Łagodniejsze oblicze pokazuje dzieciom. Wobec nich "Mami" bywa wyrozumiała. Potrafi obdarowywać czułością i potrafi otwierać się na czułość innych. Są w filmie Wysoczańskiego znakomite sceny ukazujące bliskość łączącą Pyz z jedną z malutkich podopiecznych – pełne niewinności i ludzkiego dobra, a jednocześnie przypominające o osobistym poświęceniu bohaterki, która swoim podopiecznym poświęciła większą część dorosłego życia, po części rezygnując z własnego życia.
Wysoczański rysuje ten portret z dyskretną elegancją. Choć na ekranie towarzyszy nam poczucie intymności, nie ma tu ani śladu voyeuryzmu, ani przekraczania granic. Stojący za kamerą Bartosz Bieniek sięga po obiektywy o długiej ogniskowej, dzięki którym może pozostać w bezpiecznym oddaleniu od bohaterów, nie naruszając ich intymnego świata. Wysoczański nie poluje bowiem na momenty ekstremalnych emocji, wierzy, że prawda tej historii obroni się sama, a dokumentalna uczciwość pozwoli jej wybrzmieć.
I pozwala. "Jutro czeka nas długi dzień" porusza, a jednocześnie unika łatwych uniesień i melodramatyzmu. Opowiada do międzyludzkim dobru, ale też o cenie, jaką się za nie płaci. W jednej ze scen filmu Helena Pyz przyjeżdża do Warszawy – stoi na ulicy swojego rodzinnego miasta i przygląda się mijającym ją ludziom. Na jej twarzy widać poczucie obcości – w miejscu, które zmieniło się nie do poznania, ale i wśród ludzi, którzy pędzą ku swojemu życiu i obowiązkom. Jej miejsce jest gdzie indziej – dlatego wróci do Jeevodaya mimo narastających problemów ze zdrowiem i mimo tego, że współzarządzający ośrodkiem ksiądz chętnie przejąłby stery placówki.