Ludwika Włodek, dziennikarka "Gazety Wyborczej" – specjalistka od islamskich i postsowieckich państw Azji Środkowej, którą to tematykę wykłada na Uniwersytecie Warszawskim – w pracy nad "Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów" starannie wykorzystała atuty swego położenia. Miała, oczywiście, lepszy dostęp do rodzinnych dokumentów i pamiątek, jak też krótszą drogę do wspomnień bliższych i dalszych krewnych, ale i do swego naczelnego, Adama Michnika. On to, który był niegdyś sekretarzem Antoniego Słonimskiego, zdradził autorce charakter relacji poety z jej pradziadkiem.
Nie jest tajemnicą, że w czasach PRL-u stosunki między Jarosławem Iwaszkiewiczem i Antonim Słonimskim, dawnymi przyjaciółmi i filarami grupy Skamander, były mocno napięte. Przyczynę tego Adam Michnik widzi w charakterach obu znakomitych literatów, choć bardziej nawet w nieprzejednaniu Słonimskiego. Opozycjoniście z cenzorskim zapisem na nazwisko i zakazem druku nie w smak była (spektakularna jak na PRL) kariera kolegi po piórze. Słonimski traktował Iwaszkiewicza jak zwyczajnego oportunistę, nie zważając na zalety jego kolejnych książek, ani na zasługi, którymi zjednał sobie sporą część środowiska jako prezes Związku Literatów Polskich.
Położenie Ludwiki Włodek publikującej książkę wspomnieniową o własnym pradziadku, ma jednak i inny aspekt. Autorka nie chce być postrzegana jako "prawnusia pisarza", tylko jako ona sama – dziennikarka i biografka Ludwika Włodek. "Ludzi przestaje interesować kim jestem, tylko czyją jestem prawnuczką. Zważywszy, że chodzi o czwarte pokolenie, może to się wydawać zabawne, ale rzeczywiście spotkałam się z tym kilkakrotnie i nie było to miłe doświadczenie". Swoją książkę zaczyna jednak znamiennym cytatem.
"Urodziła mi się dziś prawnuczka, Ludwika Włodek. Zadziwiające" – zanotował 26 grudnia 1976 roku w dzienniku Jarosław Iwaszkiewicz. Kiedyś wiele bym dała za taki dowód pokrewieństwa. Całe dzieciństwo chwaliłam się, że mam ważnego, słynnego pradziadka, ale najczęściej albo nikogo z moich rówieśników to nie obchodziło, albo nie chcieli mi wierzyć. Raz koleżanka – do dziś się przyjaźnimy – powiedziała mi, że musi zapytać rodziców, czy to możliwe. W szkole nauczyłam się pokrewieństwo z Iwaszkiewiczem perfidnie wykorzystywać.
Dzięki czemu jej teksty z polskiego z trójkowych zrobiły się szybko szóstkowe. Pewnie słusznie, skoro pracę autorstwa Ludwiki Włodek świetnie się czyta. Została napisana klarowną i bogatą polszczyzną. Przy tym zawiera ogrom spostrzeżeń – danych historycznych, topograficznych, szczegółów i detali rysujących tło kolejnych epok.
Są w niej odniesienia do korzeni pisarza – dla lepszej orientacji na końcu książki umieszczone są drzewa genealogiczne Iwaszkiewiczów (także Szymanowskich, Lilpopów, Włodków). Jest, oczywiście, przywoływana Ukraina, jako miejsce narodzin i pobytu przodków literata. Autorka odwiedza te tereny, poszukując śladów bytności – najczęściej mocno zatartych przez czas – swoich protoplastów.
Jarosław też znał ukraiński. Wiele lat później, w latach siedemdziesiątych, gdy jako zasłużony pisarz został zaproszony do Kijowa przez tamtejszy uniwersytet, wygłosił nawet część przemówienia w tym języku. – Obecni na spotkaniu ukraińscy pisarze i studenci z zachwytu znieśli ojca ze schodów – twierdzi babcia.
"Pra. O rodzinie Iwaszkiewiczów" to książka wspomnieniowa, nie tylko o pradziadku autorki, ale i o prababci Annie. Także o babciach, dziadkach, rodzicach. O plejadzie ciotek, wujów, stryjów, kuzynek i kuzynów. Słowem, jest to zajmująca kronika rodzinna, gdzie i służba wyjawia niekiedy swoje zdanie. "Na Stawisku" – tak przywykło się mówić, zamiast poprawnego: w Stawisku – gdzie Jarosław Iwaszkiewicz osiadł po ślubie z żoną, Anną Lilpop.
Małżeństwo to od początku budziło dużo zastrzeżeń ze strony kupiecko-przemysłowej familii Lilpopów, która nie dowierzała, że tak "piórkiem, piórkiem" pisarz zapewni byt rodzinie. Biedny wówczas literat nie wydawał się odpowiednią partią dla panny, o której rękę zabiegał sam Krzysztof Radziwiłł. "To właśnie ta ich nieufność w stosunku do Jarosława, a później kompletny brak empatii wobec niego sprawiły, że kontakty między Stawiskiem a resztą Lilpopów już na zawsze pozostały chłodne - odnotowała Ludwika Włodek. – Moja prababcia utrzymywała stosunki tylko z kilkoma ulubionymi krewnymi z tego ogromnego klanu."
Tymczasem to właśnie on, ów niechciany zięć Jarosław Iwaszkiewicz, wydobędzie Stawisko z długów, w które popadło wskutek wynajęcia przez Lilpopów nieuczciwego zarządcy. Przez całą wojnę, a zwłaszcza podczas powstania warszawskiego i niedługo po nim, odnajdą tam przystań dziesiątki przyjaciół domu. Całą tę rzeszę ludzi udawało się jakoś "piórkiem, piórkiem" utrzymać i wyżywić.
Niektóre z opowieści Ludwiki Włodek przypominają scenariusz filmu sensacyjnego.
Przed samą wojną Karsawer kupił od Iwaszkiewiczów działkę. Zapłacił, ale ponieważ wybuchła wojna, nie został sporządzony akt notarialny. Formalnie działka nadal należała do moich pradziadków, a właściwie prababci, bo to ona – po ojcu – była właścicielką podkowiańskich gruntów. Gdy dwaj synowie Karsawera, Marian i Natan, znaleźli się w getcie, Hania wymyśliła, że sprzeda tę działkę jeszcze raz, jako swoją, a pieniądze odda Karsawerom. Tak zrobiła. I poszła do getta zanieść im ten woreczek dolarów.
Obaj tak obdarowani wyszli z getta i przeżyli wojnę. W akcji przerzucenia pary starszych, głośno rozmawiających, bo prawie głuchych Żydów, brał też udział pisarz. Zapisał później gorzką refleksję:
Zastanawialiśmy się z Hanią dzisiaj: tyle trudów, tyle chodzenia o ocalenie życia dwojgu na pół przytomnym staruszkom. A tam giną tacy artyści jak Roman Kramsztyk, tacy zżyci wieloletni przyjaciele jak Olek Landau, rodzice takich przyjaciół, jak Pawełek Hertz, Józik Rajnfeld – i nic nie możemy zrobić. Z opuszczonymi rękami patrzymy, jak wznoszą się bure dymy z ich domów, z ich ciał. To bardzo trudne do zrozumienia i do przeżycia. Zrozumieć tego nawet nie próbujemy, ale przeżyć to trzeba.
Chwalebna postawa pisarza do zakończenia wojny, zaraz po niej zaczęła chwiać się w posadach. Do dziś zresztą wywołuje ostre spory. Iwaszkiewicz, przekonany o potędze sowietów, uznał, że otwarte próby przeciwstawiania się ich sile są bez sensu, bo doprowadzą tylko do niepotrzebnych strat. Skupił się na zachowaniu tego, co należało i co można było.
W maju 1976 roku Iwaszkiewicz, jako marszałek senior, otwierał nowo wybrany sejm. Długo wymieniał wszystkie osiągnięcia poprzedniego, ale pominął nowelizację konstytucji i zapis o przewodniej roli partii komunistycznej oraz o umacnianiu przyjaźni z ZSRR. Zrobił to umyślnie, uważają świadkowie tamtych dni. Po swojemu.
Ludwika Włodek podkreśla radykalnie odmienną postawę prababci. Stosunek Anny Iwaszkiewicz do komunistów diametralnie się zmienił, kiedy zaczęli otwartą wojnę z Kościołem. Nigdy nie chodziła z mężem na przyjęcia do ambasady radzieckiej. Raz dała się skusić i pożałowała: "Czułam się jak na balu u Senatora. Miałam wrażenie, że każdej chwili może wejść Rollisonowa."
Czynnie przeciwstawiał się systemowi ojciec autorki, Maciej Włodek. Był jedną z osób sądzonych w tak zwanej sprawie taterników, przerzucających przez zieloną granicę zabronione w PRL-u wydawnictwa paryskiej "Kultury". Wnuk wspomina jedną z ważkich rozmów z pisarzem niedługo przed jego śmiercią. Jarosław Iwaszkiewicz podzielił się z nim swoim największym zmartwieniem, że wszystko zmierza w złym kierunku. I nie widać szans na poprawę. "Tymczasem komunizm załamał się już kilka lat później. Dziadek zupełnie nie brał tego pod uwagę."
Obie córki pisarza po latach zrozumiały, że dla ich ojca najważniejsza była jego twórczość. "W nią angażował się najmocniej. I ona przede wszystkim została. Przesłania wszelkie osobiste żale, jakie mają do niego także najbliżsi."