Doktor chemii Józef Łokietek działał w bojówce PPS-u, później został komendantem partyjnej milicji w Warszawie. Do wybuchu II wojny światowej funkcjonował jednocześnie w PPS i w półświatku przestępczym. Osadzony razem z Tasiemką w więzieniu za wymuszanie haraczy od tragarzy, szybko dostąpił ułaskawienia przez prezydenta Mościckiego. Podczas wojny prowadził działalność konspiracyjną, m.in. pomagał Żydom w zdobywaniu żywności i fałszywych dokumentów. Wielokrotnie aresztowany przez gestapo, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach jeszcze podczas wojny.
Tata Tasiemka, czyli Łukasz Siemiątkowski był działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej (dowodził milicją PPS) i radnym miejskim. Przewodniczył również gangowi, który wymuszał haracz za "ochronę" wśród handlarzy, głównie pochodzenia żydowskiego, na Kercelaku. W 1932 roku został aresztowany, osądzony i skazany, ale i jego wkrótce objęła amnestia. W czasie II wojny światowej Siemiątkowski działał w podziemiu, zginął w Majdanku. Wpisał się do galerii legendarnych postaci Warszawy. Stanisław Grzesiuk śpiewał o nim w piosence "Rum Helka", w której zapomniany autor poświęcił mu zwrotkę.
Książka jest wznowieniem wydania z 1968 roku.
Z czego robi się proch

Doktor chemii Józef Łokietek. Fotografia pochodzi ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, wykorzystana w książce "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka", fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)
[Rok 1905]. Mełamed z tomaszowskiego chederu miał prawo się przestraszyć, ujrzawszy [w drzwiach] dwóch "gojów" z pistoletami w ręku.
– Nie bójcie się, nikomu nic się nie stanie – powiedział jeden z przybyszów. – Czy jest tu jakieś drugie wyjście?
Pytanie zawisło w powietrzu. Byli zbyt przerażeni, by coś wykrztusić.
– No, mówcie – powiedział drugi potrząsając pistoletem. Oczy wszystkich skierowały się na broń. I nagle rozległ się cienki głosik, zacinający się z przejęcia:
– Je… jest! Ja poprowadzę. – Jedna z chłopięcych figurek w chałacie oderwała się i ruszyła ku przybyszom. – Cho… chodźcie za mną.
Poszli. Chłopiec wysoki i gibki, o śmiałym, "nieżydowskim" spojrzeniu, wyprowadził przybyszów przez podwórze na tyły domu, stamtąd jakimiś zaułkami przez inne podwórza pełne bachorów i zdumionych Żydówek, wodzących niemo oczyma za dziwną trójką, aż wyszli za miasto w pobliże lasu. […]
– Nie możesz wrócić. Dziękujemy ci bardzo, żeś nam pomógł. My jesteśmy bojowcy z PPS. […] Oddałeś nam dużą przysługę – powtórzył bojowiec – ale wszyscy nas widzieli. Gdybyś teraz wrócił, natrafiliby na nasz ślad. Bardzo nam przykro, ale musisz pójść z nami. A może się boisz?
– Ja nie boję się niczego – odpowiedział rezolutny chłopiec.
– Patrzajcie, jaki bojowiec […] jak będziemy bezpieczni, zawiadomimy rodziców, ale tak po cichu, żeby policja nie wywąchała. Chodźmy.
Poszli. Dotarli do Łodzi.
Dla chłopaka z chederu zaczęło się nowe życie, tak niepodobne do poprzedniego, jak dzień różni się od nocy. Bojowcy opowiedzieli towarzyszom o tym, jak chłopiec im pomógł. Skierowano go do zwykłej szkoły, już nie do chederu. Okazał duże zdolności, choć miał zastraszające luki. Studia nad Talmudem i Torą okazały się mało przydatne, o tyle chyba, że wygimnastykowały chłonny umysł. Na domiar mówił źle po polsku, rówieśnicy śmiali się z niego, ale wkrótce przestali, gdy przekonali się, że ten Żydek potrafi niezgorzej władać pięściami, a w gniewie staje się wprost straszny. Z Łokietkiem lepiej nie zadzierać – mówiono. Poza tym miał możnych opiekunów. Takich, którzy nie mieli, co prawda, pieniędzy, ale za to pięści i – w razie potrzeby – jeszcze coś w garści.
Minęło parę lat. Łokietek już wżył się w nowe środowisko. Skończył szkołę i rwał się do roboty partyjnej. Na odczepnego dawali mu coś tam, używano go do transportu bibuły, do przenoszenia części granatów. I byłby się może normalnie potoczył los młodego Józka, jak i innych łódzkich robotników, gdyby nie to, że któregoś dnia ktoś z Tomaszowa rozpoznał go na ulicy. Łokietkowi udało się prysnąć, ale zachodziła obawa, że carska policja trafi na jego ślad, a zatem i na ślad organizacji bojowej. Mogli zacząć ponownie przesłuchiwać ojca, starego kowala w Tomaszowie, który – uprzedzony – głosił na prawo i lewo, że bojowcy chyba zabili jego dziecko.
Łokietek pierwszy raz przekraczał granicę. […] W Zurychu towarzysze wystarali mu się o pracę, a jednocześnie uczył się dalej. Interesowała go chemia; kiedyś zapytał jednego ze swoich opiekunów, z czego robi się proch. […] Rozpoczął studia na wydziale chemii. Szło mu tak dobrze, że profesor Berthier zaczął go wyróżniać, a nawet przyjmować w domu. Skończyło się jak w powieści – małżeństwem młodego Łokietka z córką profesora, u którego został asystentem, a następnie doktoryzował się.
Oprócz tej strony działalności Józefa Łokietka była i druga: robota polityczna. Mocno związany z PPS-em, udzielał się także w Związku Walki Czynnej i Związku Strzeleckim. Mimo I wojny światowej dla Łokietka nie istniały granice. Ze szwajcarskim paszportem jeździł do Stanów Zjednoczonych, Francji, Belgii, Niemiec i Austrii. Do Warszawy i Łodzi. Legalnie, albo przez zieloną granicę woził listy, bibułę broń i pieniądze. Nauczył się wielu języków; posługiwał się angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim i jidisz – wszystkimi równie źle.
Na trzy dni przed rozstrzelaniem

Łukasz Siemiątkowski – Tata Tasiemka
Łokietka wymieniano niemal zawsze wraz ze starszym odeń Łukaszem Siemiątkowskim, choć byli ludźmi o odmiennej psychice i przyzwyczajeniach. Siemiątkowski, znany w życiu robotniczym Warszawy jako "Ignac" i "Tasiemka", był jednym z czworga dzieci ubogiego cieśli. Jako siedemnastolatek pracował w fabryce tkackiej w Grodzisku. W dziewiętnastym roku życia wstąpił do PPS, organizował kolportaż bibuły. W roku 1898 otrzymał pracę w Tomaszowie, gdzie pozostał do roku 1904. Wszystko to wiemy z maszynopisu pt. "Opis działalności Łukasza Siemiątkowskiego" z 2 stycznia 1936 roku, napisanym przez samego Łukasza Siemiątkowskiego, a w każdym razie koślawo przez niego podpisanym.
W roku 1904 przybywa Siemiątkowski do Warszawy i znajduje pracę w fabryce gumowej przy ul. Okopowej 24 jako wstąższczaż (tak w oryginale – J.R.); przybiera pseudonim "Tasiemka" i znów staje do roboty w szeregach PPS. […] Współpracuje […] przy organizacji pierwszych manifestacji w Warszawie przeciw mobilizacji [carskiej z 1904 na wojnę z Japonią]. […] Współdziałał między innymi przy organizowaniu wykradzenia dziesięciu więźniów z Pawiaka. W roku 1907 zostaje wybrany do Komitetu Dzielnicowego Powązki […]. W okresie represji porewolucyjnych [po 1905] otrzymuje od partii polecenie usunięcia szpicla – prowokatora, stolarza "Sokoła". Po pracach przygotowawczych "Sokół" zostaje zabity jesienią 1908 roku na rogu Leszna i Okopowej przez Wernikera.
W 1909 roku wybrano Siemiątkowskiego do OKR [Okręgowy Komitet Robotniczy PPS]. W 1911 został zaaresztowany z jedenastoma towarzyszami […], uwolniony po znakomitej obronie mecenasa Skokowskiego, natychmiast staje do pracy partyjnej pod pseudonimem "Ignac" […] przy transportach bibuły i wysyłaniu skompromitowanych działaczy za granicę.
Podczas okupacji niemieckiej współdziałał z POW [Polską Organizacją Wojskową], prowadząc werbunek do Legionów. Po […] czterokrotnym aresztowaniu i zwalnianiu z więzienia, wpadł wreszcie Siemiątkowski w ręce policjanta Klama, za udział w zamachu na policjantów niemieckich […]. Po dwumiesięcznym więzieniu w Cytadeli Warszawskiej został wywieziony do Modlina, gdzie siedział z Walerym Sławkiem, Norbertem Barlickim i innymi. Po pięciu tygodniach (w listopadzie 1918 roku) przewieziono Siemiątkowskiego do Warszawy na rozprawę sądową. […] został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Uzyskał wolność z rąk polskich 11 listopada 1918 roku na trzy dni przed wykonaniem wyroku. Natychmiast po uwolnieniu wziął Siemiątkowski udział z całą partią w rozbrajaniu Niemców.
Wpływowi bandziorzy

Warszawski bazar Kercelak, 1932, fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)
W roku 1921 wysłano Łokietka do Ameryki z pepeesowską grupą działaczy, która jechała z odczytami dla tamtejszej Polonii i po fundusze na cele partyjne. W tym czasie związany był również z II oddziałem Sztabu Generalnego, tzw. Dwójką (wywiad i kontrwywiad). W USA zainteresował się szczególnie działalnością gangów. Wzorując się na ich strukturze utworzył – w odpowiedzi na aktywność bojówek komunistów i endeków – podobną formację PPS.
Warszawską milicję budował Łokietek z rozmachem. Milicja przed Łokietkiem to było chałupnictwo. Oczywiście – jeżeli potraktujemy milicję nie jako ochronę i osłonę partii, lecz jako czynnik, którym wkrótce stała się w istocie: jako bojówkę. Do dawnych doświadczeń […] z Organizacji Bojowej i Pogotowia Bojowego PPS dodał doświadczenia nabyte w licznych rozjazdach po świecie, a chyba przede wszystkim w USA, gdzie bojówki, zwane tam gangami, miały swoją tradycję i wysoki stopień organizacyjny; pozwoliło to Łokietkowi na wypracowanie i udoskonalenie metod działania. Przede wszystkim milicja wzrosła ilościowo; tworzona przy każdej dzielnicy PPS miała na czele ludzi zaufanych […], umiejących posługiwać się się nie tylko laską czy pałką, lecz także bronią palną. Bliskie powiązania ze "Strzelcem", którego działaczem Łokietek pozostawał (często chodził w mundurze oficera Związku Strzeleckiego), pozwalały ćwiczyć milicję pepeesowską na poligonach tej paramilitarnej organizacji. Milicja uzyskała również broń, przede wszystkim browningi. Z młodzieży rekrutowano do milicji "mocnych ludzi", mniejszą wagę przywiązywano do ideowej postawy kandydata. Stąd też znalazło się tam wielu takich, którzy znacznie lepiej władali kastetem czy pistoletem niż Marksem czy Engelsem. Zwrócono też baczną uwagę na związki zawodowe, a zwłaszcza na te grupy związkowe, gdzie uzyskanie monopolu pracy pod pretekstem obrony interesów klasy robotniczej mogło przysporzyć korzyści materialnych. Tu właśnie amerykańskie doświadczenia Łokietka przydały się najbardziej.
W okresie powojennym Siemiątkowski zrywa de facto ze swym dawnym zawodem wyuczonym. Wprawdzie przy wypełnianiu różnych formularzy w rubryce "zawód" nadal będzie pisał "wstążczarz" bądź "włókniarz", jednakże do fabryki nie poszedł. Zaraz po zakończeniu działań bojowych zaczyna pracować ponoć jako… woźny w OKR-ze. […] W każdym razie otrzymywał pensję z OKR-u. Wkrótce też został przewodniczącym KD [Komitet Dzielnicowy] swych ukochanych Powązek, jest też w tym czasie komendantem powązkowskiej milicji PPS, co […] w tej robotniczej, ale nieco lumpowskiej dzielnicy, predestynuje go na niekoronowanego króla Powązek, z siedzibą we wszystkich okolicznych knajpach. "Chłopaki" Tasiemki mają swój honor, dbają by to, co postanowi szef miało swoją egzekutywę. Sławę zyskały "dintojry" u Tasiemki, przeprowadzane na wzór samosądów kryminalnego podziemia rozprawy przeciw "opornym" kupcom, którzy nie chcieli podporządkować się Tasiemkowym mołojcom. Doprowadzeni przed oblicze samego szefa kupcy z drżeniem serca wysłuchiwali jego bezapelacyjnych wyroków.
Z czasem, gdy Tasiemka został radnym miasta Warszawy, do strachu kupców domieszał się i podziw. Tasiemka był już nie tylko pospolitym bandziorem niepłacącym w knajpach za wyprawiane uczty i popijawy, ale również wpływową osobistością. Mógł pomóc obniżyć podatek, lub przepchnąć sprawę w urzędzie. Zaczęto zwracać się do Tasiemki z różnymi sprawami, proszono go nawet o pośrednictwo w sporach. Zyskał wtedy nowe miano: "Taty"; kupcy zwracali się doń "panie Tata".
Mamy rozkaz

Jędrzej Moraczewski, fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)
Jerzy Rawicz za pierwszoplanowe uznał w swojej książce fakty, którym historycy nie poświęcają zbyt wiele miejsca. Zdaniem autora pozwalają one zrozumieć drugą warstwę działalności bohaterów, "mniej może Tasiemki, dla którego prostodusznej natury były to zbyt skomplikowane sprawy, ale przede wszystkim doktora Łokietka, postaci znacznie bardziej złożonej". Stąd też opowieść o "nieznanych sprawcach", których napaści na ludzi prawicy po zamachu majowym 1926 roku narobiły sporo zamieszania w Sejmie i na łamach prasy, stając się stałym argumentem w oskarżeniach przeciw obozowi Piłsudskiego.
Można i trzeba – oceniając to, co napisał [Adolf] Nowaczyński, pióro wyjątkowo zjadliwe, a niekiedy niewybredne, na domiar w służbie arcyreakcyjnej ideologii – negatywnie oceniać treść tych publikacji. Nie można jednak zapominać, że Nowaczyński był jednym z najznakomitszych felietonistów i publicystów okresu międzywojennego, którego wielki talent dziennikarski szedł w parze z ogromną wiedzą humanistyczną i zainteresowaniami kulturalnymi. Tego typu przeciwnik, któremu pióra sanacyjne nie mogły sprostać w rywalizacji na łamach prasy, musiał być inaczej "załatwiony". Trzeba było zejść z łamów i sięgnąć do łomów. […] Myślę, że będę jednak niedaleki od prawdy, jeśli powiem, że wydarzenia te nie sprawiły przykrości autorowi następującego listu:
»Panie A. Nowaczyński
artysta wysługujący się korfancji [tzn. chadecji; od nazwiska przywódcy Chrześcijańskiej Demokracji, Wojciecha Korfantego] i endecji, adorujący wszelką małość i podłość, jest już tylko pospolitą, tyle że utalentowaną kanalią wynajmowaną i płaconą tak, jak średniowieczu włoskiem conquistadorzy wynajmowali zbirów i bravów, i cyrulików, handlujących truciznami rzucając im za to z balkonu zielone kieski ze złotem prosto w pyski. Inż M.J. Sulejówek 8/XII 28«
»Inż. M.J.« – to znany nam dobrze Jędrzej Moraczewski, który w czasie pisania tego listu był już jednym z wodzów sanacyjnego rozłamu w PPS. Sulejówek – to miejsce jego zamieszkania, willa obok dawnego lokum Józefa Piłsudskiego. […] Poza tym trzeba było nie lada bezwzględności, by właśnie w stosunku do Nowaczyńskiego użyć słów o »conquistadorach, wynajmujących zbirów«".
23 grudnia 1927 roku około osiemnastej przy wale kolejowym blisko ulicy Obozowej – łączącej cmentarz powązkowski z cmentarzem ewangelickim, w pobliżu tak zwanych glinianek – "nieznani sprawcy" skatowali Adolfa Nowaczyńskiego. Ten zeznał później władzom śledczym:
Wyszedłem z domu przy ulicy Złotej około piątej po południu. Po kilkunastu krokach przystąpił do mnie jakiś człowiek, który oświadczył, że ma dla mnie wezwanie do prokuratora. Człowiek ten pokazał mi jakiś papier zawierający istotnie jakby wezwanie, z pieczątką. Następnie zapytałem, czy jest policja. Wtedy podjechał jakiś samochód, w którym znajdowało się dwóch cywilnych i jeden policjant w mundurze. Wsadzono mnie do samochodu. Po pewnym czasie jazdy poczułem, że mnie trzymają. Spostrzegłem, że coś nie jest w porządku. Powiedziałem: "– Znowu chcecie zrobić coś strasznego". Ktoś na to powiedział: "– Mamy rozkaz".
Samochód wjechał na przedmieścia. Stawało się coraz ciemniej. Samochód zatrzymał się. Wyciągnęli mnie z samochodu przy plancie kolejowym. […] Zdjęli mi szkła i zaczęli bić jakimiś pałkami. W biciu brał udział również człowiek w mundurze policjanta. Upadłem na ziemię. Zaczęli mnie kopać. Usłyszałem jeszcze, jak jeden z napastników powiedział: "– A teraz koniec".
W tej chwili jakiś głos kobiecy z plantu zaczął krzyczeć. Napastnicy zniknęli. Wkrótce zjawiła się obok mnie owa kobieta. Nadszedł jakiś mężczyzna, który mnie podniósł i pomógł dowlec się do sklepiku.
W wyniku pobicia Nowaczyński stracił wzrok w lewym oku. Prawe jednak wystarczyło, żeby nie zaprzestał pisania.

W bufecie sejmowym. Siedzą od lewej: Adam Pragier, Jędrzej Moraczewski, Norbert Barlicki i Rajmund Jaworowski, 1926, fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)
Podobna przygoda przydarzyła się felietoniście prasy endeckiej i powieściopisarzowi, Tadeuszowi Dołędze-Mostowiczowi, autorowi cieszącej się niesłabnącą popularnością powieści "Kariera Nikodema Dyzmy", która była celną satyrą na stosunki panujące wśród sanacyjnych rządców kraju. Sposób napaści przypominał tę zastosowaną przy skatowaniu Nowaczyńskiego. "Aresztowano" Dołęgę podczas jednej z jego nocnych wędrówek po knajpach w okolicach Zamenhofa – Dzika – Powązki. W samochodzie odebrano mu pistolet, którym chciał się obronić i zdzielono nim pisarza po głowie. Po czym wywieziono do lasku sękocińskiego, gdzie go pobito i porzucono – "za te felietoniki", jak usłyszał.
Jeszcze pana nie zabili

Rajmund Jaworowski. Fotografia pochodzi ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, wykorzystana w książce "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka"
Frakcja PPS nie spełniła pokładanych w niej nadziei. Nie stała się konkurencją dla PPS, porażki wyborcze okazały nicość tej nie "Frakcji", lecz "fikcji". Kolejną stawkę postawiła sanacja na Moraczewskiego, który zdążył się już pokłócić na śmierć i życie ze swym wczorajszym sojusznikiem w rozbijaniu PPS i przyjacielem od serca, [Rajmundem] Jaworowskim. Jaworowski pozbawiony mandatu poselskiego, prezesury Rady Miejskiej i w ogóle wszelkiego znaczenia, próbował jeszcze kurczowo utrzymać się na powierzchni, ale był już nikim; zaś cieniem tego tego "nikogo" był Tasiemka. Jaworowski przegrał, a podwójnie przegrany był Tasiemka. Już nie tylko prasa pepeesowska czy endecka pisała o bandyckich wyczynach bojówkarzy Łokietka i Tasiemki, również w prosanacyjnej prasie […] coraz częściej zaczną ukazywać się wzmianki i artykuły na ten temat; […] skarżył się na nich Moraczewski, nazywając bojówkę "sforą kundli". Zapomniał wół, jak cielęciem był. Nie tak dawno, rok, dwa wcześniej, była przyjaźń. Łokietek i Tasiemka byli cacy, tak jak w dwudziestym roku ósmym roku dla PPS, a tu naraz największe bandziory. Historia powtórzyła się z piorunującą szybkością… Tak czy owak Siemiątkowski i Łokietek zrobili już swoje, już rychło będą mogli odejść. Władza sanacji już się umocniła, nie są potrzebni.
Moraczewski napisał w "Pamiętnikach": "[…] zarówno komisarzowi rządu, jak ministrowi spraw wewnętrznych i premierowi na audiencji zapowiedziałem, że pierwszą ofiarą naszego odwetu w razie dalszych napadów, będzie ich moralny sprawca, sam Rajmund Jaworowski, jako że Łokietek i Tasiemka śmierdzą od głowy". Słowem, Jaworowski natrafił na mocniejszego od siebie, który go zdystansował w łaskach sanacyjnych władców. A wraz z nim upadli wkrótce Tasiemka i Łokietek.

26 lutego 1932 roku padł grom – Tasiemka aresztowany! Oto rysunkowy komentarz "Pobudki". Fotografia pochodzi ze zbiorów Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, wykorzystana w książce "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka"
26 lutego 1932 roku padł grom. Tata Tasiemka aresztowany! Czy to możliwe? On, który był za pan brat z policją, on, z którym witali się serdecznie dygnitarze, on, który trząsł sporą częścią stolicy, on, który był radnym miejskim – aresztowany? […] Była to jednak prawda, tak jak prawdą był wielki pogrom dokonany na Kercelaku przez policję. Nie tylko Tasiemka znalazł się za kratkami, lecz także wielu "chłopców" z jego bandy, kercelakowych bohaterów, a jednocześnie członków bojówki Frakcji Rewolucyjnej. Jak do tego doszło? Różne były głosy na ten temat, lecz dopiero podczas procesu wyszło, że pretekstem była skarga złożona przez tak zwany Bezpartyjny Związek Tragarzy, sekcję żydowską. W istocie ów "bezpartyjny związek" – była to jedna z organizacji Moraczewskiego. Dziś rozumiemy już wszystko. Oczywiście nie ta grupa otumanionych przez Moraczewskiego żydowskich lumpenproletariuszy spowodowała upadek Tasiemki, lecz sam Moraczewski ze swymi groźbami; skarga była tylko pretekstem. Choć aresztowanie Siemiątkowskiego było dla Frakcji twardym ciosem i choć jego przełożeni mieli świadomość słuszności zarzutów przeciwko niemu, postanowiono go bronić. Przede wszystkim, wykorzystując pozostałe jeszcze koneksje, po paru dniach wyciągnięto Tasiemkę z aresztu.

Proces Taty. Widok na ławę oskarżonych w czasie rozprawy. Widoczni m.in.: Łukasz Siemiątkowski (siedzi z lewej łysy), Pantaleon Karpiński (siedzi obok Siemiątkowskiego), 1932, fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)
Akt oskarżenia zarzucał podsądnym 44 wypadki samosądów i stosowania terroru, utworzenie bandy dla uprawiania rozboju, terroryzowania kupców, rzemieślników, chałupników i tragarzy z okolic placu Kercelego. Na ofiary nakładano "podatki", zaś wobec wahających się i opieszałych stosowano przemoc. Stwierdzono, że jedna z osób pobitych przez bandę zmarła wskutek odniesionych ran, a inna w stanie zagrażającym życiu przebywa w szpitalu. O znacznie częstszych wypadkach, gdy sprawcy morderstwa nie zostali ujawnieni, akt oskarżenia oczywiście milczał. Był to proces niewygodny dla ówczesnych władz, w którym wątek polityczny i kryminalny ściśle się splatały.
Świadek [Józef] Deck: – Świadków nie było. Byli terroryzowani. Nie było znikąd ratunku. Bo gdy policjant przyglądał się bezczynnie temu, co się działo, to odwołać się było można chyba do Pana Boga. Jakubczak mówił mi: "Ty, biedaku, gdzie ty znajdziesz wyższą władzę ode mnie mnie". Powtarzał te słowa i bił pałką czy rewolwerem. Gdy wtedy poskarżyłem się w komisariacie, powiedziano mi: "O co panu chodzi, przecież pana jeszcze nie zabili, pan żyje".
Rząd czy nierząd

Dzielnica żydowska w Warszawie. Na zdjęciu ulica Wołyńska, fot. Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny - Archiwum Ilustracji / Narodowe Archiwum Cyfrowe (NAC)
Po zlikwidowaniu bandy Tasiemki na Kercelaku, wiosną tego roku [1932], a latem postawieniu Taty przed sądem, przyszła kolej i na Łokietka. Jeśli jednak Tasiemce bezpośrednio przysłużył się Moraczewski i jego ludzie, to w wypadku Łokietka działały jeszcze inne czynniki. Łokietek był od dawna znienawidzony przez niektórych ludzi z policji. Podczas gdy Tasiemka starał się żyć z policją za pan brat i zaskarbiać sobie łaski nawet podrzędniejszych funkcjonariuszy, Łokietek zbyt demonstracyjnie okazywał policjantom pogardę, dawał do zrozumienia, że nie musi się z nimi liczyć, a nawet przy niektórych awanturach w lokalach publicznych groził przybyłym policjantom pobiciem. […] Nastąpiło więc przymierze dość dziwaczne: ludzie Moraczewskiego i ludzie z policji przeciw Łokietkowi i jego ludziom. Dzięki połączonym wysiłkom jednych i drugich w grudniu 1932 roku doprowadzono wreszcie Łokietka przed sąd. […] nie tyle chodziło o ukaranie Łokietka, ile o zdyskredytowanie go, o przełamanie mitu jego jego absolutnej bezkarności.
Proces Łokietka odbył się 2 grudnia 1932 roku. Wszyscy sprawozdawcy podkreślali, że budził o wiele mniejsze zainteresowanie niż wcześniejszy proces Tasiemki. Na sali znalazło się zaledwie kilka osób. Sprawozdawcy odnotowali, że Łokietek jest "niezwykle starannie ubranym łysawym blondynem". Miał wtedy czterdzieści sześć lat, "podpuchnięte oczy alkoholika", a na pytania sądu odpowiadał "znudzonym głosem, jakby robił łaskę".
W Warszawie przy ulicy Pięknej, tuż przy zbiegu z Koszykową, był przed wojną dom publiczny, którego szefową zwano bardzo dźwięcznie Ryfka de Kij. W tym domu, poza zawodowymi prostytutkami, lubiły zabawiać się również niektóre panie z towarzystwa, jedne dla dodatkowych zarobków "na ciuchy", inne z czystego amatorstwa. Dom słynął w pewnych kołach warszawskich, zwłaszcza że Ryfka de Kij umiała znaleźć "dla każdego coś miłego", poza innymi atrakcjami także kilkunastoletnie dziewczęta. […] Ryfka de Kij powędrowała przed sąd za stręczenie nierządu. A teraz jej święte oburzenie w relacji pana [Jana] Balcerzaka:
"Proszę Wysoki Sąd, mnie tu oskarżają o nierządu. Jaki tu może być nierząd, kiedy do mnie przychodzą pan naczelnik Urzędu Śledczego, jego zastępca (tu wymieniła nazwiska – J.R.) i dużo innych inspektorów policji, a także ministry i pułkowniki. To ja idę pytać pana sędziego, czy to jest rząd, czy to jest nierząd? I co to ma znaczyć te całe hece, jak się w ten sąd odbywa?!"
[…] Polska prasa nie zamieściła w sprawozdaniach z procesu nazwisk, przytoczonych przez Ryfkę de Kij, prawdopodobnie z przyczyn cenzuralnych. Natomiast ukazujący się w języku jidysz dziennik "Hajnt" opublikował reportaż z rozprawy, w którym znalazło się nazwisko Łokietka wśród stałych bywalców lokalu pani de Kij. Łokietkowi to pokazano i oto, co nastąpiło: 1. naczelny redaktor dziennika "Hajnt" został na ulicy mocno pobity przez "nieznanych sprawców"; 2. reporter sprawozdawca sądowy w biały dzień został dotkliwie pobity w Alejach Jerozolimskich róg Pankiewicz przez samego Łokietka; 3. drukarnia przy ul. Chłodnej 6, w której wydawano "Hajnt" została zdemolowana i gazeta przez kilka dni nie mogła się ukazywać.
Autor książki zastanawia się, jakim cudem Łokietek i Tasiemka ze swoimi bandami mogli latami bezkarnie działać w PPS, skoro ich wszystkim wiadoma aktywność stała w kolizji z podstawowymi normami prawnymi. Odpowiedź nie jest łatwa. Obaj mogli prosperować, gdyż w kierownictwie PPS decyzję podejmowali ludzie akceptujący ówczesny stan rzeczy dla "wyższych" politycznych celów. Ludzie, którzy sami nigdy nie uciekliby się do przemocy, tolerowali ją w swoim otoczeniu. A pozostawali w partii i jej organach kierowniczych, bo nie mieli dokąd pójść. Od komunizmu dzieliło ich wiele, innej zaś partii socjalistycznej nie było.
Jerzy Rawicz (1914–1980) – urodził się w Łodzi. Pisarz, poeta, publicysta, tłumacz literatury niemieckojęzycznej. W latach 30. jako student polonistyki na Uniwersytecie Łódzkim uczestniczył aktywnie w życiu politycznym, należał do PPS-u, poznał wielu wybitnych działaczy. Publikował m.in. w "Robotniku", "Dzienniku Popularnym", "Tygodniku Robotnika" i "Pobudce". Przeżycia z czasów II wojny światowej – był więźniem obozów zagłady Auschwitz i Mauthausen – znalazły odbicie w tomie opowiadań "Dno". Po wojnie Rawicz uprawiał publicystykę, zajmując się przede wszystkim problematyką krajową oraz tematyką niemiecką. Szczególnie interesowała go tematyka sensacji politycznych Polski międzywojennej. Wybrane publikacje autora: "Przeklęte istnienie" (poezja, 1935), "Co pieśń może" (1937), "Tutaj spać nie wolno" (powieść, z Andrzejem Bruzdą), "Gdy Polską rządziła burżuazja" (reportaże historyczne, z Karolem Małcużyńskim 1952), "Dno" (opowiadania, 1958), "Generał Zagórski zaginął" (reportaż historyczny, 1963), "Doktor Łokietek i Tata Tasiemka" (reportaż historyczny, 1968).