Policja wydaje się bezsilna, komendant najbliższego posterunku przyznaje, że ma dość ludzi, by interweniować. Wobec kolejnych gróźb mężczyźni z wioski biorą sprawiedliwość w swoje ręce. Zaranek zostaje brutalnie pobity, ku przestrodze, ale wieczorem zostaje znalezione jego skatowane ciało. Prokurator wydaje nakaz aresztowania uczestniczących w bójce braci Gradów: jego zdaniem sprawa jest ewidentna – kilku młodych mężczyzn skatowało bezbronnego starca. Ale wieś żąda sprawiedliwości dla swych obrońców. Udaje się zebrać pieniądze na adwokata. Tyle że koszty dochodzenia prawdy okażą się bardzo wysokie.
Zaprezentowany na Koszalińskim Festiwalu Debiutów "Młodzi i Film" w 2010 roku "Lincz" został nagrodzony Grand Prix – Wielkim Jantarem. Domyślać się można, że jednym z powodów decyzji jury było podobieństwo filmu Łukaszewicza do głośnego "Długu" (1999) Krzysztofa Krauzego – dzieła podobnie wpisanego między thriller i dramat społeczny, by opisać analogiczną sprawę: zamordowanie przez dwóch warszawskich biznesmenów gangstera, który ich szantażował. Podobnie jak bohaterowie "Linczu" mordercy z "Długu" musieli wziąć sprawiedliwość w swoje ręce wobec całkowitej bierności policji i niedostosowania prawa, co – zdaniem Krzysztofa Krauzego – dowodziło słabości państwa. "Lincz" sugeruje podobne wnioski, ale reżyser w wypowiedzi dla culture.pl dodaje:
Sprawa linczu we Włodowie ukazuje pewne wstydliwe zjawisko charakterystyczne dla naszego – ale myślę, że nie tylko naszego – społeczeństwa. Kiedy człowiek ze wsi przychodzi do nas, ludzi z miasta, po pomoc, staramy się zbyć go jak najszybciej. Niby należałoby go wysłuchać, ale nie mamy do tego cierpliwości, bo oni rzadziej się myją, częściej za to czuć od nich alkohol, bywają niedouczeni, czasem nieobyci, rzadziej są skorzy wchodzić w jakieś układy, są w stosunku do nas zacofani, niedzisiejsi. I szybko się od nich uwalniamy, z ulgą otwierając okno, żeby po nich, w przenośni, wywietrzyć.
Polski film współczesny koncentruje się zazwyczaj na mieszkańcach wielkich miast. Łukaszewicz proponuje inne spojrzenie – jego kamera penetruje świat wstydliwie skrywany, świadomie pomijany, ale czyni to w dość zaskakujący sposób. Otóż reżyser korzysta z doświadczenia aktorów występujących w telewizyjnych serialach – tych wielkomiejskich właśnie. Efekt jest miejscami zaskakujący – obok wyrazistej, rodem niemal z horroru gore kreacji Wiesława Komasy jako Zaranka, spotykamy soczyste postaci niemal wpisane w wiejski krajobraz. Od kilkorga cenionych aktorów wymagało to zagrania wbrew swojemu emploi:
– Okazało się – przyznaje reżyser – że aby uzyskać wiarygodność, trzeba było sięgnąć po kilka technik raczej "antyaktorskich" niż scenicznych – nie recytować, ale mówić pod nosem, ustawiać się trochę bokiem, trochę tyłem, nie wprost, patrzeć w bok, unikać spojrzeń. A do wymowy i specyficznego akcentowania dochodził jeszcze sposób poruszania, co najbardziej widać w nerwowym, nieregularnym chodzie Izy Kuny, która zresztą genialnie łamała dialogi i tak już napisane jako "złamane", z przestawnym szykiem, arytmią interpunkcji….
"Lincz" to rzadki w polskim repertuarze przykład "kina środka" – thriller z ambicjami dramatu społecznego. Film dotykający spraw aktualnych, opowiedziany w atrakcyjnej formie, a jednocześnie dający do myślenia.