Punkt wyjścia jest prozaiczny: bohater-narrator odwiedza dawno niewidzianych znajomych w ich świeżo kupionym mieszkaniu. Po początkowych niezręcznościach zaczynają robić to, co wszyscy często robimy w podobnych sytuacjach, czyli opowiadać sobie nawzajem rozmaite historie. Z tą różnicą, że w Spotkaniu po latach bohaterowie nie ograniczają się do opowiadania o mniej lub bardziej przyziemnych sytuacjach, w których brali udział oni lub ich znajomi. Bardzo szybko okazuje się, że zarówno opowieści, jak i przedstawiane w komiksie wydarzenia zrywają się z łańcucha i bezwładnie dryfują w stronę dziwności, a status ontologiczny rzeczywistości jest tu, mówiąc delikatnie, niepewny. Mimo wyraźnego odjazdu do krainy dziwów przez cały czas pozostajemy też w pewien sposób blisko zwyczajności – następuje prezentacja nowego mieszkania, gospodarze podają gościowi drobny poczęstunek, a w polu widzenia pojawiają się ich dzieci – tyle że jest to zwyczajność nieco przetrącona, a przez to niepokojąca i obca.
W pewnym momencie, kiedy potrzeba snucia historii nieco przyhamowuje, gospodarze proponują gościowi spacer po okolicy. Będąc na zewnątrz, bohaterowie napotykają bezlik ekscentrycznych postaci, z których niemal każda ma wiele do opowiedzenia. Słuchają ich, rozmawiają z nimi i wchodzą w rozmaite interakcje. Dodatkowo sami widzą miejsca i są świadkami sytuacji, wokół których z pewnością można by było osnuć nie gorsze opowieści: a to obok restauracji Ormianie tańczą ludowy taniec, a to po polu przechadza się mężczyzna w osobliwym hełmie (jak mówi narrator, mężczyzna ten „od zawsze lubił wsłuchiwać się w szum muszli, więc przyczepił sobie do uszu gąsiory, które dają szum głębszy i bardziej uwodzicielski”), a to bohaterowie dostrzegają zrujnowany pomnik ku czci nazistowskiego zbrodniarza wojennego. A nade wszystko: do ich uszu dochodzą pogłoski o niedawnym morderstwie, rzekomo dokonanym przez mężczyznę z wózkiem dziecięcym. Od chwili, kiedy o tym słyszy, narrator zaczyna widzieć mężczyzn z wózkami niemal na każdym kroku. Świat wokół stopniowo potwornieje coraz bardziej, ale ostatecznie bohater-narrator wraca do rzeczywistości. W wywiadach Sieńczyk kilkukrotnie sugerował wręcz, że w jego komiksie tak naprawdę nie dochodzi do żadnego spaceru, a wszystkie wydarzenia, które obserwujemy po rzekomym wyjściu bohaterów z domu, są tylko owocem wyobraźni bohatera-narratora, który podczas śmiertelnie nudnych odwiedzin „zapada w stupor zamyślenia”.
Groza przypadku, pustka znaczenia
W swojej twórczości Sieńczyk nie od dziś zdradza pociąg do kompozycji szkatułkowej. Lubi zasypywać nas opowieściami, zupełnie jak gdyby był zapatrzony w Księgę tysiąca i jednej nocy, Dekameron czy Rękopis znaleziony w Saragossie. Pod tym względem Spotkanie po latach to jego tour de force – ponad trzysta stron wypełnionych onirycznymi narracjami lub ich fragmentami, które zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jeśli jednak zadaniem Szeherezady było przede wszystkim zadziwienie i dostarczenie rozrywki, to Sieńczyk chce nas raczej zdestabilizować, wytrącić z równowagi. Jego opowieści bywają jawnie absurdalne, ostentacyjnie nieudane, nierzadko są głupawe i uszyte grubymi nićmi w brzydkich kolorach, jak gdyby wyrojone z otchłani bezsensu. Niski humor spotyka się w nich z podejrzaną sztucznością języka, elementy przyziemnej codzienności z cudownymi olśnieniami, wszechogarniający oniryzm ze stęchlizną mieszczańskiego sposobu myślenia, echa wielkiej historii czy kultury z najbardziej niewydarzonymi zmyśleniami. Sieńczyk jest niepowtarzalny właśnie w tym, jak organicznie łączy w swojej wrażliwości inspiracje własnymi snami, twórczością naiwną, życiem codziennym spędzanym na warszawskiej Pradze, fascynującymi go artefaktami PRL-u, ludzką nieudacznością i nieuporządkowanymi lekturami.