Filip Springer ma pewną cechę (albo, jak kto woli, dar), która decyduje o jego klasie jako reportera: choć ma przed nosem dokładnie to samo, co inni, widzi więcej albo inaczej. Może coś do rzeczy ma jego archeologiczne wykształcenie, które skłania go do grzebania w historiach, zaglądania pod powierzchnię, przekopywania się przez fakty i dokumenty, uważnego przyglądania miejscom. Tak parę lat temu dojrzał fascynującą opowieść tam, gdzie kiedyś stało miasteczko, a gdzie dziś nie ma już po nim śladu ("Miedzianka"), tak zobaczył na nowo "źle urodzoną" architekturę z okresu PRL-u, odkrywając w niej sens i opowieść ("Źle urodzone"). "Zaczyn" to poniekąd kontynuacja jego ostatniej książki, jej naturalny dalszy ciąg. "Kończąc pisać (Źle urodzone – przyp.), wiedziałem, że jeśli o kimś z moich bohaterów chciałbym się dowiedzieć więcej, to tym kimś z pewnością są Hansenowie" – wyznaje w epilogu "Zaczynu".
Oskar i Zofia Hansenowie to kolejna enigma na drodze Springera, która domaga się wyjaśnienia, naświetlenia, rozgrzebania. Jak to bowiem możliwe, że Oskar Hansen – lekcja obowiązkowa dla tych, którzy chcą zrozumieć współczesną polską sztukę (jak mówi Springerowi jeden z rozmówców), wizjoner, myśliciel i architekt światowej klasy pozostaje dziś postacią znaną zaledwie wąskiemu gronu specjalistów? Dlaczego na 210 studentów architektury, których, prowadząc skrupulatny research do książki, przepytał Filip Springer, o twórcy Formy Otwartej słyszało zaledwie siedmioro? O tym, dlaczego tak jest, jest w dużej mierze "Zaczyn". Ale to również opowieść o architekturze w ogóle, o poplątanych biografiach i wyborach w skomplikowanych czasach i intrygującej parze architektów-nonkonformistów, Don Kichocie architektury otwartej i jego trzymającej się w cieniu towarzyszce przygody, których pomysły sformułowane jeszcze w latach 50. dają bardzo dużo do myślenia i dziś.
Springer wykonał herkulesową pracę, by rozszyfrować postać Oskara Hansena - tego urodzonego w Finlandii syna Norwega i Rosjanki, który wychowywał się w wielokulturowym Wilnie, a po wojnie osiadł w Polsce. Architekta, który miał szansę na światową karierę ("drzwi do wielkiej architektury i wielkich pieniędzy zostają przed nim szeroko otwarte"), ale wolał wrócić do kraju, bo "tam są ruiny, czekają na niego". Twórcę i myśliciela do bólu nieskłonnego do kompromisów i opętańczo wiernego sobie. A raczej wiernych sobie , bo - choć, tak jak w życiu, także i w książce na plan pierwszy wysuwa się postać Oskara – jego żona Zofia była de facto współtwórczynią przedsięwzięcia. Springer wpisuje ich działalność w dziejowy moment, okres zmian w sztuce i architekturze, kiedy "właśnie coś się kończy i coś się zaczyna". Według Oskara Hansena kończą się czasy formy zamkniętej, architektury, która jest niczym więcej niż odzwierciedleniem ego twórcy. Nadchodzi czas Formy Otwartej, architektury, która zaprasza człowieka do dyskusji, jest tłem, pozostawia miejsce na decyzję. Która stwarza warunki do samorealizacji, pomaga lepiej żyć. Zamiast despotycznego ojca, pojawia się kochająca matka – pisze Hansen pod koniec lat 50.
Ale "Zaczyn" to nie biografia ani historia idei, a przynajmniej nie tylko. Springer jest przede wszystkim reporterem. Wiele o "metodologii" autora mówi jego wyprawa na Północ, do Finlandii i Norwegii, gdzie ogląda, doświadcza, wypytuje i docieka jak rasowy detektyw – skąd Hansen i jego osobność? Żeby zrozumieć tych o których pisze i ich dzieło, idzie na całość i zamieszkuje na zaprojektowanym przez Hansenów osiedlu, Przyczółku Grochowskim w Warszawie. Na całość, bo na pierwszy rzut oka gorzej osiedlowo trafić trudno: na Przyczółku zimą na schodach jest lodowisko, kiedy pada – huczy tu jak nad potokiem albo kanałem, w kuchni jest ciemno i całymi dniami słychać psy sąsiadów. Trzeba też pamiętać, żeby nie zaglądać z galerii ludziom do mieszkań, bo "można usłyszeć wiąchę". Prozaiczna rzeczywistość blokowiska zaprojektowanego przez parę idealistów, wierzących w architekturę dla ludzi i "ludziom ufającą" to świetny punkt wyjścia dla opowieści o Hansenach. To o to chodziło – pyta bezradnie Springer? Odpowiedź jest złożona i zawiera w sobie cały tragizm postaci Hansena, architekta z gruntu antysystemowego: zbyt nierynkowego dla kapitalizmu i mogącego tworzyć jedynie w systemie, w którym przyszło mu żyć, choć zarazem stanowiącego dla tego systemu zagrożenie. "Dziś, jeszcze bardziej niż wtedy, uważano by ich za wariatów" – mówi Springerowi jeden z rozmówców.