O przedstawieniu reżyser mówi także, że jest to…film. – To miks formy teatralnej i filmowej, w której kamera pozwala nam na dużo bardziej intymne wejście w świat Iwony, w świat jej milczenia i świat pozostałych bohaterów. To "Iwona" the movie –wyjaśnia reżyser.Scenograficznie też najbardziej przyciągający będzie wątek filmowy. Ustawienie scenografii (także autorstwa Garbaczewskiego) zostało podporządkowane zasadom planu filmowego. To dynamiczna w działaniu scenografia, która wraz z bohaterami będzie ulegała pewnego rodzaju degradacji. A przez degradację scenografii uzyskamy dostęp do żywego planu, który wcześniej był nam przedstawiany na wideo. Za muzykę i dramaturgię odpowiada współpracujący z Garbaczewskim od lat Marcin Cecko
Iwona, the movie...
-"Iwona" Garbaczewskiego to absurdalny, kunsztownie zrealizowany żart, zarazem impertynencki i autoironiczny - komentowała w dwutygodniku.com Joanna Wichowska:
"W „Iwonie, księżniczce Burgunda” Garbaczewski najpierw eksponuje aktorów na gołym, surowym proscenium – w nieostrym, nieprzyjemnym i mało-teatralnym świetle swoich ulubionych jarzeniówek, zamontowanych przy podłodze, tuż przed pierwszymi rzędami widowni; zaraz potem chowa ich za parawanami z papieru, gdzie wstęp mamy już tylko za pośrednictwem kamer. Historia o morderstwie niedoszłej żony księcia okazuje się pierwszorzędnym psychologicznym thrillerem w stylu Hitchcocka. Kamery niestrudzenie krążą po papierowym labiryncie, imitującym pałacowe korytarze i wnętrza, tropią bohaterów, odkrywają kolejne zaułki, fotele, kanapy i sekrety. Ekstremalne, trwające w nieskończoność zbliżenia: fragmentów twarzy, opuszka palca badającego ostrze noża, toczącego się po podłodze kłębka wełny, dłoni trzymającej włos, i towarzyszące im hitchcockowskie motywy muzyczne symulują jakąś krwawą tajemnicę. Kolory migoczą, kamera złowieszczo drży, palec celuje w oko."
A Łukasz Drewniak na łamach "Przekroju" podsumowywał:
"Opolską "Iwoną" Krzysztof Garbaczewski obalił przesąd, że jest twórcą hermetycznym. Jego wersja tej sztuki to właściwie film kręcony i montowany na naszych oczach na scenie, aktorzy grają za papierowymi parawanami, oglądamy ich prawie wyłącznie na ekranie. Spektakl ma dowcip i lekkość, jest w tej samej chwili zabawą konwencjami filmowymi i poważną reinterpretacją "Iwony". Cytując Gombrowicza: "Ja - na kolana padłem!". Z "12 gniewnych ludzi" zapamiętam olbrzymiego dobermana zawieszonego nad sceną (scenografia Anna Maria Kaczmarska), z którego pyska kapie woda. Z "Burzy" zostanie mi w głowie brutalne trio Mirandy, Kalibana i Ferdynanda (Nieradkiewicz, Czachor, Stramowski)."