm jakby grał na werblu. Uważany jest za świętego ptaka pól i lasów. Germanom kojarzył się z błyskawicą i ogniem, chrześcijanie widzieli w nim symbol wytrwałej modlitwy. Podobno przynosi szczęście i ostrzega przed niebezpieczeństwem. Co oznaczał dla ośmioletniego chłopca, który 28 lipca 1939 roku zanotował w zeszycie: "Widziałem pięknego dzięcioła"?
Tamtego lata Michał Skibiński otrzymał promocję do klasy drugiej pod warunkiem prowadzenia dziennika z wakacji. Każdego dnia ćwiczył kaligrafowanie, zapisując jedno zdarzenie. Zdania są zwięzłe, prozaiczne, a przy tym sugestywne i precyzyjne. Autor zapomniał o tym zadaniu z dzieciństwa., Dopiero po śmierci matki w 1974 roku odnalazł zeszyt w jej rzeczach. O odkryciu wspomniał w radiowej audycji "Kwadrans bez muzyki" przygotowanej przez Aldonę Łaniewską-Wołłk, a także mówił, że dopiero po przeczytaniu swoich notatek wydanych po 80 latach w formie książki zaczął doceniać wartość dzieciństwa.
Spacer z babcią, praca w ogródku, wyprawa na lody do cukierni, burza – te zwykłe przeżycia dziecka zyskują nagle wymiar uniwersalny i symboliczny. Zastanawiamy się, czy taki spacer jeszcze się powtórzy? Czy lody będą miały ten sam smak? Kiedy wzejdzie słońce? Nie da się dziś czytać tych zapisków bez świadomości nadciągającej katastrofy. Pozbawione kontekstu, wiedzy historycznej zdania te nie brzmiałyby tak samo, tak intensywnie. Najpewniej pozostałyby w sferze wspomnień ukrytych przed światem. Jednak czas, w jakim powstały, nadał im rangę cennego dokumentu, niezwykłego, bo kreślonego ręką dziecka. Nie ma tu miejsca na literacką kreację, dziecięca wyobraźnia poddaje się codziennej radości, ulotnym wrażeniom, niewinnemu poznawaniu rzeczywistości.
"11.8.1939: Byłem z tatusiem na wesołym spacerze" – dla ośmioletniego autora te słowa są zapisem subiektywnych przeżyć. Czytelnik natomiast odbiera je przez pryzmat historii i informacji, że ojciec Michała zginął niespełna miesiąc później w katastrofie lotniczej. Z kolei ilustratorka Ala Bankroft postrzega to sierpniowe zdarzenie przez pryzmat barw: ciepłe pomarańcze, jasne błękity, nasycone zielenie przechodzące w delikatnie cytrynowy odcień. Jej malarskie interpretacje nie tłumią wyizolowanych spostrzeżeń chłopca, wręcz przeciwnie – uwypuklają ich wewnętrzną energię. Niemal wyczuwamy fakturę obrazu, grudki gęsto nałożonej farby, ślad harmonijnie połączonych długich oraz gwałtownych pociągnięć pędzla.
Nie wszystkie myśli mają malarskie odpowiedniki, niektóre pozostają bez wizualnego komentarza. Możemy je przeczytać dzięki załączonym w książce reprodukcjom oryginalnego zeszytu: ze skreśleniami, poprawkami, drobnymi potknięciami ortograficznymi i interpunkcyjnymi. Szkoda, że w relacji słowo-obraz te niedoskonałości wyretuszowano: starannie kaligrafowane litery z zeszytu w linie na obrazach Bankroft zastąpiono drukiem, a pisownię skorygowano i ujednolicono – niby nieznacznie, ale zawsze. Można było podjąć ryzyko i spróbować wpleść zdania kreślone pismem ośmiolatka w kompozycje artystki – pewnie odbyłoby się to kosztem czytelności, jednak zyskałoby na sile wyrazu, autentyczności. Wtedy ten dialog drobnych zapisków z lata '39 i współcześnie stworzonych obrazów stałby się bardziej uchwytny.