Podporządkowanie wszystkiego co się rusza tępej ideologii powoduje załamanie się wszelkich struktur państwa. Samonapędzających się mechanizmów rozkładu nikt już, oczywiście, nie kontroluje i nie potrafi zatrzymać, toteż kraj niechybnie zmierza ku nieuchronnej katastrofie. Najsprawniej, jak to w totalitarnym państwie, działają jeszcze resorty siłowe, ramię w ramię z formacjami paramilitarnymi, choć i te się w końcu rozejdą do znacznie intratniejszych zleceń w strukturach miejskich gangów, gdzie w myśl bogoojczyźnianych haseł zamierzają się nadal spełniać w swoim powołaniu.
Ochroniarz doradcy i szarej eminencji głowy państwa zaskoczył kiedyś strzeżonego przez siebie VIP-a całkiem trzeźwą konstatacją: "Ludzie, którzy potrafią przypierdolić [...] zawsze znajdą sobie jakieś miejsce, dopóki ten świat tak wygląda, jak wygląda".
Totalny paraliż systemu nie poluźnia jednak gorsetu dętej narodowej frazeologii, którą aparat władzy utrzymuje pozory ładu i dyscypliny wśród swojego elektoratu, i całej reszty. W ich gronie – nielicznych opornych, zbuntowanych przeciw odgórnie narzucanym metodom rządzenia, czyli tych osób, którym pozostało już tylko "przygnębienie i mądrość, a więc to, co skazuje na status ludzkiego śmiecia". W elicie panujących, gdzie nikt z nich za nic nie bierze odpowiedzialności, pytania o losy kraju muszą zawisnąć w próżni.
A bieg rzeczy był jak w malignie – wszystko na przekór najwątlejszym nadziejom.
Obraz głównodowodzącego państwem jest równie nieostry, jak mało istotny. Despota wyniesiony na najwyższy urząd, a de facto człowiek bez właściwości, zatraca kontury – do niczego się nie nadaje, może jedynie rządzić. Nietrudno bowiem władać narodem doskonale podatnym na wpływy oficjalnej propagandy, gdzie "przemoc nie szła z góry w dół; jeżeli już, to z dołu do góry, gdyż tę atrakcję pozostawiono obywatelom".
Brak realnej gospodarki planowej nie jest w stanie zaradzić nagłym a niespodziewanym(?) kataklizmom. Po klęsce suszy, powodującej w konsekwencji serię awarii systemów i urządzeń zasilanych energią elektryczną, naturalną koleją rzeczy – niby alegoria stanu państwa – pojawia się zaraza. Trudna do zdefiniowania, a więc i opanowania epidemia, która zdziesiątkuje poszczególne istnienia, nie wyłączając głównego sternika nawy państwowej.
Nagła nieobecność wodza na arenie dziejów wydaje się zrazu niezauważalna. Zwłaszcza, że wieść o śmierci jego świta stara się jak najdłużej utrzymać w tajemnicy, aby ich polityczni konkurenci nie dorwali się zbyt szybko do lukratywnych posad (na przykład w spółkach skarbu państwa) wraz ze związanymi z nimi apanażami. Taki stan rzeczy mógł się jednak utrzymywać jedynie do czasu.
Zaletą tej prozy jest jej uniwersalne spojrzenie nie tylko na skutki, ale i na przyczyny – obrywa się nieźle rządzącym, ale i rządzonym. "Naród katował sam siebie" płynącym z samej góry jawnym przyzwoleniem na niegodziwości, a sprawy "pozostawione samym sobie, pilnowały się, żeby pójść jak najgorzej". W zamian za to "żaden obywatel nie pozostanie bez swojej ofiary, a jeżeli jej nie znajdzie, państwo mu ją zagwarantuje z definicji" – na tym założeniu zbudowano obowiązującą prawdę, nową Arkę Przymierza między obecnymi a przyszłymi czasy.
Wszechobecna opresja miała się czym żywić. Naród zasmakował w złej wolności. Jego tęsknota za elementarną przyzwoitością, o prawdzie nie wspominając, była szlachetnym złudzeniem, piękną iluzją tych nielicznych inteligentów, jacy uchowali się jeszcze na zasadzie przypadku, administracyjnego zaniedbania, policyjnej niesumienności. Nauka nienawiści szła obywatelom jak po sznurku, a kilka nie byle jakich egzaminów, na których polały się nie tylko słowa, lecz i krew, zdanych zostało celująco.
Eustachy Rylski nie używa w "Blasku" wytartych zwrotów – o jedynie słusznej racji, o grupie trzymającej władzę, albo też o przywracaniu zasłużonej pamięci żołnierzom wyklętym – pomimo to odnosimy nieodparte wrażenie, iż rzeczywistość opisana przez autora jest nam zadziwiająco dobrze znana, wręcz namacalna. Możemy podziwiać pisarskie prestidigitatorstwo autora w płynnym przechodzeniu z rozdziału w rozdział i tematu w temat. Jednak najciekawszym przędziwem tej niezwykłej powieści pozostaje ukazanie hybrydowej rzeczywistości naszych czasów, gdzie ani bezdennie nijaki dyktator, ani jego nieprzeciętnie inteligentny doradca, mimo wzmożonych wysiłków i wielkiego poświęcenia (głównie postronnych, Bogu ducha winnych ofiar) nie będą w stanie zagwarantować bezpiecznego przetrwania nawet samym sobie, nie wspominając nawet o milionowych rzeszach nadzorowanych przez siebie obywateli.
Bo też, jak pisał inny mistrz pióra, Antoine de Saint-Exupéry w "Nocnym locie", często "nie pojedynczy człowiek jest odpowiedzialny, lecz jak gdyby jakaś potęga zagadkowa, której niepodobna dosięgnąć, jeśli nie dosięga wszystkich".
Co nam w takim razie pozostaje? Eustachy Rylski nie ma złudzeń. W rozważaniach głównego bohatera – skądinąd godnych samego ojca chrzestnego – między innymi snuje taki oto wątek:
Chciałbym wam powiedzieć, słyszeli, że wybór należy do was, lecz tego nie zrobię, bo za bardzo w was wierzę, by posłużyć się kłamstwem. Nie macie wyboru. Nikt z nas nie ma wyboru. Świt nie pyta, od kogo zależy, tylko następuje. Nie jest wszakże źle żyć złudzeniem, że bez naszej zgody by nie nastąpił. Ofiarowuje wam to złudzenie, sam mu ulegając.
Słowem, prawda fikcji, bądź fikcyjna prawda. Kraj nad Wisłą jawi nam się jako nieprzytomne dzieło "zakładników najciemniejszych mocy", niebezpiecznie zabawiających się bezmiarem władzy.
Eustachy Rylski
"Blask"
wydawnictwo: Wielka Litera, Warszawa 2018
okładka: twarda / miękka ze skrzydełkami
format: 205 x 135 mm
liczba stron: 376
ISBN: 978-83-80322-55-4 (okładka twarda)
ISBN: 978-83-80322-55-7 (okładka miękka)
Autor: Janusz R. Kowalczyk, czerwiec 2018