Do takiej lektury upoważniają fragmenty osobiste, w których Karpowicz opowiada o swoim dawnym życiu: powierzchownym emocjonalnie, opartym na udawaniu i zastępczym kreowaniu sztucznych uczuć. Jak pisał Przemysław Czapliński w "Dwutygodniku":
Po raz pierwszy w swojej twórczości Karpowicz stworzył powieść, która nie zabrania czytelnikowi łączyć tekstu z autorem. Nie jest to – wyraźnie chciałbym rzecz podkreślić – ani rozwiązanie jedyne, ani skuteczne. Ale nosi znamię wyraźnej decyzji pisarza, który złożył publiczne wyznanie, osadzając je w fikcyjnych kontekstach.
Autor przyznaje, że do wysiłku uzgadniania doświadczenia i sposobu życia skłoniła go choroba, wprost uzmysławiająca mu własną śmiertelność, oraz tytułowa miłość. Pojawienie się bliskiej osoby jest ratunkiem dla bohatera pogrążającego się w rozpaczy, na poły martwego psychicznie, a do tego skonfrontowanego brutalnie z perspektywą końca życia. Pojawia się też sugestia, że miłość to nie tylko relacja romantyczna, ale też postawa ukierunkowana na bezwarunkową akceptację prawdy.
Piękne kłamstwa

Ignacy Karpowicz, fot. Adam Tuchlinski / Newsweek / Forum
Refleksja nad zniszczeniem, do jakiego prowadzi konflikt z własnym wnętrzem, łączy wszystkie, na pierwszy rzut oka niespójne części z korpusu tej powieści. Pierwsza część "Piękno" to coś w rodzaju literackiej fantazji o relacjach w dworku Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, Stawisku, tu nazwanego Stokrocią. Okazuje się, że przemilczenie podtrzymujące układ związków między ludźmi wprowadza zamieszanie, kto jest kim dla kogo, a nawet powoduje chorobowe objawy. Zostało to już stwierdzone w poprzedniej powieści autora, "Sońce": niewypowiedziane słowa nie przestają być słowami. W "Pięknie" role, granice i hierarchie są niejasne, kobiety, które nie są i nie mogą być kochane przez swoich mężów, cierpią: żona pisarza bierze leki na poprawę nastroju, żona jej gościa czuje się używana i odrzucona. Gospodyni tworzy z wiejskimi dziećmi sztukę, gdzie próbuje pokazać symbolicznie to, czego nie może powiedzieć głośno i zwykłymi słowami na co dzień. W trakcie seansu spirytystycznego wywołuje ducha zmarłego kochanka swojego męża, a zarazem brata mężczyzny goszczącego w dworku; przywołanie tego ducha każe bohaterom zmierzyć się z przeszłością i ich prawdziwymi emocjami. Jednak poza dość teatralnym wtargnięciem do pokoju zmarłego, odsłonięciem zasłon i znalezieniem podarunków przygotowanych przez mężczyznę przed śmiercią, bohaterowie nie robią wiele, aby zbliżyć się do siebie; oczyszczenie jest tylko pozorne.
Druga część to wspomniana już autobiograficzna spowiedź pisarza, stylistycznie podobna do "Mojej walki" Karla Ovego Knausgarda, 6-tomowego cyklu publikowanego przez wydawcę Karpowicza (Wydawnictwo Literackie) w latach 2015–2018. Karpowicz, w ekshibicjonistycznym nurcie zapoczątkowanym przez słynnego Norwega, skupia się na opisach swojego ciała, które, jak się zwierza, przez większość życia starał się ignorować. Zawał i doświadczenia szpitalne zmuszają go do poświęcenia ciału więcej uwagi i troski, a ta integracja ma nieść nadzieję na lepszy i bardziej autentyczny kontakt ze sobą również poza leczeniem, w relacjach z ludźmi.
Część trzecia "Dobro" to dystopia przypominająca "Rok 1984" umieszczony w połowie XXI wieku: zwyczajni obywatele żyją w przezroczystych pomieszczeniach i podlegają różnym formom nadzoru, w tym bardzo surowym regułom moralnym, a na wolność i intymność mogą sobie pozwolić tylko elity polityczne. Bohaterka, Albertyna, nie jest, jak mogłaby wskazywać oczywista aluzja do Prousta, żeńską odpowiedniczką jakiegoś męskiego pierwowzoru, lecz córką mężczyzny wyleczonego przymusowo z "niewłaściwej" orientacji, niezwykle zdystansowanego i oschłego. Zakochuje się ona również w homoseksualiście, który udaje, że jest nią zainteresowany, żeby jako jej partner wydostać się z represyjnego systemu i uciec do Berlina. Tu pokazany jest łańcuszek: mężczyźni są ofiarami systemu, a kobiety są ofiarami męskich kłamstw. Taka sytuacja nie może mieć dobrego zakończenia.
Część czwarta to kontynuacja części drugiej: opowieść autora o przezwyciężaniu lęku przed bliskością oraz o tym, że miłość ratuje życie. Bohater przekonuje się, że coming out nie musi pociągać za sobą potępienia, dostaje sporo zrozumienia i współczucia. Ostatnia część, "Dobro", to alegoryczna baśń o wystylizowanej na niewinną przyjaźń relacji księcia i parobka, która mimo swojej łagodności zakłóca porządek ówczesnego świata; symbolem zaburzonej równowagi jest epidemia. Ostatni fragment to krótki, ale mocny powrót do współczesności i kolejny dowód "z życia", że udawanie jest mało obiecującą strategią w obliczu ludzkiej śmiertelności.
Cudze głosy

Ignacy Karpowicz, fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Czytelny jest zamiar przekroczenia długiej tradycji maskowania wątku homoseksualnego w literaturze, jakiemu zazwyczaj służyły rozbudowane metafory, alegorie, zamiany płci bohaterów czy przenoszenie dzisiejszych problemów w odległe miejsca i czasy. Niestety postulatowi obecnemu w treści nie odpowiadają przyjęte przez autora rozwiązania stylistyczne. Trzy części fikcjonalne, przeplecione dwiema autobiograficznymi, brzmią sztucznie i pretensjonalnie. Fragment Iwaszkiewiczowski jest anachroniczną stylizacją na język trudny do zlokalizowania w konkretnej epoce; autor prawdopodobnie chciał oddać klimat dwudziestolecia międzywojennego, ale narracja przypomina język ćwiczącej się w pisaniu XIX-wiecznej pensjonarki. Pojawiają się też idiosynkratyczne neologizmy nie zawsze mające swoje uzasadnienie, a bohaterowie raczej deklamują niż mówią. Stokroć kojarzy się z Nawłocią z "Przedwiośnia" i najprawdopodobniej ma symbolizować środowiskową hipokryzję, nie jest to jednak adekwatne, skoro historia jest bardziej o tym, jak bohaterowie samodzielnie niedopowiedzeniami tworzą sobie piekło, niż o obyczajowej presji środowiska. Podobnie wymyślnie opowiedziany jest fragment futurystyczny, liczba neologizmów być może ma oddawać nienaturalność świata, w którym muszą się odnaleźć bohaterowie, ale efekt jest taki, że ich problemy wydają się bardzo teoretyczne, jakby miały jedynie ilustrować tezę o tym, jak trudno być sobą. W tym kontekście nawet części autobiograficzne wydają się próbą autoprezentacji w jednej z bardziej już współczesnych konwencji konfesyjnych (wspomniany Knausgard).
Ten dialog z konwencjami wypowiadania się jest ważny jako świadectwo poszukiwań własnego języka na nazwanie doświadczenia trudnego do uznania z różnych powodów. Karpowicz dużo zarzuca światu zewnętrznemu, sugeruje, że to społeczeństwo, obyczajowość i polityka utrudniają samoakceptację i próbują regulować nieprzewidywalne nurty ludzkiej emocjonalności. Ale pojawia się też refleksja o autoalienacji nie zawsze mającej uzasadnienie w nastawieniu środowiska i ten wątek zdecydowanie zasługiwałby na głębszą eksplorację. Autor jest w drodze; w poprzedniej powieści, "Sońce", pokazał, że wypowiadanie i przyjmowanie prawdy biograficznej wiąże się z obawami i oporem. Upublicznienie "Miłości" zaczęło się dość niefortunnie: w listopadzie 2017 roku, jeszcze przed premierą, magazyn "Książki" ogłosił tę powieść jedną z 10 najlepszych książek mijającego roku, a jeszcze wcześniej, w roku 2015, przywoływana w książce relacja autora z kojarzonym dziennikarzem wyszła na jaw z inicjatywy osób trzecich w okoliczności przyznawania nagrody Nike. Nie jest łatwo opowiadać o specyfice swojej miłości, gdy zaczęli robić to inni: zarówno osoby z branży, jak i wiele wcześniejszych pokoleń pisarzy. Tym bardziej należy docenić tę próbę i czekać na kolejną historię opowiedzianą w pełni autonomicznym głosem.
Ignacy Karpowicz, "Miłość"
Wydawnictwo Literackie
Data premiery: listopad 2017
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-08-06410-8